Pracowałam w barze „Pod Arkadami” w Zamościu od pięciu lat. Takiej nocy jak ta nie było nigdy. W sali pachniało piwem i węglem z pieca, bo kaloryfery znów nie grzały, a klienci w kurtkach rozsiadali się przy stolikach. Za oknem, od strony Rynku Wielkiego, padał deszcz. Cienkie strużki spływały po szybie, rozmazując światła latarni.
Właściciel, pan Zbigniew, miał w zwyczaju głośno przeklinać na drobne awarie. Tego wieczoru zepsuła się kasa, więc stanęłam z notesem, a on sam chodził między stolikami i przyjmował zamówienia. Pięciu kierowców ciężarówek siedziało pod ścianą. Na blacie przed nimi piętrzyły się puste kufle po Żywcu.
— Gdzie ten chłopak? — rzucił pan Zbigniew, mijając mnie w drzwiach kuchni. — Znów siedzi w składziku i ślęczy nad nutami. Nie po to go trzymam.
W składziku, między skrzynkami po jabłkach a regałem z marynatami, stało stare pianino. Pamiętało jeszcze lata osiemdziesiąte. Klapa była przybita gwoździami, bo pan Zbigniew uznał, iż instrument zajmuje miejsce i nie ma sensu go otwierać. Klucz od klapy dawno zgubiła jego żona. A gwoździe wbił sąsiad, żeby przypadkiem nikt nie grał.
Młody nazywał się Jakub. Miał dziewiętnaście lat, wąskie ramiona i poplamione smarem paznokcie, bo po godzinach dorabiał u mechanika. Do baru trafił jako pomocnik kuchenny. Obierał ziemniaki, biegał po towar do hurtowni, ale kiedy tylko nadarzyła się chwila, znikał w składziku i palcami uderzał o deskę. Bez klapy. W ciszy.
O wpół do jedenastej pan Zbigniew wrócił z zaplecza, ciągnąc Jakuba za rękaw. Dźwignął go na środek sali, pod lampę. Zalany woskiem obrus leżał na stoliku przed estradą, której nikt nie używał od lat.
— Ten oto artysta — powiedział pan Zbigniew, klepiąc chłopaka po plecach — twierdzi, iż umie grać. Może nam zagrać koniec świata na tym truchle? Co ty w ogóle masz w tym swoim zeszycie?
Kierowcy unieśli głowy znad kufli. Jeden, z wąsem jak krótka miotła, zachichotał i podstawił puste szkło. Drugi krzyknął: — Walcz, synu, tylko nie urwij klamki.
W sali zrobiło się głośniej. Ktoś puścił z butelki; podłoga zachlupotała. Podeszłam do pana Zbigniewa, żeby go odciągnąć, bo widziałam, iż Jakub trzyma w dłoni kawałek wygiętego drutu. Nie żeby się bronić. Po prostu go trzymał.
— Niech pan da mu spokój — powiedziałam, ale pan Zbigniew choćby nie odwrócił głowy. Miał urodziny. Od rana pił własną nalewkę z malin i udawał, iż go nie boli, iż żona rok temu wyjechała do Rybnika, zabierając kluczyki od pianina.
Jakub podszedł do składziku, pchnął drzwi barkiem. Wrócił z małą skrzynką po narzędziach. Zamiast do pianina, stanął przy barze, nalał sobie wody z kranu. Wypił powoli. Słychać było, jak przełyka. Potem podszedł do instrumentu, wyjął z kieszeni obcęgi i podważył pierwszego gwoździa. Drut skrzypnął. Pan Zbigniew przestał się śmiać.
Nikt nie pomagał. Siedzieliśmy i patrzyliśmy, jak podważa kolejne gwoździe. Odłożył je na obrus w równym rządku: siedem sztuk. Siódmy był skrzywiony, więc poprawił go płaską stroną obcęgów, zanim położył obok pozostałych. Potem uniósł klapę. Zawiasy paplały rdzą. W środku zastał kurz, pęknięty młoteczek i klawiaturę, na której ktoś narysował kiedyś serce. Chłopak dmuchnął w klawisze, kurz wzbił się lampą. Wytarł skrajem rękawa sześć białych płytek i usiadł na stołku, który od dawna służył za podpórkę pod skrzynkę z cebulą.
Kierowca z wąsem powiedział: — O, kurwa, będzie grał.
I Jakub zaczął. Nie wstęp, żadnej melodii do tańca. Nie to, czego się spodziewaliśmy. Z klawiatury wyszła rzecz chropowata, jakby ktoś w ciemnym korytarzu głośno oddechał. Potem prysły pierwsze ostre dźwięki — szybkie, gęste, jak grad o dach. Kufry na stolikach zaczęły wibrować. Ten z wąsem odstawił piwo. Ten z butelką w dłoni postawił ją, nie odrywając wzroku od pleców chłopaka.
Bar wypełnił się dźwiękiem, który nie pasował do tej sali. Nie pasował do poplamionych obrusów ani do zapachu smażonej cebuli z kuchni. Pan Zbigniew zrobił pół kroku w tył i stanął na kawałku pizzy, który upadł na podłogę wcześniej. Nie spojrzał pod but. Patrzył na klapę pianina, w której odbijały się światła lampy.
Jakub grał z zamkniętymi oczami. Pochylił się nisko, jakby coś szeptał do klawiszy. Palce miał białe, chude. Nie używał pedałów, bo lewy był ułamany. Musiał robić wszystko siłą uderzeń. W pewnym momencie z kuchni wyszła kucharka, pani Halina, z łyżką w dłoni. Łyżka ociekała zupą. Stała tak do końca utworu, a zupa kapała jej na fartuch.
Kiedy skończył, nie było brawa. Przez długą chwilę słychać było tylko, jak kran w toalecie kapie i jak na zewnątrz przejeżdża autobus linii numer 10. Potem kierowca z wąsem wstał. Sięgnął po portfel, wysypał z niego dwieście złotych na blat.
— Chłopak nie sprząta kufrów. Macie nowego lokatora na piątkę.
Pan Zbigniew nic nie powiedział. Wytarł czoło ręką. Był czerwieńszy niż wtedy, gdy zepsuła się kasa. Podszedł do baru, żeby się napić. Otworzył szafkę, ale zamiast szklanki wziął książkę zamówień i położył na ladzie, jakby nie wiedział, co robi.
Jakub wstał od pianina. Nie ukłonił się. Włożył obcęgi z powrotem do kieszeni, a gwoździe zgarnął w dłoń. Siedem sztuk. Położył je na kontuarze obok kasy, w równym rządku, jak narzędzia pracy. Potem z kieszeni na piersi wyciągnął złożony w czworo papier. Rozłożył go na blacie przed panem Zbigniewem.
— Umowa sprzedaży pianina — powiedział Jakub. — W zeszłym tygodniu znalazł pan kupca z Krasnegostawu. Trzy tysiące, wliczając stołek.
Pan Zbigniew chwycił kartkę. Nie czytał. Patrzył na chłopaka, który poprawił kołnierz koszuli, jakby wychodził z próby, a nie z zaplecza.
— Nie sprzedaję — powiedział pan Zbigniew.
— Trzy tysiące — powtórzył Jakub. — Dokładna kwota zaległości za moje dyżury od listopada. Odejmuję to, co pan mi wisisz.
Sięgnął po długopis leżący przy kasie, przekreślił sumę na umowie, dopisał coś po lewej stronie. Potem podał papier panu Zbigniewowi. Ten patrzył na cyfry, a ja z drugiej strony baru widziałam, iż dolna warga mu drga, jak przed kichnięciem.
— To… to jest nielegalne — powiedział pan Zbigniew.
— Nie. To jest kompensacja. A teraz proszę zabrać rękę z umowy, bo zrobię panu kopię.
Kierowcy patrzyli w milczeniu. Jeden z nich wyciągnął telefon i udawał, iż sprawdza trasę. Pani Halina cofnęła się do kuchni, ale zostawiła uchylone drzwi. W szparze widać było jej fartuch z plamą z zupy.
Jakub podszedł do pianina. Zanim opuścił klapę, przejechał palcem po klawiszach — cicho, od dołu do góry. W sali znów zrobiło się gęsto od tego dźwięku, ale nikt już nie żartował. Potem wziął z kontuaru gwoździe i wrzucił je do kieszeni. Skierował się do wyjścia.
— Gdzie się wybierasz? — zawołał pan Zbigniew.
— Do domu. To znaczy do pociągu. Odchodzi o 23:40 do Lublina.
— A twoja zmiana?
— Skończyła się o 23:00. Od dzisiaj gram.
Minął mnie w drzwiach. Pachniał mydłem z toalety, tym tanim, różowym. Na odchodnym położył na barze wizytówkę. Małą, szarą, z nadrukiem z drukarni przy ulicy Pereca. „Jakub Krawiec — pianista. Koncerty, lekcje, strojenie. Tel. 730…” Reszta numeru była zasłonięta, bo na wizytówce leżała mokra łyżka pani Haliny.
Trzasnęły drzwi wejściowe. Pan Zbigniew rzucił się do okna. Widziałam, jak jego plecy zesztywniały, gdy chłopak przechodził przez Rynek, mijając fontannę. W dłoni niósł reklamówkę z barowym logo. W reklamówce coś stukało. Prawdopodobnie obcęgi. Może nuty.
Długo stał przy szybie. Deszcz przybierał na sile; po bruku płynęła woda. Potem pan Zbigniew odwrócił się i zobaczył, iż kierowca z wąsem zostawił na blacie dwieście złotych. Podszedł, zgarnął banknoty i włożył do kieszeni. Drugą ręką sięgnął po wizytówkę Jakuba, ale zanim ją podniósł, zatrzymał się. Dotknął klapy pianina, która przez cały czas była otwarta. Pod spodem ktoś narysował serce i rok: 1978. Nie miało to nic wspólnego z nim. Po prostu tam było.
Nalałam sobie piwo z kija. Piana przelała się przez brzeg i spłynęła po szkle na ladę. Nie wytarłam. Kierowcy powoli zaczęli zbierać kurtki. Jeden z nich podszedł do pianina, przyklęknął i dotknął młoteczków, jakby sprawdzał, czy jeszcze drżą.
— Będzie sławny — powiedział cicho, do nikogo.
Pan Zbigniew podszedł do kontuaru, wziął wizytówkę, otarł ją z zupy o rękaw. Położył na środku dłoni, przeczytał numer. Potem schował do portfela, za dowód osobisty. Nie spojrzał na nas.
Przez szybę zobaczyłam, iż autobus numer 10 podjechał na przystanek po drugiej stronie Rynku. Drzwi otworzyły się z syczeniem. Wsiadła tylko jedna osoba. Światło z wnętrza oświetliło chłopaka z reklamówką, zanim drzwi zabrały go dalej, w stronę dworca. Na siedzeniu przy oknie pochylił głowę nad zeszytem, otworzył go na stronie z narysowanym sercem, a potem zamknął i schował do kieszeni.
Autobus ruszył. Pan Zbigniew stał przed barem, na deszczu, i patrzył na oddalające się tylne światła. W dłoni ściskał pęk kluczy. Nie wiedział, które otwierają pianino. Żadne.














