Fala, która zabrała cały strach

twojacena.pl 1 dzień temu

Siedziałam na leżaku przy hotelu „Neptun” w Międzyzdrojach trzeci dzień z rzędu i patrzyłam na tych dwóch, zanim jeszcze poznałam ich imiona. Miałam wtedy pięćdziesiąt dwa lata, byłam tam sama — mąż został w Poznaniu, bo w warsztacie akurat trwał sezon na wymianę opon zimowych na letnie, a ja od trzech miesięcy leczyłam się po operacji tarczycy i lekarz kazał mi wreszcie odpocząć.

Rozłożyli ręczniki jakieś sześć metrów ode mnie. Starszy pan, chudy, o skórze poznaczonej brązowymi plamami, i chłopak może dwudziestoletni, w podkoszulku z nadrukiem jakiegoś zespołu, którego nie znałam. Dziadek zdejmował koszulę powoli, jakby każdy ruch kosztował go osobną decyzję. Złożył ją na czworo, otrzepał piasek z rąk i położył na plecaku obok butelki wody mineralnej „Muszynianka”. Wnuk stał obok, nie pomagał, dopóki tamten sam nie skończył — czekał, z rękami w kieszeniach kąpielówek, patrząc gdzieś w stronę molo.

Potem chłopak podał mu ramię. Weszli do wody razem, powoli, stopa za stopą po zimnym piasku, aż fale zaczęły obmywać im kolana. I tam stanęli. Objęci, plecami do brzegu, twarzami w stronę horyzontu, tam gdzie po Bałtyku snuł się jakiś statek towarowy w kierunku Świnoujścia. Fale uderzały o ich nogi, cofały się, wracały. Staliśmy tak — oni w wodzie, ja na leżaku z kubkiem zimnej kawy z automatu, który smakował jak przypalona guma — z pół godziny, może dłużej. Nikt się nie odzywał. Mewa krążyła nad nimi, obniżając lot, jakby też chciała zobaczyć, o co chodzi, a potem odleciała w stronę śmietników przy wejściu na plażę.

Kiedy w końcu wyszli, usiadłam bliżej — nie z ciekawości, tylko dlatego, iż wiatr zaczął zwiewać mój ręcznik i musiałam go przełożyć pod kamień. Chłopak owinął dziadka w duży ręcznik frotte w biało-niebieskie paski i wtedy usłyszałam, jak mówi: „Jeszcze pięć minut i wracamy, bo mama będzie się wściekać, iż przemarzłeś”. Starszy pan się zaśmiał, chropowato, jakby ten śmiech nie był używany od dawna. „Twoja mama wściekała się na mnie, odkąd skończyła dziesięć lat, Kubuś. Do tego już przywykłem”.

Nazywał się Zenon. Miał siedemdziesiąt osiem lat i, jak się później dowiedziałam od samego Kuby, dwa miesiące wcześniej przeszedł drugi zawał. Kardiolog w szpitalu przy ulicy Unii Lubelskiej powiedział rodzinie wprost: kolejny taki epizod może się nie skończyć równie łagodnie. Zenon mieszkał sam, w bloku na Ratajach, odkąd pięć lat temu zmarła jego żona. Syn — ojciec Kuby — nie odzywał się do niego od dawna, z powodów, o których nikt w rodzinie głośno nie mówił, ale które, jak się okazało, miały związek z warsztatem samochodowym, który Zenon kiedyś prowadził razem z synem, a potem, po kłótni o pieniądze, przepisał w całości na wnuka, pomijając syna zupełnie.

Tamtego lata to właśnie Kuba, student drugiego roku mechaniki na Politechnice Poznańskiej, zapakował dziadka do swojego starego forda fiesta i przywiózł go nad morze, bo — jak mi powiedział, siedząc obok mnie na piasku, gdy Zenon zasnął w cieniu parasola — „lekarz powiedział, iż dziadek może już nie mieć drugiej takiej okazji, a ja nie chciałem, żeby ostatnie, co pamięta, to były te cztery ściany na Ratajach i telewizor włączony na okrągło”.

Zapytałam go, czy to dlatego kąpali się tak długo, trzymając się mocno, jakby bali się, iż fala ich rozdzieli. Kuba spojrzał na piasek, przesypywał go między palcami, zanim odpowiedział. „Dziadek bał się wody całe życie. Kiedy miał dziewięć lat, jego młodszy brat utonął w stawie pod Kaliszem. Nigdy w życiu nie wszedł do morza głębiej niż po kolana. A teraz mówi, iż skoro i tak nie wie, ile mu zostało, to woli spróbować się bać razem ze mną, niż umrzeć, nie spróbowawszy wcale”.

Zostałam w Międzyzdrojach jeszcze cztery dni. Codziennie widywałam ich o tej samej porze, koło jedenastej, kiedy słońce jeszcze nie paliło za mocno. Czwartego dnia zauważyłam, iż Zenon sam, bez pomocy Kuby, zdjął koszulkę i złożył ją, i iż tym razem to on pierwszy ruszył w stronę wody, a wnuk dogonił go z tyłu, śmiejąc się, iż dziadek robi się nagle za odważny.

Piątego dnia mnie tam już nie było — wyjechałam wcześniej, bo mąż zadzwonił, iż klimatyzacja w warsztacie padła w środku lipca i musi jechać po części do Szczecina. Ale numer do Kuby zapisałam sobie w telefonie, bo powiedział, iż jeżeli kiedyś będę w Poznaniu, to mam wpaść, dziadek podobno robi najlepszy bigos na Ratajach, choć twierdzi to od trzydziestu lat bez żadnych dowodów.

Zadzwoniłam do niego dopiero we wrześniu, żeby zapytać, jak minęła reszta lata. Powiedział, iż Zenon wrócił do domu opalony i, jego słowami, „bezczelny jak nigdy” — zaczął chodzić na basen przy ulicy Chwiałkowskiego dwa razy w tygodniu, mimo protestów lekarza rodzinnego. A syn, ten milczący od lat, zadzwonił do ojca po raz pierwszy od trzech lat, bo zobaczył zdjęcie, które Kuba wrzucił na Facebooka — ich dwóch w morzu, plecami do aparatu. Podobno rozmawiali czterdzieści minut. Podobno umówili się na Boże Narodzenie, pierwszy raz przy jednym stole od czasu tamtej kłótni o warsztat.

Nie wiem, co dokładnie sobie powiedzieli i czy warsztat wrócił kiedyś do rozmowy. To już nie była moja historia do opowiadania dalej. Wiem tylko, iż kiedy widziałam ich po raz ostatni na tej plaży, Zenon szedł do wody sam, bez trzymania się niczyjego ramienia, a Kuba szedł kilka kroków za nim, gotowy, gdyby jednak było trzeba — ale nie musiał być.

Idź do oryginalnego materiału