Goście Radziwiłłów: Henryk Liszkiewicz

kulturaupodstaw.pl 2 godzin temu
Zdjęcie: fot. J. Jurek


Program „Goście Radziwiłłów” został zainicjowany przez Samorząd Województwa Wielkopolskiego w roku 2020.

Rezydentów zaprosił Pałac Myśliwski Książąt Radziwiłłów w Antoninie – Dom Pracy Twórczej.

Jedną z uczestniczek Programu „Goście Radziwiłłów” był Henryk Liszkiewicz, który w czasie pobytu w Antoninie pracował nad nowymi opowiadaniami.Jedno z nich, zatytułowane „Pamiątka po dziadku” prezentujemy poniżej:

– Jak pan widzi, po tym cmentarzu została tylko ta mała część, reszta była po obu stronach tego ogrodzenia – mężczyzna w okularach wskazał ręką na płot okalający resztkę cmentarza – ale jeszcze w latach sześdziesiątych większość nagrobków zniszczono, a teren zniwelowano. Teraz na tym miejscu z jednej strony jest plac manewrowy po niedziałającej już firmie, a z drugiej ten wielki parking.
I dodał:
– Ale tak się działo prawie ze wszystkim, co było poniemieckie. Co tylko się dało, to burzono i usuwano pod nowe budownictwo lub choćby tylko pod tereny rekreacyjne. Słowem po grobie, którego pan szuka, nie tylko nie ma już żadnego śladu, ale choćby trudno powiedzieć, z której strony tego, co pozostało po tym cmentarzu, się znajdował. Czy na miejscu tego wielkiego parkingu, czy też może po drugiej stronie, bo dokumentacji po tej nekropolii też już nie ma.
– Tak, ma pan rację. Tu niczego już nie znajdę – przytaknął stojący obok siwowłosy mężczyzna. – To może jedźmy już do tego drugiego miejsca.
– Ok., jak pan sobie życzy. Tylko uprzedzam, panie Schultz, tam będzie jeszcze mniej do oglądania.
Chwilę później obaj mężczyźni stali na chodniku obok ruchliwej czteropasmówki biegnącej przez samo centrum miasta.
– Niech pan popatrzy, gdyby ktoś tego nie wiedział, to choćby nie przyszłoby mu do głowy, iż w tym miejscy był kiedyś plac z synagogą pośrodku. Jedynym śladem po tej bożnicy – przewodnik wskazał ręką na stojący za ich plecami budynek – jest pamiątkowa tablica wisząca na tej ścianie, bo fragment dawnej poczty szczęśliwie się zachował. Ale po samej synagodze, a choćby po placu, na którym stała, nie zostało już nic.
– Tak – przybysz z Niemiec pokiwał głową – to miejsce zupełnie nie przypomina tego z przedwojennych zdjęć.
– Ok., jeżeli jest pan gotów, to zapraszam teraz na dawną Milchstrasse. To niedaleko stąd. Tam już na nas czekają.

*****

Henryk Liszkiewicz, fot. J. Jurek

– Proszę spojrzeć na ten mur – rzekł przewodnik, gdy wysiedli z auta. – Dziś oddziela on garaże i te bloki od szkoły, ale kilkadziesiąt lat temu był to mur otaczający budynki niemieckiego więzienia w Schneidemühl.
Schultz podszedł do muru z czerwonej cegły.
– Tu, gdzie stoimy – mężczyzna przetarł chusteczką okulary – było więzienie, po którym, jak pan widzi, nie ma już prawie żadnego śladu. Teraz są tu bloki mieszkalne i ten plac zabaw dla dzieci. Tylko ten fragment muru, ciągnący się za garażami, świadczy, iż było tu kiedyś coś innego.

Siwowłosy mężczyzna przez chwilę krążył po trawniku przed jednym z bloków, a potem, stojąc na placu zabaw, długo z zadartą głową w milczeniu przyglądał się znajdującej się po drugiej stronie muru ścianie szkoły. Jego towarzysz, widząc emocje na twarzy swojego gościa, cierpliwie stał obok. Wreszcie Schultz zapytał:
– Czy będziemy mogli wejść do szkoły?
– Tak, oczywiście – odrzekł przewodnik. – Dyrektorka pewnie już na nas czeka.

*****

– Zapraszam panów w nasze skromne progi – szatynka w kostiumie w szkocką kratę przywitała ich przy bramie szkoły. I zwracając się do gościa z Niemiec dodała: – Pan Wencel uprzedził mnie o pańskiej wizycie.
Przewodnik gwałtownie przetłumaczył słowa dyrektorki. Po chwili dodał:
– Pani dyrektor bardzo nas przeprasza, ale w szkole nie ma windy, a pomieszczenie, które pana interesuje, jest na drugim piętrze. Będziemy musieli więc wdrapać się tam o własnych siłach.
– Proszę powiedzieć, iż to żaden problem. I proszę jeszcze raz podziękować – odparł Schultz – iż będę mógł zobaczyć to miejsce.
Kilka minut później obaj mężczyźni stali w jednej z opustoszałych klas lekcyjnych.
– A to jest właśnie to pomieszczenie – wskazała ręką dyrektorka.
Schultz, nie czekając na tłumaczenie, energicznie ruszył w kierunku wskazanym przez kobietę. Drzwi w tylnej ścianie klasy prowadziły do małego podłużnego pomieszczenia, które służyło nauczycielom do przechowywania pomocy dydaktycznych. Po prawej stronie na wysokości niemal całej ściany znajdowało się ogromne okno z widokiem na oglądany kilkanaście minut wcześniej plac zabaw. Mężczyzna bardzo powoli zbliżył się do okna. Wyglądając na zewnątrz upewnił się, iż znajduje się ono w wąskiej, pustej wnęce. Drżącą ręką dotknął framugi okna.
– Kiedyś – szepnął bardziej do siebie niż do stojacych obok – były tu drzwi. A za nimi drewniany podest z zapadnią.
Nagle energicznym ruchem odwrócił się i rzekł:
– Dziękuję, iż mogłem tu być.

*****

Ostatnim miejscem, które Josef Schultz chciał jeszcze zobaczyć, był kościół św. Antoniego.
– To – tłumaczył zza kierownicy Wencel, gdy przedzierali się samochodem przez zatłoczone centrum – bez wątpienia najciekawszy zabytek naszego miasta. Ma co prawda dopiero 90 lat, ale jest naprawdę czymś wyjątkowym. Bo – nie przestawał mówić podekscytowany przewodnik – w zamyśle ówczesnych niemieckich modernistów1 miał nawiązywać do początków chrześcijaństwa, kiedy to prześladowani wyznawcy Chrystusa potajemnie spotykali się w rzymskich katakumbach. Dlatego kościół jest budowlą o małych i wąskich oknach, w których celowo zainstalowano przyciemnione witraże. Dzięki temu tam prawie zawsze panuje kontemplacyjny nastrój. Taki, jaki pewnie panował w katakumbach.
Schultz, mimo iż wsłuchiwał się w słowa przewodnika, zdawał się być myślami jednak gdzieś indziej.
– Aha, i jeszcze, o czym bym panu zapomniał powiedzieć – Wencel ciągnął swoją opowieść – musi pan wiedzieć, iż w ołtarzu tej świątyni znajduje się jeden z największych, a być może choćby największy w Europie krucyfiks. Ma ponad 7 metrów. Wyrzeźbiono go z jednego pnia drzewa, a figurę Chrystusa obłożono płytkami z brązu, dlatego w przyciemnionym świetle witraży robi tak niesamowite wrażenie. Zresztą za chwilę pan sam to zobaczy.
Gdy weszli do kościoła, ministranci dogaszali właśnie na ołtarzu świece po skończonej kilka minut wcześniej mszy. Była więc okazja na to, by obejść swobodnie świątynię. I gdy przewodnik szykował się do tego, by kontynuować w szczegółach swoją opowieść, Schultz poprosił, by zostawić go na chwilę samemu.
– Jak pan sobie życzy – odparł Wencel. – Poczekam na pana w samochodzie.
Gdy Schultz został sam, usiadł w jednej z pierwszych ławek. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyciągnął jakieś zdjęcie, po czym jakby zapadł się w letargu. W niemal pustej świątyni panowała teraz wszechogarniająca cisza, rzadko przerywana stłumionymi odgłosami osób wchodzących lub wychodzących z kościoła. Wewnątrz budowli snuły się przyćmione odblaski kończącego się dnia. Niektóre z nich odbijały się od ścian świątyni, inne od figury Ukrzyżowanego. Z minuty na minutę stawały się jednak coraz bledsze i bledsze. Wreszcie po niespełna godzinie niemal cały kościół pogrążył się w ciemności. Dopiero wtedy człowiek, siedzący w drugiej ławce, wrócił do samochodu.
– Zapraszam pana, o ile ma pan oczywiście chwilkę czasu – rzekł do przewodnika – na kolację.

*****

– Świetnie pan mówi po niemiecku – odezwał się Schultz, sięgając po sztućce.
– Dziękuję – odparł przewodnik. – Choć przyznam się panu, to nie tyle moja zasługa, co bardziej mojej rodziny. Po prostu niemiecki wyniosłem z domu.
– Jest pan Niemcem? – mężczyzna nie krył zaskoczenia.
– Nie do końca – pokręcił głową Wencel. – Po prostu moi przodkowie mieszkali tu od zawsze. Więc pan rozumie, zależnie od tego, czy była tu Piła, czy Schneidemühl, byliśmy albo Polakami, albo Niemcami. A teraz znowu jesteśmy Polakami. Poza tym poprzez mieszane małżeństwa przodków trudno już dociec, czy jest we mnie więcej niemieckiej, czy też może polskiej krwi. A kto wie, być może choćby jest i odrobina tej żydowskiej. Krótko mówiąc, jak już powiedziałem, jestem tu z dziada pradziada. A pan – przewodnik spojrzał na swojego rozmówcę – jak się domyślam, ma żydowskie korzenie?
– Pewnie pana zaskoczę, ale nie. Mój dziadek, Ernst Libenau, który tu kiedyś mieszkał, nie był Żydem. Można by choćby powiedzieć, iż jak na tamte czasy, to wręcz przeciwnie. Bo był Niemcem. A nawet, według ówczesnych kryteriów rasowych, stuprocentowym Niemcem.
– No to rzeczywiście zaskoczył mnie pan. Bo skoro chciał pan szukać śladów po synagodze, to myślałem…
– Tak – przerwał mu Schultz – na pana miejscu też może bym tak pomyślał. Tym bardziej należy się panu małe wyjaśnienie. Przyjechałem tu z powodu mojego dziadka, a dokładniej mówiąc, z powodu tej fotografii – mówiąc to mężczyzna podał Wenclowi spłowiałe zdjęcie. – To zresztą moja najcenniejsza po nim pamiątka.
– Krucyfiks z kościoła, który pan dziś oglądał… – wyszeptał przewodnik, przypatrując się pożółkłej fotografii.
– Tak – przytaknął Schultz – krucyfiks z kościoła św. Antoniego. Ten sam, przed którym kiedyś mój dziadek stał się innym człowiekiem. Bo musi pan wiedzieć – mężczyzna pogładził swoje siwe włosy – iż dziadek, jak już wspomniałem, był Niemcem, typowym Niemcem. Co prawda nie należał do NSDAP, ale jako urzędnik Rathausu dość gorliwie wypełniał swoje obowiązki. No i nie wiem, jak to powiedzieć: na szczęście lub na nieszczęście, ale wypełniał je gorliwie tylko do czasu.
– Do czasu?
– To znaczy aż do listopada trzydziestego ósmego, bo po zniszczeniu synagogi, w czym brał niestety udział, coś się w nim pękło. Zresztą nie tylko w nim, bo może pan wie, ale wskutek tych wydarzeń zastrzelił się ówczesny burmistrz.
– Stöhr? Franz Stöhr2 samobójcą? – zdziwił się przewodnik. – Przecież on zmarł na zawał.
– Owszem, tak to wtedy przedstawiono, ale tak naprawdę było to samobójstwo.
– Nie, nie wiedziałem – odparł Wencel.
– W przypadku mojego dziadka – Niemiec wytarł chusteczką usta – sprawy przybrały zupełnie inny obrót, może dlatego, iż był on katolikiem. A iż mieszkał wtedy przy Brombergerstrasse, to chodził na msze właśnie do parafii św. Antoniego. I tam to się stało. To znaczy pod tym krucyfiksem w listopadzie trzydziestego ósmego stał się innym człowiekiem. Jak opowiadała mi moja matka, tam obiecał sobie i Bogu, iż nikogo już więcej nie skrzywdzi. A zwłaszcza żadnego Żyda. Na swoje nieszczęście musiał to jeszcze komuś powiedzieć, bo niedługo go aresztowano i oskarżono o zdradę stanu.
– Jak to się stało?
– Trudno powiedzieć. Po prostu ktoś go zadenuncjował. Ktoś, kto pewnie dostał za to pozłacany zegarek, bo tak wtedy wynagradzano donosicieli.
Przewodnik poluzował krawat na szyi, po czym sięgnął po karafkę ze źródlaną wodą.
– A oskarżenie o zdradę stanu – kontynuował Schultz – jak pan pewnie wie, równało się wtedy karze śmierci. Dziadek więc, wiedząc już, iż nie wyjdzie z tego cało, żeby ratować rodzinę, czyli moją babcię z dwójką małych dzieci, zdołał jeszcze przekonać ją do rozwodu. A ona z rozdartym sercem zrobiła, co kazał: udawała wierną führerowi Niemkę, która „oburzona” zdradą męża wniosła o rozwód. Dzięki temu sama nie trafiła do obozu i wraz dziećmi, w tym moją mamą, przetrwała wojnę.
– A co się stało z pana dziadkiem? Domyślam się, że…
– Tak, dobrze się pan domyśla – mężczyzna pokiwał głową. – Dziadka po trzymiesięcznym trzymaniu w więzieniu, po którym dziś nie ma już śladu, powieszono w tym sąsiednim budynku, który teraz jest szkołą. Bo tam wtedy, właśnie w tej wnęce, wykonywano publiczne wyroki na zdrajcach. Dlatego tak bardzo chciałem tam być. Zobaczyć to miejsce po szubienicy.
– Tym bardziej szkoda – odezwał się po chwili milczenia Wencel – iż nie wiemy, w którym miejscu tamtego cmentarza pochowano pana dziadka.
– O ile w ogóle na tamtym cmentarzu – Schultz rozłożył ręce – bo mojej babci, jako iż była już formalnie po rozwodzie z dziadkiem, nie poinformowano o egzekucji i pogrzebie. Babci zresztą nie było już wtedy w Schneidemühl, bo jeszcze przed egzekucją wraz z dziećmi wróciła do swoich rodziców do Bielefeld.
– Pewnie chciała być jak najdalej od tutejszego gestapo?
– Tak. Chodziło też o to, by na niej, a zwłaszcza na jej dzieciach nie ciążyło brzemię córek zdrajcy ojczyzny.
– Ale, jak pan powiedział, jednak przetrwała.
– Tak, ale iż potem, już po wojnie, była zmiana granic, więc nigdy tu już nie wróciła. Tym bardziej więc ja, niejako w jej zastępstwie, chciałem tu przyjechać, by zobaczyć miejsca związane z jej mężem, a moim dziadkiem. Mój dzisiejszy dzień w Pile to była taka pielgrzymka jego śladami. Dziś byłem więc tu pielgrzymem, a pan był moim przewodnikiem.
– Rozumiem – Wencel przetarł okulary – choć gwoli ścisłości trzeba powiedzieć, iż była to po części pielgrzymka po mieście, którego od dawna już nie ma.
– Tak, ma pan rację. To już inne miasto niż to za czasów Ernsta Libenaua. Chociaż – gość z Niemiec uśmiechnął się łagodnie – na szczęście wciąż są tu jeszcze ten kościół i ten krucyfiks.

*****

Pół godziny później Wencel dotarł do swojego mieszkania. Zmęczony powiesił marynarkę na oparciu krzesła. Chwilę stał na środku przestronnego salonu. Potem, nie spiesząc się, podszedł do rzeźbionego kredensu, skąd wyciągnął drewnianą szkatułkę. Postawił ją na stoliku, a sam usiadł naprzeciw. Oparłszy się o tył krzesła, przez dłuższą chwilę nieruchomo wpatrywał się w jej wypolerowane wieko. Kolejny raz przetarł chusteczką zaparowane okulary. Wreszcie wyciągnął drżącą rękę w kierunku szkatułki. Otworzył ją, po czym sięgnął po szczelnie owiniętą pamiątkę. Pamiątkę po swoim dziadku. Ostrożnie rozwinął ją z kilku warstw waty. Wewnątrz jego ciepłej i drżącej dłoni leżał teraz pozłacany zegarek. Zegarek z wygrawerowaną datą:1938.

Idź do oryginalnego materiału