Emerytka Wiesława (albo, jak wszyscy wołali Wiesia) Janowska jęknęła głęboko i z mozołem przewróciła się na drugi bok. Stawy bolały, nogi spuchnięte jak balony na Dzień Dziecka. Dość już miała tych wszystkich przychodni i wiecznego łykanka tabletek miała ochotę rzucić skierowaniem w dal i niech się dzieje, co chce.
Wiesia mieszkała sama. Za mąż nigdy nie wyszła, syn urodził się jeszcze, kiedy na świecie myślała, iż z pierwszą miłością to już do końca świata. Raptem rozległo się pukanie do drzwi. Ciężko powłócząc nogami, dotarła do korytarza i otworzyła.
Na progu stał syn z synową. Obok czteroletni wnuk, Michaś, trzymał z całych sił plastikową wyścigówkę. I jeszcze ten olbrzymi pies.
Mamo, tylko na moment… Musimy pojechać. Michaś i Klops zostają u Ciebie. Za jakieś pięć dni damy radę wrócić, wszystko załatwić i odbierzemy ich, rzucił gwałtownie syn, Maciek.
Ale… Ja jestem chora, ledwo chodzę, ja… wydusiła z siebie Wiesia, opierając się o framugę.
Przepraszamy, mamo, naprawdę Ale wózić dzieciaka i psa osiem godzin do Łodzi to żadna przyjemność. Moja mama Jej już nie ma, westchnęła synowa, Paulina, i zaraz się rozszlochała.
Za Pauliną zapłakał wnuczek, pies smutno wydął pysk. I można powiedzieć, iż wtedy Wiesia zrozumiała: No nie, muszę coś wykombinować!
To wszystko zaczęło się pół roku temu. Skończyła zaledwie 60 lat, a patrząc dokoła, wszędzie babcie z laskami i aptecznym wyposażeniem w torebce. Zdrowie potrafi się odezwać nie w porę!
Wiesława jeszcze pamiętała, iż jej sąsiadka z bloku, pani Irena Kryska, całkiem podupadła na zdrowiu. Teść synowej, Stefan Kryska, już dawno zszedł. A teraz i druga babcia… No patrz pan, tak nagle ją zabrakło. I jeszcze młodsza była od Wiesi.
Została z wnukiem i olbrzymim psem. Michaś tulił psa, a ten wywąchiwał mu uszy jak najlepszy przyjaciel z ogona.
Michaś… On czasem nie gryzie? Czemu on taki paskudnie wielki? Mogliście mi przynieść przynajmniej jamnika! Co to za okaz? zdołała zapytać Wiesia.
Babciu, to angielski buldog. I on jest super! Nazywa się Klops! Jest bardzo kochany, odpowiedział poważnie Michał, gładząc pieska (no, z wyglądu raczej kawał bydlęcia).
A z nim trzeba na spacer, co? Wiesia złapała się za serce.
Ona zwierzaczki, owszem, ale tylko koty (te których już dawno nie było), a z psami to choćby raz w życiu na smyczy nie była.
Serce jej pękało z żalu po niedawnej śmierci Irenki. Ale w głowie miała mętlik jak ona, schorowana, ogarnie dziecko i psa wielkiego jak lodówka?
Klops musi jeść! On lubi mięsko, no i kaszkę. Idziemy na spacer, babciu! Już pora! zadecydował Michaś i zniknął gdzieś w przedpokoju, wciskając na stopy kalosze.
Wiesia już choćby nie pamięta, w czym wyszła na zewnątrz. Dziecko włożyło jej smycz do ręki, samo się jej chwyciło. Tak wyszli na podbój blokowiska.
Tydzień nie była na dworze, zdrowie jej nie pozwalało. Ale teraz szła. Przez ból, przez łzy. Co poczniesz, Panie Boże? Modliła się pod nosem o trochę siły. Nie miał kto pomóc, tylko ona!
Klops szedł spokojnie. Ani razu nie szarpnął smyczy, nie zwrócił uwagi na szczekające ratlerki.
Wiesia poczuła do psa szacunek, ba, choćby wyprostowała się z dumą, gdy mijały ją sąsiadki na ławce, rozgadywały najnowsze plotki.
Co to, Wiesiu, w gościach masz? A ty przecież mówiłaś, iż leżysz w łóżku! Jak ty z dzieckiem i takim psem dasz radę? Zaraz cię rozłoży i będzie po herbacie! Chłopczyku, czemu do babci przyjechałeś? Ona ledwo dycha! Jeszcze i psa ci przywieźli. No nie mają ci rodzice wstydu!
Odpchnęli na chorą, a sami pewnie na wczasy polecieli! wrzasnęła z balkonu pani Zofia z piątego piętra.
Wiesia wyczuła, iż wnuczek napiął jej rękę. I choćby buldog Klops spojrzał na Zofię jakby surowo znad podwójnego podbródka.
Cicho tam, plotkary! Wam wnuków nie przywożą, to tylko zazdrość! Sama poprosiłam, żeby Michaś do mnie przyjechał! I wcale nie jestem chora! A pies, no właśnie, to rodowodowy, choćby na wystawy jeździ, taki mądry!
Przestańcie gadać, bo przy dziecku jeszcze raz coś palniecie…! Tylko język do komentowania Wam działa! Syn z synową pojechali na pogrzeb, a nie do spa, jeżeli aż tak ciekawi! wypaliła Wiesia i ruszyła ziarnem dalej, zaskakując własne nogi.
Nie słuchaj ich, Michałku. Babcia cię zawsze kocha! przytuliła wnuka w windzie.
Babciu A Ty nie polecisz do nieba, jak babcia Irenka? Mama i tata mówili, iż ona tam będzie mieszkała. I dziadek już tam. Tylko Ciebie mam Nie polecisz, babciu? Nie zostaw mnie, babciu, kocham cię! rozklejał się Michał, obejmując Wiesię za kolana.
Oj, co Ty! Wnusiu mój! Babcia tak łatwo się nie podda! Tyle z Tobą jeszcze przed nami do szkoły Cię zaprowadzę, na studniówke zatańczymy, z wojska wrócisz, a babcia będzie czekać! przytuliła go mocno.
Przez nie mogę ugotowała kolację. Do warzywniaka na rogu jakoś doszła. Wieczorem spacer z Klopsem. Ten, jak poprzednio, stąpał przez park z godnością pudła na buty.
Gdy Michaś i pies zasnęli, Wiesia łyknęła leki. Ciało bolało jakby właśnie rozbiła traktor w okopie. Ale wiedziała, iż nie ma co liczyć na cud musi być silna. Bo do dziś brzęczy jej w uszach płacz wnuczka. I jego pytanie: Babciu, nie polecisz?
Panie Boże, daj choć trochę spokoju, żeby ból mi odpuścił. Nie dla mnie, dla wnuka proszę! szeptała po swojemu.
Następnego dnia grali w samochodziki, a Wiesia nagle zdała sobie sprawę, iż pełza z Michałem po podłodze czego nie widziała u siebie od lat! Gotowali kaszę, potem kąpali Klopsa, który wytaplał się w wiosennych kałużach.
Aż Wiesia sama siebie przyłapała na tym, iż całuje psa w łeb!
I czemu ja myślałam, iż on jest straszny? Jaki cudowny i mądry! Mistrz psiej urody! mruczała pod nosem, wycierając Klopsa.
Michaś, skąd taka nazwa? dopytywała się wnuka.
Chłopiec wybuchnął śmiechem.
On, babciu, kocha klopsy! A w dowodzie ma poważniejsze imię na literę K, ale Klops jest lepszy! rozpromienił się Michał.
Dni leciały jak pendolino! Były bajki do czytania, a z tabletu Michał choćby babci pokazał jak się włączyć bajeczkę na YouTubie. Litery powtórzyli, chłopiec taki sprytek, iż już słowa wymyślał. A Klops uwielbiał spać w fotelu i podkradać ser lub loda.
Mamo! Jak sobie radzisz? Wybacz, ale nie mieliśmy wyjścia! Zostaniemy jeszcze dwa dni. Nie wyobrażam sobie, jak Ty chora ogarniasz Michała i psa. Ale gdzież mieliśmy ich dać? przejęty głos Maćka zadzwonił w telefonie.
Bardzo dobrze sobie radzę! Nie gadaj bzdur! Babcia to babcia! Poczekajcie ile trzeba, zajmij się Pauliną, a mnie daj spokój. Zdrowie raz jest, raz go nie ma, ale wszystko się da ogarnąć jak się trzeba! tryskała optymizmem Wiesia.
Gdy Maciek i Paulina zajechali pod blok, wyobraźnia podsuwała im najgorszy scenariusz. Ledwo pełzająca Wiesia, Michał i pies. Jak oni przeżyli bez apokalipsy?
Maciek, to… nie Twoja mama? O, biegnie! zdziwiła się Paulina.
To ona! No matko, klasa! wypalił Maciek.
Po podwórku nieporadnie biegła Wiesia, popychając piłeczkę. Ostatni raz biegała chyba za Gierka! Za nią pędzili, śmiejąc się, Michał i Klops.
Gdy mieli już wracać, Michał przyczepił się do babci i rozryczał.
Michaś! Za dwa tygodnie babcia Cię odwiedzi! Pójdziemy na lody! Na karuzelę! Czekaj na mnie! Wiesia podniosła chłopaka na ręce, choć niedawno czajnika nie była w stanie podnieść.
Mamo! On waży tonę! Co Ty robisz! jęknął Maciek.
Nic! Czekaj, Michałku! Wszystko będzie dobrze! Cześć, Klops! niedługo znów się zobaczymy na spacerze! uśmiechnęła się Wiesia.
To sąsiadka z mojego bloku. Sama mi opowiedziała tę historię. Naprawdę ledwo chodziła, naprawdę była bardzo schorowana. A potem nagle start! I ruszyła. Dziś wszyscy na osiedlu się dziwią!
Wyleczyli mnie Michaś i Klops. Zostało mi trochę bolączek, ale to drobiazg. jeżeli się leżakujesz i żałujesz nie wstaniesz nigdy. A jak trzeba dzieciakowi i psu pomóc to choćby kopa zdrowotnego się dostaje!
Nie zawsze przychodnie i tabletki czynią cuda. Miłość potrafi. Pomyślałam: co będzie z wnukiem i psem beze mnie? jeżeli się poddam? Więc wstałam! I zaczęłam chodzić! Bo jestem komuś potrzebna.
I po to warto żyć! Cokolwiek się dzieje wstawajcie! Dla małych rączek wnuków, które wtulają się w Wasze dłonie. To najpiękniejsze, co może być!
Dla swoich dzieci, mężów. Dla kotów i psów, które też potrzebują swoich ludzi!
Pomódlcie się, skumajcie całą wolę. Nie ma takich rzeczy, z którymi człowiek sobie nie poradzi. Organizm w potrzebie potrafi cuda.
I cieszcie się każdym dniem, śmiejąc się choćby z własnych słabości! taką poradę zostawia wszystkim Wiesia Janowska!
Kochani, jeżeli chcecie czytać więcej naszych historii zostawcie komentarz i kliknijcie łapkę w górę! To dla nas ogromna motywacja do pisania!






