Dziewczyna opiekowała się babcią swojej sąsiadki. Całe osiedle już szeptało, iż robi to tylko dla spadku, ale wszyscy byli w grubym błędzie.
Patrycja nie znała ojca zostawił jej mamę, zanim Patrycja nauczyła się jeszcze mówić tata. Na szczęście miała mamę i dziadka, którzy spadli jej z nieba i byli jej całym światem. Ale los nie był łaskawy: kiedy Patrycja skończyła dziesięć lat, mama przegrała walkę z rakiem. Została więc tylko z dziadkiem, który stał się jej opiekunem, nauczycielem, no i kucharzem w jednym.
Babci Patrycji już dawno nie było odeszła, zanim mama zapaliła ostatnią świeczkę na torcie urodzinowym. Tak więc mieli tylko siebie. Z czasem Patrycja dorosła, znalazła pracę w urzędzie, próbowała ogarnąć dorosłość, a przede wszystkim opiekowała się dziadkiem. Ale starość nie pyta dziadek coraz częściej wybierał łóżko zamiast spacerów po Osiedlu Wiosny Ludów i było widać, iż jego dni są policzone.
Patrycjo, muszę cię o coś poprosić chrząknął pewnego popołudnia, zbierając się na odwagę.
Jasne, dziadku. Co się stało?
Wiesz, twoja babcia miała przyjaciółkę, Stefanię. Były jak papużki nierozłączki. Kiedy babcia jeszcze ciągnęła swój wózek, ciągle do niej wpadała, gotowała, plotkowała. Kiedy babci zabrakło, ja czasem pomagałem Stefanii, zaniesłem jej sernik albo gazetę. Czy mogłabyś obiecać, iż po mojej śmierci nie zostawisz jej samej?
Obiecuję, dziadku!
Niestety, następnego ranka dziadek pożegnał się z tym światem. Patrycja otworzyła szufladę ze wspomnieniami i ruszyła dalej. Zaczęła odwiedzać Stefanię, przynosiła zakupy z Biedronki, gotowała rosół i pyzy jak u mamy, opowiadała o dziwnych klientach z urzędu. Co ciekawe, pani Stefania miała swoich kochanych krewnych, ale najwidoczniej zapomnieli, jak trafić na jej ulicę.
Trzy lata minęły, Stefania też dołączyła do grona świętych. W dniu pogrzebu jej krewni wytropili każdy szufladę, jakby ukrywały się tam złote monety i dolary. Patrycja zabrała tylko stare zdjęcie Stefanii trzymającej gołębia na rynku w Krakowie i wyszła, zanim zaczęły się rodzinne harpie.
Następnego dnia zadzwoniła do niej siostra zmarłej, niejaka ciocia Eugenia.
Patrycjo, bo sprawa jest taka… zaczęła oschle.
O co chodzi, ciociu?
Stefania zostawiła ci testament. Ale, na litość boską, wiesz, iż nie jesteś jej rodziną. My jesteśmy. No, fakt, nie opiekowałam się nią, bo sama miałam życie jak z telenoweli. Oddam ci coś w zamian, niech będzie sprawiedliwie!
A jasne, ciociu. Niech będzie po twojemu.
Czy Patrycja rzuciła się na spadek? Skądże! Wszystko, co dostała po Stefanii, przekazała Domowi Dziecka w Poznaniu, bo wiedziała, iż dzieciom bardziej przyda się miłość i kilka złotych niż kolekcja porcelanowych aniołków i powycierany fotel. A osiedle do dziś plotkuje, iż chyba była trochę naiwna ale za to miała serce większe niż cokolwiek w testamencie.








