– I co osiągnęłaś tym swoim narzekaniem? – zapytał mąż. Ale to, co usłyszał później, kompletnie go zszokowało Kiedy, jak nie o piątej rano, budzić się, gdy w piersiach wszystko ściska? Marina siedziała na skraju łóżka i patrzyła w okno. Znów serce biło jak szalone: dwa uderzenia, przerwa, trzy uderzenia, cisza. Wczoraj lekarz powiedział – ataki paniki. Dał skierowanie na badania. Przez osiemnaście lat Marina z ambitnej absolwentki ekonomii stała się… No właśnie, kim? Dodatkiem do firmy męża? Księgową-amatorską, która prowadzi mu papiery i podpisuje dokumenty? Sprzątaczką, która co wieczór biega z mopem, bo Andrzej nie widzi brudu? – Wstałaś? – Andrzej wyszedł do kuchni. Twarz zaspana, niezadowolona. – Znowu w nocy nie spałaś? Marina tylko skinęła głową. Nalała mu kawy. Wyciągnęła jogurt, którym od pięciu lat zaczyna śniadanie. – A tak w ogóle, – upił łyk kawy, – jadę dziś do Krakowa. Na trzy dni. Spotkanie z dostawcą. Bardzo ważne. – Andrzej… Wiedziała, iż nie powinna zaczynać. Wiedziała, iż zaraz spojrzy na nią tym wzrokiem – jakby znowu zaczyna marudzić i żebrać o współczucie, którego nie czuje. Ale powiedziała: – Nie mógłbyś poczekać? Naprawdę źle się czuję. Lekarz nalega na badania. Zamarł. Odstawił filiżankę. Wypuścił powietrze przez nos – tak prychną ludzie zmęczeni słuchaniem o tym samym. – I co osiągnęłaś tym swoim narzekaniem? – Głos prawie spokojny. Wręcz obojętny. – Ja muszę pracować, Marina. Pracować. A nie słuchać co dzień o twoich atakach, o tym, jak ci ciężko, jak jesteś zmęczona. Kto nie jest?! Już pakował walizkę. Mechanicznie – bo wie: ona zamilknie. Przełknie urazę, obwini siebie – znowu nie powiedziała tego we właściwym momencie. Ale tym razem Marina nie zamilkła. – Andrzej, – wstała. Powoli. Spokojnie. – Pamiętasz, na kogo zapisana jest hipoteka? Odwrócił się. Uśmiechnął ironicznie. – A co za różnica? Na nas oboje, pewnie. – Na mnie. Tylko na mnie. Coś jakby trzasnęło w powietrzu. Widziałam, jak zmieniła mu się twarz. – O czym ty mówisz? – O tym, iż osiem lat temu, kiedy braliśmy to mieszkanie, miałeś spore długi. Bank nigdy nie dałby ci kredytu. Pamiętasz? Milczał. – Wszystkie kredyty są na mnie. Mieszkanie też. Dodatkowo jestem współkredytobiorcą na twoich liniach kredytowych w firmie. Poręczycielem. Bez mojego podpisu nic nie przedłużysz, nie rozwiniesz biznesu. Andrzej usiadł z powrotem przy stole. Jakby nogi się pod nim ugięły. – Po co mi to mówisz? – Przypominam. I jeszcze jedno, – otworzyła szufladę, wyciągnęła teczkę, położyła przed nim. – Wiem o Kasi. Andrzej patrzył na teczkę. Siedział, jakby go ktoś ogłuszył – jeszcze nie boli, ale już odpływał. – O Kasi – powtórzyła Marina. Głos równy. Spokojny. choćby dla siebie nowy. – Księgowej twojego kolegi, Wojtka. Ładna dziewczyna, dwanaście lat młodsza ode mnie. Otworzyła teczkę. Położyła przed nim wydruki. Wyciąg bankowy z przelewami: czterdzieści, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt tysięcy co miesiąc. – A tu rozmowy. – Położyła kolejne kartki. – Naprawdę myślałeś, iż nie znam hasła do twojego komputera? Andrzej, ja je sama wymyśliłam, gdy zapomniałeś tamtego. Andrzej chwycił dokumenty. Przebiegł wzrokiem. Zbladł. – Skąd to masz?! – A co za różnica? – Marina nalała sobie wody. Ręka trochę jej drżała. – Ważniejsze, iż przelewałeś pieniądze na jej konto. Myślisz, iż urząd skarbowy się zainteresuje? Andrzej zerwał się. Głos wpadł w krzyk. – Co ty sobie wyobrażasz?! Kim ty adekwatnie jesteś?! Przez całe życie wisiałaś mi na karku! Nigdy nie zarabiałaś! Siedziałaś w domu, jak utrzymanka! – Utrzymanka? – Uśmiechnęła się gorzko. – Fajne słowo. Utrzymanka, która podpisywała twoje umowy z bankiem. Która prowadziła twoją księgowość, gdy „byłeś na spotkaniach”. Która ma na siebie zapisane całe mieszkanie i jest współkredytobiorcą w twoich interesach. – Grozisz mi?! – Nie. – Marina podeszła do okna. – Tylko przedstawiam stan faktyczny. Bo, jak widzę, zapomniałeś kilku podstawowych rzeczy. Odwróciła się. – W tym półroczu odnowiłam dyplom. Zrobiłam kursy – nocami, między atakami paniki i bezsennością. Dostałam ofertę pracy. Skromną, ale wystarczającą na wynajem mieszkania i utrzymanie siebie z Zuzią. – Zuzią?! – drgnął. – Chcesz zabrać córkę?! – A widziałeś ją w zeszłym miesiącu? Tak na poważnie – kiedy ostatnio z nią rozmawiałeś? Andrzej milczał. Bo naprawdę nie pamiętał. Marina sięgnęła po kolejny dokument. – Opinia neurologa. Chroniczne wyczerpanie nerwowe. Ataki paniki. Zalecono zmianę otoczenia, psychoterapię, usunięcie traumatycznych czynników. Widzisz to zdanie? „Długotrwały pobyt w sytuacji stresowej”. Rozumiesz, jakie możesz mieć problemy? – Marina. – jeżeli teraz złożę pozew o rozwód, sąd będzie po mojej stronie. Marina położyła ostatnią kartkę. – Najważniejsze, iż bez mojego podpisu za tydzień nie przedłużysz kredytów w banku. Wojtek dzwonił wczoraj. Mówił, iż bank żąda dokumentów. A tam mój podpis się liczy. Andrzej opadł na krzesło. Tym razem naprawdę jakby bez sił. – Czego chcesz? – Zachrypnięty głos. – Pieniędzy? Marina zaśmiała się krótko, prawie bezgłośnie. – Pieniędzy? Andrzej, chcę tylko jednego: szacunku. Przynajmniej raz przyznaj, iż beze mnie nie osiągnąłbyś nic. Ani firmy. Ani mieszkania. Ani tego wyjazdu, na który tak pędzisz. Wzięła torebkę. – Masz czas do wieczora. Wyjeżdżam z Zuzią do Eli. Pomyśl. Jak będziesz gotowy porozmawiać – zadzwoń. Tylko nie licz, iż znowu będę tą Mariną, która wszystko znosiła i milczała. Andrzej zadzwonił po sześciu godzinach. Marina siedziała z Elą w kuchni, piła miętową herbatę i czuła się inaczej. Jakby właśnie wyszła z bagna, w którym ugrzęzła po szyję, a teraz mogła oddychać swobodnie. – Halo, – odebrała. Głos spokojny. – Chcę z tobą pogadać. – Słucham. – Nie przez telefon. – Cisza. – Przyjedź do domu. Marina się uśmiechnęła. – Nie, Andrzej. jeżeli chcesz rozmawiać – przyjedź tu. Adres znasz? Przyjechał po godzinie. Zły. Zestresowany. Z twarzą człowieka zapędzonego w kozi róg i gotowego walczyć do końca. Ela wyczuła atmosferę i zabrała Zuzię do pokoju. Marina została w kuchni. – Co ty sobie wyobrażasz?! – Andrzej uderzył pięścią w stół. – Szantażujesz mnie?! – Nie. Stwierdzam fakty. – Jakie fakty?! Wyszperałaś moje dokumenty! Grzebałaś w moim komputerze! – Andrzej, naprawdę uważasz, iż napadanie mnie teraz to najlepsza metoda? Po tym wszystkim, co ci pokazałam? Zamilkł. Bo wiedział, iż ma rację. – Słuchaj uważnie. – Marina pochyliła się do przodu. – Nie zamierzam cię niszczyć. Nie doniosę do skarbówki, nie zrobię afery. Chcę tylko, żebyś wreszcie zrozumiał – beze mnie nie masz nic. – Chcesz rozwodu? – Zapytał ochryple. – A ty? Andrzej spojrzał w bok. Długo milczał. W końcu wyszeptał: – Z Kasią… to nic nie znaczyło. – Nie przerywaj. – Marina podniosła rękę. – O Kasi wiem od pół roku. Wiedziałam, jak przez nią wyprowadzałeś pieniądze. Wiedziałam o tych delegacjach, które były fikcją. I milczałam. Bo miałam nadzieję, iż może się opamiętasz. Zaśmiała się gorzko. – Może po prostu bałam się przyznać, iż nasze małżeństwo umarło jakieś pięć lat temu. Udawaliśmy, iż jest dobrze. – Marina… – Mam dość życia z kimś, kto uważa mnie za dodatek do swojego życia. Kto deprecjonuje każde moje słowo, prośbę. Kto nie zauważył nawet, iż umieram obok od ataków paniki i bezsenności! Andrzej siedział blady, z zaciśniętymi pięściami. – Masz wybór – ciągnęła Marina. – Możemy próbować zacząć od nowa. Bez kłamstw, bez zdrad. – Albo odejdziesz i zabierzesz wszystko. – Nie. – Pokręciła głową. – Odejść mogę, zabierając jedynie to, co moje. Mieszkanie. Swoją część w firmie. Twoje kredyty spłacaj sam. Ja zaczynam własne życie. Wstała, kończąc rozmowę. – Masz trzy dni. Pomyśl. Jak będziesz gotowy – zadzwoń. Ale pamiętaj: ta Marina, która milczała i znosiła wszystko, umarła wczoraj o piątej rano. Po tygodniu Andrzej pojawił się znowu. Tym razem zupełnie bez tej sztucznej pewności, którą zawsze maskował słabości. Przyszedł, usiadł przy stole w kuchni Eli i długo nie odzywał się. – Wojtek mówił, iż bez twojego podpisu bank kredytu nie przedłuży – wyszeptał. – Firma padnie. Marina skinęła głową. – Wiem. – Czego chcesz? Patrzyła mu prosto w oczy. – Chcę rozwodu. Andrzej pobladł. – Jesteś poważna? – Jak nigdy. – Marina nalała sobie herbaty. Dłonie nie drżały. Wcale. – Podpiszę w banku. Przedłużę kredyt. Ale pod jednym warunkiem: rozwodzimy się. Kulturalnie. Bez afer. Biznes cały twój, wykup ode mnie udziały. Mieszkanie zostaje ze mną. Zuzia – ze mną. – Marina… – Już podjęłam decyzję, Andrzej. – Uśmiechnęła się. – Wiesz co? Po raz pierwszy od lat przespałam całą noc bez tabletek. Normalnie. Bez ataków. Milczał. – To mi dużo wyjaśniło. Nie jestem chora. Nie trzeba mnie leczyć. Musiałam po prostu odejść od ciebie. Od życia, w którym nic nie znaczyłam. Wstała. – Masz wybór. Albo zgadzasz się na moje warunki – rozwodzimy się spokojnie. Albo składam pozew i pokazuję wszystkie dokumenty – stracisz nie tylko firmę. Decyduj. Andrzej spuścił głowę. Wiedział – przegrał. Kobieta, którą miał za słabą, okazała się silniejsza od niego. – Dobrze – westchnął. – Zgoda. Po trzech miesiącach byli już po rozwodzie. Marina dostała mieszkanie i sporą sumę za swoje udziały w firmie. Zaczęła nową pracę. Andrzej został z firmą i nowym mieszkaniem. I z dziwnym poczuciem pustki, które narastało szczególnie wieczorami, gdy wracał do domu i nie miał komu opowiedzieć, jak minął dzień. Nie miał kto usiąść obok. Kasia, swoją drogą, odeszła miesiąc po rozwodzie. Okazało się, iż szukała wygodnego życia, a kiedy zrozumiała, iż Andrzej sam spłaca kredyty i nie utrzyma jej na wcześniejszym poziomie – przestał ją interesować. Marina dowiedziała się o tym od Wojtka. Uśmiechnęła się. I nie poczuła nic. Ani satysfakcji, ani żalu. Po prostu nic. Może czasem warto brać udział w interesach męża? Jak sądzicie?

polregion.pl 3 godzin temu

I czego się doczekałaś swoim marudzeniem? zapytał mąż. Ale to, co stało się potem, zbiło go z tropu.

Jeśli kiedykolwiek człowiekowi przychodzi budzić się skoro świt, to właśnie wtedy, gdy coś ściska go w piersi. Maria usiadła na brzegu łóżka i wpatrywała się w okno.

Serce znów biło nieskładnie dwa uderzenia, cisza, trzy, pustka. Wczoraj lekarz powiedział ataki paniki. Dał skierowanie na badania.

Przez osiemnaście lat Maria z ambitnej dziewczyny, świeżo po studiach ekonomicznych, zmieniła się sama już nie wiedziała, w co adekwatnie? W dodatek do męża-biznesmena? W samozwańczą księgową, która prowadzi mu papiery i podpisuje dokumenty? W sprzątaczkę, która wieczorem ściera podłogę, bo Jan nie widzi brudu?

Już wstałaś? Jan wszedł do kuchni. Twarz zgnieciona, niezadowolona. Znowu w nocy nie spałaś?

Maria kiwnęła głową. Nalała mu kawy. Wyjęła z lodówki jogurt od pięciu lat je tylko ten sam rodzaj na śniadanie.

Przy okazji upił łyk. Jadę dziś do Gdańska na trzy dni. Spotkanie z kontrahentem. Bardzo ważne.

Janie

Wiedziała, iż nie powinna zaczynać rozmowy. Wiedziała, iż znów spojrzy tym spojrzeniem jakby znowu zaczęła marudzić, domagać się współczucia, którego nie czuje. A jednak powiedziała:

Nie wyjeżdżaj teraz. Naprawdę źle się czuję. Lekarz nalega na badania.

Zamarł. Odstawił filiżankę. Wypuścił ciężko powietrze przez nos tak robią ludzie, którzy mają już dość tych samych historii.

I czego się doczekałaś swoim marudzeniem? Głos spokojny, jakby obcy. Nie poirytowany, bardziej obojętny. Muszę pracować, Mario. Pracować, a nie codziennie słuchać o twoich napadach, twoim zmęczeniu i tym, jak ci ciężko. Komu nie jest dziś ciężko?

Pakował już walizkę. Wybity z rytmu, ale przecież wiedział: ona przemilczy, przełknie żal, obwini siebie znów powiedziała nie w porę, znów użyła złego tonu.

Ale tym razem, ku zaskoczeniu, Maria nie milczała.

Janie, wstała. Powoli, spokojnie. Pamiętasz jeszcze, na kogo widnieje umowa kredytu hipotecznego?

Obrócił się. Wyszczerzył lekko zęby, z przekąsem.

Jak to na kogo? Na nas dwoje, chyba.

Na mnie. Tylko na mnie.

Coś w powietrzu jakby pękło. Maria widziała, jak jego twarz blednie.

O czym ty mówisz?

O tym, iż osiem lat temu, gdy kupowaliśmy to mieszkanie, miałeś długi. Niemałe długi. Żaden bank nie dałby ci kredytu. Pamiętasz?

Milczał.

I dlatego hipotekę mamy wyłącznie na mnie. Mieszkanie też. Jestem też współkredytobiorcą w twojej firmie. Gwarantem. Bez mojego podpisu nic nie przedłużysz, nie rozszerzysz, nie ruszysz.

Jan powoli znów usiadł przy stole. Wyglądał, jakby zachwiała się w nim pewność gruntów pod nogami.

Po co ty to mówisz?

Przypominam. I jeszcze jedno, Maria otworzyła szufladę w komodzie. Wyjęła teczkę i położyła przed nim. Wiem o Weronice.

Jan patrzył na teczkę.

Siedział w bezruchu, z twarzą jak po uderzeniu jeszcze nie boli, ale już wiadomo, iż będzie bolało.

O Weronice, powtórzyła Maria. Głos spokojny, zadziwiająco pewny. O księgowej twojego kolegi Pawła. Ładna dziewczyna, dwanaście lat młodsza ode mnie.

Otworzyła teczkę. Wyjęła dokumenty jeden, drugi, położyła przed nim z godną ciszą, jak karty na stole w kasynie.

Wyciągi z twojego konta. Te, które tak skrzętnie ukrywałeś. Widzisz te przelewy? Czterdzieści tysięcy, pięćdziesiąt, siedemdziesiąt co miesiąc.

Milczał.

A tu masz waszą korespondencję. Maria położyła kolejne strony. Serio sądziłeś, iż nie znam hasła do twojego służbowego komputera? Janie, to ja je ustalałam trzy lata temu, jak zapomniałeś starego.

Jan natychmiast chwycił papiery, przesunął oczami pobladł.

Skąd to masz?!

Co za różnica? Maria nalała sobie wody, ręka drżała, ale nieznacznie. Grunt jest, iż pieniądze przechodziły przez nią. Zastanawiałeś się, czy urząd skarbowy się tym zainteresuje?

Jan zrywa się, głos mu pęka.

Jak śmiesz?! Kim ty adekwatnie jesteś?! Całe życie wisiałaś na moim karku! Nic nie zarabiałaś! Siedziałaś w domu jak pasożytka!

Pasożytka? Maria uśmiechnęła się gorzko, z bólem. Dobre słowo. Ironiczne, prawda? Pasożytka, która podpisywała twoje umowy z bankami. Pasożytka, która prowadziła twoją księgowość, kiedy ty byłeś na spotkaniach. Pasożytka, na którą zapisane jest to mieszkanie, która jest twoim współkredytobiorcą.

Grozisz mi?!

Nie. Maria podeszła do okna. Po prostu ci przypominam. Bo zapominasz, co jest oczywiste.

Odwróciła się.

Przez ostatnie pół roku odnowiłam dyplom. Skończyłam kursy kwalifikacyjne nocami, między atakami paniki i bezsennością. Dostałam ofertę pracy. Nie marzenie, ale pozwoli na wynajęcie mieszkania i utrzymanie siebie i Kingi.

Kingę?! wybuchnął. Chcesz zabrać córkę?!

A widziałeś ją ostatni miesiąc? Maria podeszła bliżej. Szczerze kiedy ostatni raz z nią rozmawiałeś?

Jan milczał. Takich rzeczy się nie pamięta.

Maria wzięła ze stołu kolejny papier.

Opinia neurologa. Przewlekłe wyczerpanie nerwowe. Ataki paniki. Zalecenia zmiana otoczenia, psychoterapia, przecięcie szkodliwych czynników. Widzisz, tu jest linijka: Długotrwały stres. Wiesz, czym to się dla ciebie kończy?

Mario

Tym, iż jeżeli teraz wniosę o rozwód, sąd stanie po mojej stronie.

Maria położyła ostatni dokument.

Najważniejsze bez mojego podpisu za tydzień nie przedłużysz linii kredytowej. Paweł dzwonił wczoraj. Bank czeka na papiery i bez mojego podpisu nie pójdzie dalej.

Jan znów osiadł ciężko. Opadł.

Czego chcesz? głos mu zgrzytnął. Pieniędzy?

Maria zaśmiała się. Krótko, cicho.

Pieniędzy? Janie, ja chcę tylko jednego szacunku. Chciałabym choć raz usłyszeć, iż bez mnie nic by ci się nie udało. Ani biznes, ani mieszkanie, ani ta twoja święta delegacja, na którą się tak wyrywasz.

Wzięła torbę.

Masz czas do wieczora. Wyjeżdżam z Kingą do Oli. Pomyśl. I kiedy będziesz gotów rozmawiać zadzwoń. Tylko nie oczekuj, iż znów będę tą Marią, która milczy i wszystko tłumi w sobie.

Jan zadzwonił po sześciu godzinach.

Maria siedziała u Oli w kuchni, piła miętową herbatę i czuła się dziwnie. Jakby właśnie wynurzyła się z trzęsawiska, w którym tkwiła aż po szyję teraz siedzi, ociera twarz i nie wierzy, iż oddycha się tak lekko.

Halo, odebrała. Głos spokojny, bez drżenia.

Muszę z tobą porozmawiać.

Słucham.

Nie przez telefon. Cisza. Przyjedź do domu.

Maria uśmiechnęła się.

Nie, Janie. jeżeli chcesz rozmawiać, przyjedź tu. Adres znasz?

Przyjechał po godzinie. Wściekły, spięty, z twarzą człowieka przypartego do muru, który zrobi wszystko, by się wyrwać.

Ola, czując napięcie, zabrała Kingę do pokoju. Maria została w kuchni.

Jak ty śmiesz?! Jan uderzył pięścią w stół. Szantażujesz mnie?!

Nie. Podaję ci fakty.

Jakie fakty?! Wyciągnęłaś moje dokumenty! Śledziłaś mnie! Grzebałaś w moim komputerze!

Janie, westchnęła Maria, czy naprawdę uważasz, iż atak to dla ciebie teraz najlepsza taktyka? Po tym wszystkim, co widziałeś?

Zamilkł. Bo wiedział, iż ma rację.

Posłuchaj mnie dobrze Maria pochyliła się bliżej. Nie zamierzam cię niszczyć. Nie pójdę do urzędu, nie zrobię skandalu. Chcę tylko, żebyś wreszcie zrozumiał bezemnie nie ma dla ciebie nic.

Chcesz się rozwieść? głos drżał.

A ty?

Jan spuścił wzrok. Długo milczał, w końcu wyznał cicho:

Z Weroniką to nic nie znaczyło.

Nie przerywaj. Maria podniosła rękę. Wiedziałam o Weronice od pół roku. Wiedziałam, jak przez nią wypłacałeś sobie pieniądze, iż delegacje były częściowo fikcją. I milczałam. Liczyłam, iż minie. Że się opamiętasz.

Zasmiała się cicho, z goryczą.

Może po prostu bałam się przyznać, iż nasze małżeństwo skończyło się pięć lat temu. Udawaliśmy tylko, iż jest inaczej.

Mario

Mam już dość bycia dodatkiem do twojego życia, deptania mojej godności, ignorowania każdej mojej prośby. choćby tego nie zauważyłeś, jak umieram u twojego boku z powodu ataków paniki i bezsenności!

Jan siedział blady, z zaciśniętymi pięściami.

Masz wybór kontynuowała Maria. Możemy spróbować od nowa. Bez kłamstw, bez zdrad.

Albo odejdziesz i zabierzesz wszystko.

Nie. Pokręciła głową. Odejść mogę tylko z tym, co moje. Mieszkanie. Moja część w firmie. Sam spłacisz kredyty, które na mnie obciążają. Ja zacznę życie od nowa.

Wstała, dając znak, iż rozmowa skończona.

Masz trzy dni. Pomyśl. I nie oczekuj, iż wróci ta Maria, która wszystko znosiła i milczała. Ona odeszła dziś o piątej rano.

Za tydzień Jan pojawił się ponownie.

Tym razem bez tej fałszywej pewności siebie po prostu wszedł, usiadł na kuchni u Oli i milczał długo.

Paweł mówił, iż bez twojego podpisu bank nie przedłuży kredytu wydusił w końcu. Firma padnie.

Maria skinęła głową.

Wiem.

Czego chcesz?

Spojrzała mu prosto w oczy.

Chcę rozwodu.

Jan pobladł.

Naprawdę?

Jak nigdy dotąd. Maria nalała sobie herbaty. Ręce już nie drżały. W ogóle. Podam w banku podpis, przedłużę linię ale pod warunkiem, iż dzielimy się cywilizowanie. Ty odkupujesz moją część firmy. Mieszkanie zostaje mi. Kinga ze mną.

Mario

Już postanowiłam, Janie. Uśmiechnęła się. Wiesz co? Pierwszy raz od lat spałam bez tabletek. Prawdziwie spałam. Bez lęków.

Milczał.

I wiele mi to uświadomiło. Nie jestem chora, nie muszę się leczyć. Po prostu musiałam odejść od ciebie. Od życia, w którym nic nie znaczyłam.

Maria wstała.

Masz wybór. Albo się zgadzasz i żegnamy się po ludzku, albo idę do sądu, ujawniam wszystko i stracisz firmę. Wybieraj.

Jan spuścił głowę. Zrozumiał przegrał. Ta kobieta, którą uważał za słabą, okazała się silniejsza od niego.

Dobrze wydusił. Zgadzam się.

Trzy miesiące później byli już oficjalnie po rozwodzie.

Maria otrzymała mieszkanie i przyzwoitą sumę za swoją część firmy. Zaczęła nową pracę.

Jan został z firmą i nowym mieszkaniem. I z dziwną pustką, która nachodziła go każdego wieczoru, gdy wracał do domu i nie miał komu opowiedzieć o swoim dniu. Nie miał już tego kogoś, kto po prostu by siedział obok.

Weronika, nawiasem mówiąc, odeszła miesiąc po rozwodzie. Okazało się, iż szukała nie miłości, a wygodnego życia i gdy Jan musiał sam spłacać kredyty i nie było mowy o luksusach, straciła zainteresowanie.

Maria dowiedziała się tego od Pawła. Uśmiechnęła się. I nie poczuła absolutnie nic. Ani satysfakcji, ani współczucia.

Po prostu nic.

Czasem może to nie takie złe być udziałowcem w firmie męża? Jak sądzicie?

Idź do oryginalnego materiału