I komu ona jest potrzebna

twojacena.pl 1 dzień temu

A komu ona w ogóle potrzebna?

Kasia, a to co? Wyrzuciłaś ogórki mojej mamy?
Oczywiście, Paweł westchnęła Katarzyna. Te słoiki już dawno bulgotały… Były miękkie, nie da się tego jeść…
No ale spokojnie, mogłaś wywalić te z wierzchu, resztę wystarczyło opłukać i by było. Ja z mamą jadłem choćby takie, co już wieczko miały wypukłe. Jesteśmy zdrowi. Po prostu chwilę postały, i tyle. Kasia, nie marnuj jedzenia, to kosztuje pieniądze!

Paweł zadziera głowę wysoko i patrzy na żonę jak nauczyciel na niegrzeczną uczennicę. Coś tam jeszcze pod nosem mruczy, idąc do pokoju.

Kasia wzdycha, kiedyś była przekonana, iż to choćby urocze. Przypadkiem przypomina sobie ich pierwsze randki…

…Po ścieżce w parku wędruje uśmiechnięty chłopak w białej koszuli. W ręku trzyma bukiet… polnych kwiatów, tak jak lubiła Kasia.

Pawle… aż jej dech zaparło. Ty byłeś na łące? Sam zebrałeś?
No tak, a po co te róże? Przewidywalne, drogie… Zaoszczędzoną kasę lepiej wydamy na karuzelę.

Kasia uśmiechnęła się wtedy szeroko i pobiegła za chłopakiem…

Ile lat już minęło od tych randek! Teraz Katarzyna nie dziwi się już niczemu. Dawniej myślała, iż nie chodzą do kawiarni, bo Paweł to typ spacerowicza. A na diabelski młyn szli, bo droższe bilety to była troska o jej kręgosłup. Tak przynajmniej sobie tłumaczyła…

Ale dziś, po latach dwie ciąże, ślub, dwoje dzieci Kasia już wszystko rozumie. Albo się pogodzisz, albo… protestujesz. Ona wybrała ciche niezadowolenie.

Katarzyna weszła do kuchni, żeby podać jedzenie bliźniakom i mężowi. Kasza gryczana, kotlety, surówka wszystko skromnie. Luksusy omijały ich dom szerokim łukiem.

Co robisz, Paweł? zapytała zmęczonym głosem. Mąż nad talerzami dzieci energicznie kroił kotlety.
Mają tylko pięć lat, połowa kotleta wystarczy.

Z powagą chirurga uciął kotlet na pół, z drugiego talerza zabrał jeden kawałek dla siebie do patelni.

Chyba żartujesz?!
Tak sądzisz?
Tak, Paweł.
I bardzo dobrze. My tacy sami ludzie jak dzieci! odparł poważnie, krojąc teraz kotlet żony. A poza tym wołowina droga, nie można wydawać tyle na jedzenie. Poza tym dużo mięsa niezdrowe, smażone tym bardziej. No i następnym razem gotuj na parze, bo przy smażeniu tłuszcz się marnuje, a olej znowu podrożał.
Dzieci nie lubią na parze.
Polubią, zdrowiej odpowiedział z przekonaniem Paweł, dokończył dzieło i wyszedł.
Katarzyna spojrzała na swoje przepołowione kotlety. Dotarło do niej, iż cierpliwość ma jednak limity…

…W weekend wróciła teściowa, pani Halina. Przy niej Paweł to chodząca szczodrość.

Kasiu, kwiatku, witaj, przywiozłam dzieciom nowe ciuchy! Macie szczęście z taką babcią, bez upominków nigdy nie przyjeżdżam!

Kasia, ledwie co wróciła z pracy, westchnęła, przeklęła w myślach i poszła odebrać pakunek.

Pani Halino, to są ubranka dla dziewczynki zajrzała do torby Kasia. My z Pawłem mamy chłopaków…
Oj tam, co za różnica machnęła ręką teściowa i wyciągnęła różowy podkoszulek z Hello Kitty. Lewkowi podobają się przecież koty. A oni jeszcze mali, co za różnica różowy, czerwony czy niebieski.
Dobrze, dziękuję, na pewno się przyda… uśmiechnęła się Kasia i odstawiła torbę na bok. Później wyrzuci. Ubranka nie dość, iż dla dziewczynek, to jeszcze wyglądają jakby po trzech wojnach światowych przeszły. W czymś takim to choćby do piwnicy wstyd zejść.

Paweł, kiedy się w końcu wyprowadzimy? Nie mam już siły żyć z twoją mamą powiedziała Kasia, zamykając drzwi.
No co za pytanie? Jak uzbieramy na mieszkanie!
Paweł, weźmy kredyt mieszkaniowy! W tym tempie to na mieszkanie uzbieramy na emeryturze.
Przecież już rozmawialiśmy. Kredyt to jak pętla na szyję tylko odsetki płacić! Z mamą jest praktycznie gotuje, sprząta, robi przetwory…
Świetnie! krzyknęła Kasia i ściszyła głos. Nasze dzieci śpią w jednym pokoju z twoją mamą! Na razie mają pięć lat, a co potem? Co będą robić? My choćby porządnie poszeptać nie możemy, bo drzwi nie mają zamków a Halina nie pozwala ich montować, bo niepraktyczne.
Daj spokój i zgaś światło. Na koniec miesiąca rachunek przyjdzie i będziemy płakać.

Kasia jęknęła i schowała się w poduszkę. Miała dość.

Afera wybuchła następnego dnia. Paweł nie pozwolił dzieciom obejrzeć Dobranocki. Bo to zbytek i prąd żre… I to przelało czarę.

Koniec, mam dość! płakała Kasia. Zabieram dzieci i idę do mojej mamy. Tam chociaż będą miały swój pokój.

Chwyciła walizkę, drugą ręką popędziła chłopców w stronę drzwi.

Lewku, Szymek, idziemy!
Kasiu… dokąd idziesz? zamarł Paweł. A rodzina? My? Myślałem, iż dobrze ci u nas…
Sześć lat to znosiłam ciebie i twoją mamę. Szampon kupujemy na litry, papier toaletowy najgorszej jakości, a dzieci zamiast normalnych zabawek mają graty po tobie i twoim bracie! Mam dość. Wolę być rozrzutna, niż taka oszczędna jak wy.

Halina, matka Pawła, od razu złapała się za serce i z dramatycznym westchnieniem nie pozwoliła mu ruszyć za żoną.

Oj, synku, serce mi się kraje… Nie idź za nią. Oprzytomnieje, wróci. I kto ją taką będzie chciał z dwójką dzieci…

A Paweł wierzył, iż wróci.

Kasiu, co robisz? zapytała mama Katarzyny, Lidia. Wywal tę torebkę z herbatą i zrób świeżą!

Kasia ocknęła się z zamyślenia, patrzy na ręce już trzecią filiżankę parzy tą samą torebką.

Jak ty tam w ogóle wytrwałaś? Mówiłam ci, iż trzeba od razu się wynosić. Tam nie było życia, to był sport ekstremalny i patologia na stałe.
Tak, kiwa Kasia i wrywa wzrok w lodówkę. Tam leży ser PRAWDZIWY, nie ten topiony, tylko taki z dziurami; szynka, jogurty, mięso Muszę schować słodycze, inaczej dzieci rozgrabią.
Niech jedzą, po co kupuję? oburzyła się Lidia.
Lepiej schować, nie przywykły, iż słodycze są na stół… wymamrotała Kasia.
Lidia spojrzała z troską i pogładziła córkę po ramieniu.

Nocą Katarzyna nie może spać. Łóżko za miękkie, brak skrzypień. To nie te stare graty, co u Pawła.

Kasia podchodzi do lodówki i otwiera drzwi. Oczami chłonie zawartość mleko nie najtańsze z promocji, jogurty (PRAWDZIWE), twaróg z mleczarni, nie z resztek! Kroi pajdę chleba, nakłada szynkę i ser. Gruba kanapka nie mieści się prawie w buzi, ale boże… jaki smak! I nikt za plecami nie stoi, nie mówi: za gruby plaster, ser tylko na śniadanie!.
Pije jogurt prosto z butelki. Smakuje jak dzieciństwo i wolność.

O matko, jaka byłam głupia… Jak cudownie nie liczyć każdego grosza…

Jak ona tyle lat wytrzymała? Po co żyła według zasad Pawła? Nie jadła, co chciała, nie robiła remontu, ubierała się w swetry po teściowej, jedne kozaki przez 5 lat…

Kilka tygodni później dzwonek do drzwi. Kasia właśnie wstała, wolny dzień. Mama z rana zabrała dzieciaki do parku.

Kto tam? Paweł?! Co ty tu robisz?

Na progu stoi mąż.

Kasiu, wróć… Z mamą nie będziemy już tak oszczędzać! Wiadomo, rozrzutność to grzech, ale postaramy się, będziemy bardziej brać pod uwagę twoje zdanie i… Kasia, ja cię kocham. Wróć, mamy dzieci, rodzinę…
Nie! Nie! Jeszcze raz: NIE! Już nie wrócę. Moje dzieci mają własny pokój. Oglądają bajki do woli, a nie 15 minut dziennie. Jedzą całe kotlety, a nie okrojone. Dostają cukierka, kiedy chcą. I NIE PIERZĘ już torebek po zakupach! I wreszcie kupiłam sobie porządny szlafrok.
Słyszysz? Ja chcę normalnego życia! To moje pieniądze i wydaję je, jak chcę! Koniec! O rozwodzie dowiesz się z pisma!

Katarzyna zatrzasnęła drzwi i rozpłakała się. Sama nie wiedziała, dlaczego adekwatnie. Może z żalu albo ulgi. Tak, będzie musiała więcej pracować, ale była na to gotowa. choćby na wszystko. Ale tamtej ekonomii już nigdy nie zaakceptuje. To nie jej życie.

Idź do oryginalnego materiału