Internet uwielbia pytania, które pozornie są proste, ale po chwili zaczynają uwierać. Taki właśnie jest post Michała Naftyńskiego, który zestawia dwa przypadki:
- Polaka wracającego z Holandii z mężem,
- oraz Polaka wracającego z Kataru z trzema żonami i dziećmi.
Oba małżeństwa są legalne w kraju, w którym zostały zawarte. Oba nie są uznawane przez polskie prawo. A jednak intuicja wielu osób podpowiada im zupełnie różne odpowiedzi.
I właśnie tutaj zaczyna się interesujący – ale też bardzo niewygodny – dylemat społeczny, prawny i kulturowy.
Polska nie uznaje obu tych małżeństw
Z czysto prawnego punktu widzenia sytuacja wydaje się prosta.
Polskie prawo:
- nie przewiduje małżeństw jednopłciowych,
- zabrania bigamii i poligamii.
W praktyce oznacza to, iż urząd stanu cywilnego w Polsce nie dokona pełnej transkrypcji ani jednego, ani drugiego małżeństwa jako „małżeństwa” w rozumieniu polskiego prawa.
Ale życie społeczne i prawa człowieka nie kończą się na jednym słowie w dokumentach.
Bo tu pojawia się pytanie ważniejsze niż sama transkrypcja:
Czy państwo może całkowicie ignorować relacje, które istnieją realnie?
W obu przypadkach mamy ludzi, którzy:
- żyli razem przez lata,
- stworzyli rodzinę,
- funkcjonowali legalnie w innym państwie,
- mogą mieć wspólny majątek, dzieci, zobowiązania.
I tutaj zaczyna się różnica, która dla wielu osób okazuje się kluczowa.
Dlaczego większość ludzi intuicyjnie rozróżnia te dwa przypadki?
Bo choć oba związki są „nieuznawane”, społecznie i etycznie nie są odbierane jako równoważne.
Małżeństwo jednopłciowe
dotyczy dwóch dorosłych osób mających identyczny status wobec siebie.
Natomiast poligamia bardzo często budzi skojarzenia z:
- nierównością,
- podporządkowaniem kobiet,
- presją religijną lub społeczną,
- asymetrią praw i władzy.
Oczywiście zwolennicy poligamii powiedzą:
„Ale jeżeli wszyscy się zgadzają, to dlaczego państwo miałoby tego zakazywać?”
I tu dochodzimy do sedna.
Gdzie kończy się tolerancja kulturowa?
Współczesne społeczeństwa zachodnie coraz częściej próbują pogodzić dwie wartości:
- szacunek dla różnorodności,
- oraz ochronę podstawowych zasad równości i praw człowieka.
Problem polega na tym, iż czasem te wartości zaczynają się ze sobą ścierać.
Bo jeżeli argument brzmi:
„Powinniśmy uznawać związki legalne w innych krajach”,
to ktoś zaraz zapyta:
- wszystkie?
- bez wyjątku?
- nawet jeżeli są sprzeczne z naszym systemem wartości?
I właśnie dlatego takie posty wywołują tyle emocji. Nie dlatego, iż ludzie nie znają prawa. Tylko dlatego, iż próbują odpowiedzieć sobie na pytanie:
Czy prawo powinno być spójne logicznie, czy zgodne z wartościami społeczeństwa?
To wcale nie jest to samo.
Prawo często nie jest idealnie symetryczne. Państwa wybierają, które relacje chcą chronić, a które uznają za sprzeczne z porządkiem publicznym.
Dlatego wiele państw Europy:
- uznaje małżeństwa jednopłciowe,
- ale jednocześnie zakazuje poligamii.
Nie dlatego, iż „matematycznie” jedno różni się od drugiego, ale dlatego, iż stoją za tym inne wartości społeczne i historyczne doświadczenia.
A co z dziećmi?
To element, który często ginie w internetowych dyskusjach.
Nawet jeżeli państwo nie uznaje danego małżeństwa, zwykle musi jakoś uregulować sytuację dzieci:
- obywatelstwo,
- opiekę,
- alimenty,
- edukację,
- dziedziczenie.
Czyli państwo może powiedzieć:
„Nie uznajemy tej formy związku”,
ale jednocześnie nie może udawać, iż ci ludzie nie istnieją.
Ten post nie daje łatwej odpowiedzi – i może właśnie o to chodziło
Autor otwarcie przyznaje, iż chciał wywołać dysonans poznawczy. I trzeba przyznać: skutecznie.
Bo pytanie wcale nie dotyczy wyłącznie prawa.
Dotyczy też:
- granic tolerancji,
- relatywizmu kulturowego,
- definicji rodziny,
- oraz tego, czy społeczeństwo potrafi konsekwentnie stosować własne zasady.
A może prawdziwy problem polega na tym, iż większość z nas chce, aby prawo było jednocześnie:
- logiczne,
- moralne,
- humanitarne,
- i zgodne z naszym osobistym światopoglądem.
Tyle iż w praktyce bardzo rzadko da się pogodzić wszystko naraz.
Wilczyca








