Hanka nie miała złudzeń co do jednego: cokolwiek wydarzy się tego wieczoru, talerz z grecką sałatką i tak wyląduje nietknięty w lodówce. Trzeci piątek z rzędu czekała na Bartka w kuchni, a on znowu utknął w warsztacie na Pradze, bo komuś "padł rozrząd" albo "przegrzewał się zawór" — za każdym razem inny podzespół, który w jego ustach brzmiał jak zaklęcie mające ją odgonić od tematu.
Miała trzydzieści cztery lata, skończoną architekturę wnętrz i cierpliwość, która powoli przestawała nadążać za kalendarzem.
Poznali się pięć lat temu w sobotę na targowisku przy Banacha. On sprzedawał części do starych polonezów, ona szukała mosiężnego kinkietu do projektu kawiarni na Mokotowie. Zamiast kinkietu kupiła od niego dwie lampy, które okazały się kompletnie bezużyteczne, ale za to dostała numer telefonu. Od tamtej pory żyli w rytmie, który mógł być tylko ich: on w śmierdzącym smarem dresie, ona z próbkami tkanin w teczce.
Jednak kiedyś miało być inaczej. Ślub cywilny w ursynowskim magistracie, potem obiad w restauracji przy Nowym Świecie i tydzień w Kazimierzu Dolnym. Plan był prosty, jeszcze prostszy niż układ cegieł w projekcie, który wtedy kończyła. Tylko iż Bartek zawsze znajdował powód, by go nie realizować. Najpierw zima, bo goście mieli dojechać z Białegostoku. Potem remont u matki. Potem kredyt na tokarkę, który musiał spłacić "do ostatniej raty", bo inaczej nie spojrzy jej w oczy przy ołtarzu.
W końcu przestała liczyć przełożone terminy. Zaczęła liczyć noce, kiedy wracał po dwudziestej drugiej i zanim zdjął buty, pytał, czy "ten obiad da się podgrzać".
— Bartek. Musimy porozmawiać. — Hanka wstała od stołu i wyłączyła telewizor, w którym właśnie leciał teleturniej.
Nie odpowiedział. Stał w progu i owijał wokół palca kabel od ładowarki, jakby to była cewka zapłonowa i zaraz miał ją podłączyć do czegoś, co wszystko naprawi.
— Znowu? — spytał w końcu, nie patrząc na nią.
— Tak. Znowu. — Podeszła do szafki, wyciągnęła z niej kartonowe pudełko po butach i postawiła na stole obok sałatki.
W środku nie było ani dokumentów, ani obrączek. Było to, co zbierała przez jedenaście miesięcy: paragony za wspólne zakupy, wydruki z konta za czynsz, dwa bilety do kina z zeszłego lata, projekt zaproszeń ślubnych, którego nigdy nie wysłali. I mały notes w kratkę. Otworzyła go na stronie, gdzie czarnym flamastrem, jej równym architektonicznym pismem, widniała lista: trzydzieści osiem pozycji. Od "wymienić zawias w drzwiach do spiżarni" po "wybrać datę ślubu".
— Wiesz, ile razy mówiłeś, iż zaraz, tylko zrobi się cieplej? — zapytała.
Bartek milczał, ale jego dłoń zacisnęła się na ładowarce mocniej.
— Trzydzieści osiem, Bartek. Trzydzieści osiem razy w jedenaście miesięcy słyszałam "zaraz". Nie chodzi o urzędnika, o obiad, o Kazimierz. Chodzi o to, iż ja już nie wiem, czy w twoim słowniku "zaraz" znaczy "jutro", czy "za dziesięć lat".
Odsunął krzesło i usiadł ciężko, jakby to on miał najgorszy dzień. Na blacie położył kluczyki od lawety, zawsze to samo miejsce, zawsze obok pieprzniczki.
— Hanka, no co ty. Przecież wiesz, iż chcę. Tylko teraz jest straszny okres w warsztacie. Ledwo spinamy VAT, jeden z pracowników poszedł na zwolnienie, musiałem wziąć jego zlecenia. Znajdźmy wolny piątek w przyszłym miesiącu i jedziemy do Urzędu Stanu Cywilnego.
— Wolny piątek? — powtórzyła tak spokojnie, iż sama się zdziwiła. — Bartek, ja nie chcę już wolnego piątku. Chcę moje czterdzieści tysięcy z powrotem.
Podniósł głowę dopiero wtedy.
— Jakie czterdzieści tysięcy?
— Te, które oddałam ci w zeszłym roku, pamiętasz? Na rozruch nowej hali na Targówku. Miałeś je oddać do wakacji, żebym odzyskała wkład własny. Czterdzieści tysięcy złotych. Stoi na tej stronie, spójrz — odwróciła notes i pokazała mu zapis z grudnia.
Bartek zamrugał. Potem się uśmiechnął, tym swoim uśmiechem, który kiedyś sprawiał, iż zapominała własne nazwisko. Teraz wyglądał jak plama oleju na czystej podłodze.
— No przecież oddam, jak tylko dogadamy się z tym Niemcem, on bierze trzy auta naraz, mówię ci, przyśle mi zaliczkę, to pierwsze co zrobię, to…
— To pierwsze co zrobisz, to pójdziesz do notariusza — dokończyła Hanka. — Bo ja już nie chcę twoich zaliczek, Bartek. Mam odłożone na kawalerkę na Bielanach. Dopłacam resztę z tego, co mi wisisz, i znikam z twojego grafiku.
Zaczął coś mówić, iż przesadza, iż jeden wieczór, iż nie tak się umawiali, iż on nigdy nie obiecywał konkretnego dnia. Ale głos mu się łamał na sylabach, jakby ktoś obcinał kable.
Wstała, wyjęła z pudełka wydruk z konta i zszywacz. Zszyła wydruk z kartką z notesu, na której widniał zapis o czterech chudych lutowych tygodniach. Zszywacz szczęknął dokładnie raz.
— Jutro idziemy do notariusza. Spisujemy oświadczenie, iż jesteś mi winien czterdzieści tysięcy i oddasz je w trzech ratach. Pierwsza — do końca miesiąca. Jak nie — sprawa idzie do sądu, a ja odzyskuję też to, co włożyłam w remont twojej kuchni.
Warsztat, niemiecki klient, zaliczka, wszystko nagle przestało istnieć. Bartek patrzył na zszyte kartki, na pudełko po butach, na nietkniętą sałatkę. W mieszkaniu zapanowała taka głusza, iż przez chwilę Hanka słyszała sąsiada z góry, jak piłuje coś manualnie — chyba deskę, a może paletę.
— A jak nie pójdę? — spytał cicho.
— To widzisz ten klucz? — Przekręciła w dłoni biały plastikowy brelok do drzwi wejściowych. — Jutro dorabiam nowy, a twoje rzeczy pojadą na Targówek do warsztatu. Tyle mam ci do powiedzenia.
Nie zostawiła miejsca na kolejne "zaraz". Zamknęła pudełko. Przełożyła sałatkę do plastikowego pojemnika i wstawiła do lodówki, między cebulę a słoik ogórków. Nie dlatego, żeby miał wziąć ją na jutro, po prostu żeby ją ze sobą zabrać, kiedy będzie się pakować.
Zgasiła światło w kuchni, ale w ich sypialni długo jeszcze paliła się lampka. Bartek siedział przy stole sam, obracał w palcach zszyte kartki, jakby szukał z tyłu instrukcji, jak z tego wyjść.
Instrukcji nie było.
A Hanka odkąd tylko pamiętała, zawsze zasypiała po północy. Tej nocy zasnęła przed dwudziestą trzecią i przyśnił jej się Kazimierz Dolny — tylko iż jechała tam sama, z kartonem po butach na siedzeniu pasażera.
—
Nazajutrz obudziła się o 06:40, umyta, ubrana i gotowa, zanim Bartek zdążył doczłapać do łazienki. Powiedział "dzień dobry", ale to nie było to samo "dzień dobry", które znała przez pięć lat. To było "dzień dobry", które brzmiało jak podanie o ułaskawienie.
Kancelaria notarialna mieściła się w starej kamienicy na Saskiej Kępie, na parterze, obok sklepu z dywanami, którego szyld wyblakł tak, iż ledwo dało się przeczytać "Perski". Umówiła wizytę na 09:00, bo wiedziała, iż później Bartek znajdzie wymówkę, a wcześnie rano jego mózg reaguje tylko na zapach kawy i na konkretne polecenia.
Notariusz, pani o twarzy osoby, która widziała już wszystko — od podziałów majątków po ugody rodzinne — rozłożyła przed nimi formularz. Tusz, pieczęć, dwa długopisy na łańcuszkach. Bartek zajął krzesło najdalej od okna, jakby liczył, iż nie dojdzie tam światło dzienne i cała sprawa okaże się złudzeniem.
— Panie Bartłomieju, czy zobowiązuje się pan do zwrotu kwoty czterdzieści tysięcy złotych w trzech ratach: piętnaście tysięcy do ostatniego dnia bieżącego miesiąca, piętnaście tysięcy do końca następnego, dziesięć tysięcy do końca trzeciego? — pytała notariusz.
Milczał. Hanka założyła nogę na nogę i zamilkła też. Nie zamierzała mu pomagać. Przyszedł moment, w którym "zaraz" musiało zamienić się w "tak" albo "nie".
— Tak — powiedział w końcu Bartek, i to słowo zabrzmiało jak trzaśnięcie drzwi od lawety.
Podpisał.
— Teraz pani — notariusz przysunęła dokument w jej stronę.
Hanka położyła torebkę na kolanach, poprawiła rękaw żakietu i podpisała się swoim starannym, architektonicznym pismem. Obok Bartka, którego podpis wyglądał jak zygzak, jakby chciał się z tego wyślizgnąć.
Na ulicy, przed kancelarią, stanęli naprzeciwko siebie. Pachniało świeżym asfaltem — ktoś remontował cały odcinek ulicy, ekipa zamykała pas ruchu. Po sklepie z dywanami staruszek układał kartony z kapciami.
— Hanka — zaczął Bartek.
— Wracaj do warsztatu, Bartek. Masz trzy miesiące. — Poprawiła pasek od torebki i przeszła przez ulicę.
Pierwsza rata wpłynęła na jej konto dwudziestego dziewiątego dnia o 16:12. Piętnaście tysięcy. Pieniądze, o które jeszcze miesiąc temu nie chciała prosić, teraz spały na koncie z taką lekkością, jakby od zawsze tam były.
Druga rata wpłynęła trzy tygodnie później. Trzecia ostatniego dnia, o 21:47. Całość. Czterdzieści tysięcy.
Hanka nie poszła ani do sądu, ani do notariusza. Tydzień wcześniej Bartek sam zabrał z mieszkania swoje rzeczy — dwa worki ciuchów, skrzynkę z narzędziami i suszarkę do włosów, której nigdy nie oddał matce — i zostawił klucze na kuchennym blacie, obok pieprzniczki, dokładnie tam, gdzie kiedyś kładł kluczyki od lawety. Dwa dni po ostatnim przelewie odebrała klucze do kawalerki na Bielanach, dwadzieścia osiem metrów, okna na wschód, mała wnęka na łóżko i balkon wielkości dłoni, na którym zmieściły się dokładnie dwie skrzynki z ziołami. Pudełko po butach, to z paragonami i notesem, spaliła u znajomych na działce w ogrodowym piecu, w sobotę, kiedy pachniało wilgotnym dymem i mokrą trawą.
Bartek napisał jednego SMS-a, trzy tygodnie po ostatniej racie: "Mam do ciebie pytanie o kuchnię". Nie odpowiedziała.
Dwa miesiące później zobaczyła go przypadkiem na Pradze, jak ładował na lawetę srebrzyste audi. Stał w swoim dresie, z telefonem przy uchu, i machał wolną ręką, jakby tłumaczył komuś niewidzialnemu, iż "zaraz, tylko spuszczę pasy". Skręciła w inną ulicę, żeby go nie mijać.
Nie poczuła nic.
Wróciła do domu, do swojej kawalerki z widokiem na wschód, nastawiła radio i przesadziła miętę do większej doniczki. Na dnie szafki w kuchni, schowany za pudełkiem ryżu, znalazła jeden zeszłoroczny orzech włoski, którego nie zdążyli zjeść w tamto Boże Narodzenie. Wyrzuciła go do kontenera na śmieci, a potem długo myła ręce, aż woda zrobiła się lodowata.













