Gdzie jest moje dziecko?

newsempire24.com 18 godzin temu

Dziś, po latach, często wracam myślami do tamtego dnia. Michał stał w tym samym miejscu, gdzie przed pięcioma minutami zostawił Jagodę, rozglądał się bezradnie, a w nim z każdą chwilą narastał dziwny niepokój. Nigdzie jej nie było…

Wśród mnóstwa dzieci nie mógł znaleźć jednej. Swojej córki.

„Nic nie rozumiem” – mruczał pod nosem Michał. „Gdzie się podziała? Przecież odszedłem tylko na pięć minut”. Potem dostrzegł Zofię, wychowawczynię córki, która właśnie ustawiała marudnych pierwszaków według wzrostu, i podbiegł do niej.

— Gdzie jest moje dziecko?! Dziewczynka z białymi kokardami. Powinna być z panią. A jej nie ma.

Michał był tak zdenerwowany, iż choćby nie zauważył, jak podniósł głos.

Młoda nauczycielka wzdrygnęła się i spojrzała na niego z zakłopotaniem.

— Przepraszam… Kto konkretnie? Wszyscy moi są chyba na miejscu.

— Moja córka. Jagoda. Przed chwilą tu była, a teraz jej nie ma! Jest zapisana do pani klasy. Nie pamięta nas pani?

— Przepraszam, mam w klasie dwadzieścioro dziewięcioro dzieci, a widzieliśmy się tylko kilka razy.

— I co z tego?

— Nie zdążyłam jeszcze zapamiętać wszystkich dzieci ani ich rodziców z twarzy.

— I to według pani jest wytłumaczenie?

— Posłuchaj, każdy rodzic osobiście przyprowadził swoje dziecko. A pan… Pan nie przyprowadził. Podeszliście dopiero teraz. Rozumiem, iż jest zamieszanie i tak dalej, ale… Niech pan lepiej powie, dlaczego zostawił córkę samą? Czy pan nie widzi, ile dziś w szkole ludzi? Tu nie tylko siedmioletnie dziecko, ale choćby dorosły może się zgubić.

— Wyskoczyłem tylko na kilka minut do sklepu po wodę. Jagoda chciała pić. Wróciłem – a jej już nie ma. Cholera, jest pani nauczycielką! Czy pani nie powinna pilnować dzieci? Gdzie mam jej teraz szukać? Gdzie mogła pójść?

Zofia głęboko westchnęła. To był jej pierwszy dzień pracy, pierwsza własna klasa, a wszystko wydawało się jakimś złym snem.

— Niech się pan uspokoi. Jak wyglądała pańska córka?

— Mówię: miała duże białe kokardy.

— Przepraszam, ale w mojej klasie jest piętnaście dziewczynek i wszystkie mają białe kokardy. Są jeszcze jakieś cechy charakterystyczne? Na przykład, co miała na sobie?

Michał zamilkł na chwilę. Tak się zagubi i zestresował, iż nie wiedział, co jeszcze powiedzieć. Rano pomagał córce wiązać te kokardy, poprawiał kołnierzyk, martwił się, żeby nie pobrudziła białych rajstop, a teraz nagle uświadomił sobie, iż prawie nie potrafi jej opisać.

— No jakie jeszcze cechy… Dziewczynka siedmioletnia, z brązowymi oczami i długimi ciemnymi włosami.

— Już lepiej. Może pan jeszcze coś przypomnieć?

— No… Ma żółty tornister z kaczuszkami! Wie pani, bardzo lubi zwierzęta, dlatego wybrała właśnie taki. Inne dzieci na pewno takiego nie mają. Boże, gdzie ona się mogła podziać? – mówił zdenerwowany Michał, rozglądając się nerwowo.

— Niech się pan nie martwi, będziemy szukać. Na pewno ją znajdziemy. Raczej nie mogła opuścić terenu szkoły. Czyli pańska Jagoda jest gdzieś tutaj. Niech pan na mnie poczeka, zaraz wrócę.

Zofia podbiegła do swoich uczniów, którzy przestępowali z nogi na nogę w oczekiwaniu na rozpoczęcie apelu, jeszcze raz przeliczyła dzieci i szczególnie uważnie przyjrzała się dziewczynkom. Ale wśród dziewczynek z pięknymi białymi kokardami nie było Jagody, a nikt z nich nie widział dziewczynki z żółtym tornistrem z kaczuszkami.

Poprosiwszy koleżankę – wychowawczynię równoległej klasy – żeby zaopiekowała się jej uczniami, Zofia gwałtownie wróciła do Michała.

— Nikt z kolegów Jagody jej nie widział – powiedziała. – Do szkoły nie mogła wejść. Czyli pańska córka musi być na terenie. Proponuję szukać razem.

— Może lepiej zadzwonić na policję?

— Myślę, iż to niepotrzebne. Na pewno znajdziemy Jagodę – rzekła Zofia, starając się, by jej głos brzmiał spokojnie i pewnie. Chociaż oczywiście też bardzo martwiła się o dziewczynkę.

I tak ojciec i nauczycielka wyruszyli na poszukiwania Jagody.

Szybko obeszli szkolny dziedziniec, zajrzeli na boisko, kilka razy podchodzili do ochroniarza stojącego przy furtce. Ale na razie bez rezultatu. Nikt Jagody nie widział.

— A czy pańska córka nie ma telefonu? – spytała Zofia, gdy kierowali się na tylne podwórko – jedyne miejsce, gdzie jeszcze dziś nie byli.

— Ma, oczywiście – westchnął Michał. – Tylko iż jej telefon jest teraz u mnie. Nie zdążyłem go oddać Jagodzie…

— Szkoda, iż pan nie zdążył… – westchnęła za nim nauczycielka.

— Tylko żeby nic się nie stało… tylko żeby nic jej się nie stało – powtarzał Michał prawie szeptem.

Zofia nic nie odpowiadała. Myślała o tym, iż teraz odpowiada nie tylko za dzieci, ale i za zaufanie rodziców. A jeżeli z dzieckiem stało się coś poważnego…

Tymczasem dziewczynka z białymi kokardami i żółtym tornistrem z kaczuszkami stała na tylnym podwórku szkoły pod wysokim drzewem i rozmawiała z kotkiem, który siedział na gałęzi tuż nad jej głową i nie mógł zejść. Jak go tylko nie prosiła, żeby zeskoczył, ale kotek odpowiadał tylko żałosnym miauczeniem.

— No dalej, malutki, skacz – mówiła do kotka Jagoda. – Złapię cię. Słowo honoru, złapię.

Kotek niby próbował skoczyć, ale w ostatniej chwili strach paraliżował go, przytulał się mocniej do gałęzi i znowu zaczynał miauczeć. Tak żałośnie, iż Jagoda mało nie płakała.

Gdy dziewczynka zrozumiała, iż sama nie da rady – pobiegła po pomoc.

A gdy skręciła za róg szkoły, niespodziewanie spotkała tatę i Zofię. Wyglądali jakoś zdenerwowani.

— Córciu, gdzieś ty się podziała? – podbiegł do niej Michał. – O mało nie oszalałem. Co ty tu w ogóle robisz?

— Tato, możesz mnie potem zganić, dobrze? – odparła Jagoda. – A teraz… Teraz potrzebuję twojej pomocy.

— Co się stało?

— Chodź ze mną.

Wzięła ojca za rękę, drugą ręką pociągnęła Zofię i pewnie poprowadziła ich za szkołę.

Nic nie rozumiejąc, dorośli spojrzeli po sobie i milcząc poszli za dziewczynką. W końcu Jagoda zaprowadziła ich pod drzewo i wskazała palcem w górę:

— Tam jest mały kotek. Widzicie? Tato, zdejmij go, proszę.

— Jagodko, a nie chciałabyś opowiedzieć tacie, jak się tu w ogóle znalazłaś? Gdzie ci kazałem czekać?

— Kiedy stałam przy płocie i czekałam na ciebie, zobaczyłam, jak jakiś pies goni tego kotka, i pobiegłam za nimi. Kotek ze strachu wdrapał się na drzewo, a pies na niego szczekał. No to psa przepędziłam… A kotka nie mogę wyciągnąć.

— Sama przepędziłaś dużego psa? – zdziwiła się Zofia.

— Aha – kiwnęła głową Jagoda. – Powiedziałam mu, iż zaraz przyjdzie mój tata i jeżeli sam nie odejdzie, to mój tata mu pomoże. I poszedł. A kotek tak siedzi, biedaczek, tam. Tatusiu, zdejmiesz go? Jak długo można stać i nic nie robić? – tupnęła niezadowolona nogą. – On się boi…

Michał sceptycznie spojrzał na cienkie gałęzie i zrozumiał, iż przy swoich ponad dziewięćdziesięciu kilogramach nie ma tam czego szukać. Inaczej nauczycielka – szczupła, drobna. Ona by na pewno mogła.

— Co pan tak na mnie patrzy? – spytała zdziwiona Zofia. – Nie wejdę. choćby nie sięgnę gałęzi.

— Podniosę panią – uśmiechnął się Michał.

— Jeszcze czego!

— No proszę – Jagoda wzięła nauczycielkę za rękę. – Niech pani zobaczy, jak on się boi. A jeżeli spadnie?

Zofia podniosła głowę.

Kotek znowu żałośnie miauknął, jakby naprawdę rozumiał, iż chodzi o niego.

— Dobrze – powiedziała w końcu. – Tylko jeżeli pan – Zofia spojrzała na Michała – będzie mnie mocno trzymał i nie upuści.

— Obiecuję, iż wszystko będzie dobrze – uśmiechnął się Michał.

Zofia usiadła na szerokich ramionach Michała, ten od razu uniósł ją z łatwością, a potem stanęła na jego ramionach obiema nogami i trzymając się jedną ręką gałęzi, drugą – przy wiwatach dziewczynki i jej ojca – z całych sił próbowała dosięgnąć kotka.

— Jeszcze trochę… – zachęcał ją Michał. – Prawie go pani ma.

Kotek najpierw cofnął się ze strachu, potem nabrał odwagi, ostrożnie zrobił krok w jej stronę i…

— Udało się! Udało się! – radośnie klasnęła w dłonie Jagoda. – Jaka pani jest wspaniała, pani Zofio! Tato, trzymaj ją mocno. Nie upuść.

Gdy Zofia w końcu znalazła się na ziemi, Jagoda od razu wyciągnęła ręce po kotka i przytuliła go.

A ten od razu zaczął cicho mruczeć.

— No proszę – uśmiechnął się Michał. – Dzięki Bogu, wszyscy cali i zdrowi. Ale jak ty mnie wystraszyłaś, córeczko, tym swoim tajemniczym zniknięciem.

— Przepraszam, tato. Nie chciałam cię straszyć. Po prostu nie mogłam go zostawić samego. Sam by nie mógł zejść.

Michał spojrzał na Jagodę i tylko pokręcił głową.

Właśnie za to dobre serce kochał swoją córkę najbardziej na świecie.

— Możemy go wziąć do domu? – spytała Jagoda, wskazując wzrokiem na kotka.

— Myślę, iż po takim poznaniu trudno będzie odmówić – roześmiał się Michał.

— To pilnuj go, póki będę odbierać podręczniki. I patrz – nie zgub się nigdzie. Żebyśmy potem z panią Zofią nie musieli cię szukać.

Nauczycielka nie mogła się powstrzymać i zaśmiała się.

— No tak… Wyobrażam sobie, jak mama się zdziwi, kiedy wrócicie do domu z tym maluszkiem.

— Nie mam mamy… – westchnęła dziewczynka. – Ale bardzo bym chciała, żeby była.

— Przepraszam, nie wiedziałam… – zatrzepotała przestraszona rzęsami nauczycielka.

— Nic, wszystko w porządku – uśmiechnął się Michał. – Zostawiła nas pięć lat temu. Wyjechała za granicę. I więcej o niej nie słyszałem. Znaczy – my z Jagodą więcej o niej nie słyszeliśmy.

Na kilka sekund na tylnym podwórku zapadła cisza. Zofia milcząco patrzyła na nich – na dużego, nieco niezdarnego mężczyznę o dobrych oczach i na małą dziewczynkę z szarym kotkiem w rękach – i w piersi coś ją mocno zakłuło.

— Za to teraz będziemy mieli Filemona – powiedziała stanowczo Jagoda, głaszcząc kotka.

— Już wymyśliłaś imię? – uśmiechnął się Michał.

— Oczywiście. Czy można żyć bez imienia?

*****

Michał zawsze sam odbierał Jagodę. Czasem zamieniali z Zofią tylko kilka zdań, czasem rozmowa ciągnęła się, aż szkolny dziedziniec całkiem pustoszał. Rozmawiali o postępach Jagody, śmiesznych historiach z klasy, książkach, filmach, domowych pupilach i stopniowo przestali zauważać, iż dawno już mówią nie tylko o szkole.

Pewnego dnia Michał, stojąc na korytarzu, zaczekał, aż wszystkie dzieci się rozejdą, a potem zdecydowanie wkroczył do klasy.

Zofia najpierw szeroko się uśmiechnęła, a potem, widząc w jego rękach piękny bukiet, zdziwiła się.

— To dla pani – powiedział Michał ochryple, wyciągając kwiaty. – I jeszcze… Chciałbym zaprosić panią dzisiaj na kolację. Znaczy – my z Jagodą bardzo chcemy, żeby zjadła pani z nami kolację. We trójkę. Co pani na to, pani Zofio?

Nauczycielka spłonęła rumieńcem, poczuła, jak zdradziecko palą ją uszy, ale… kwiaty wzięła.

Pachniały jesienią, domem i, dziwnie, nadzieją. — Dobrze – odpowiedziała po prostu. – Zgadzam się.

Dokładnie tak samo Zofia odpowiedziała Michałowi, gdy rok później oświadczył się jej w Urzędzie Stanu Cywilnego.

Jagoda mocno trzymała Zofię za rękę i…

…nie mogła przestać się uśmiechać. W tamtej chwili czuła się najszczęśliwszą dziewczynką na świecie.

— A mogę… mogę teraz nazywać cię mamą?

Młodej kobiecie łzy napłynęły do oczu.

— jeżeli sama tego chcesz, to oczywiście. To będzie dla mnie najdroższe słowo.

Jagoda mocno ją przytuliła.

Obok stał Michał i patrzył na nie z uśmiechem.

Kto by pomyślał, iż w jednej chwili jego i Jagody życie tak się odmieni?

Ale cuda jednak się zdarzają.

A ten cud – milutki, puchaty cud – leży teraz na parapecie w mieszkaniu i niecierpliwie czeka, aż jego rodzina wreszcie wróci do domu.

Idź do oryginalnego materiału