Dziękuję za tatę

twojacena.pl 1 tydzień temu

Dzięki za tatę

Co powiedzieli na policji? wyszeptała Jagoda, kiedy mama odłożyła telefon na stół.

Nic dobrego Antonina Malinowska chwyciła szklankę z wodą, upiła parę łyków. Powiedzieli, iż za wcześnie, by się martwić. Musi minąć przynajmniej doba. A ja przecież czuję Czuję, iż coś się stało!

*****

Mamuniu, cześć! Tata już wyjechał? zapytała Jagoda, wpadając do mieszkania z sernikiem w rękach.

Cześć, kochanie. Już pojechał. Mówiłam ci przecież, iż dziś ma ostatni dzień w pracy: i jubileusz, i przejście na emeryturę, cały zespół odprowadza. Więc sama rozumiesz, nie mógł nie pójść.

Ech, szkoda Jagoda spuściła głowę.

Ale obiecał, iż wróci na obiad.

No to dobrze. O tej porze też Paweł powinien już być. Cała rodzina w komplecie. A my w tym czasie nakryjemy do stołu, co ty na to?

Oczywiście, pomożesz mi przygotować, bo sama nie dam rady. Najpierw jednak wypijmy herbatę. Czajnik właśnie się zagotował. Mam też twoje ukochane ptysie. Chcesz?

Z przyjemnością.

Mama i córka siedziały przy stole, piły herbatę, jadły ptysie i rozmawiały: o pogodzie, o jesieni, o tacie, który dziś kończył pięćdziesiąt lat.

Wszystko było w porządku, tylko

Antonina zauważyła, iż coś trapi jej Jagodę. Jakby chciała o czymś powiedzieć, ale jeszcze się wahała.

Zrobiło jej się nieswojo.

Córeczko, wszystko w porządku?

Tak bardzo po mnie to widać? Jagoda się uśmiechnęła.

Widać Chcesz mi coś powiedzieć?

Chcę. Ale nie przejmuj się, mamusiu. To dobra nowina.

Tak? No to mów, już nie wytrzymam z ciekawości.

Wiesz co, z Pawłem zdecydowaliśmy, iż oddamy wam działkę, którą kupiliśmy w zeszłym roku.

Oddacie?

Z całego serca, mamuś. Paweł właśnie wyremontował domek na działce, teraz można tam porządnie mieszkać przez cały sezon.

A co z wami?

Przyjedziemy w gości odpocząć. Prawda jest taka, iż zająć się ogrodem na poważnie, jak planowaliśmy, teraz nie damy rady… Jagoda się zatrzymała, uśmiechnęła tajemniczo.

Ale dlaczego?

Bo wy, z tatą, niedługo zostaniecie babcią i dziadkiem. Już za osiem miesięcy

Naprawdę?

Naprawdę!

O Jezu! Jagódko, jak się cieszę! Tata też się bardzo ucieszy!

Mama zerwała się od stołu, podbiegła do córki i mocno ją objęła. Ucałowała ją w oba policzki kilka razy.

Chciałam, żebyście dowiedzieli się razem, ale nie pomyślałam, iż tata tak wcześnie wyjedzie.

Nic nie szkodzi, zaraz wróci i mu wszystko powiesz. A teraz, kochanie Antonina spojrzała na zegar, zabierzmy się za gotowanie.

A jakże!

W kuchni zaczęły stukać garnki i patelnie, noże dźwięczały o drewniane deski. Mówią, iż dwie gospodynie w kuchni to za dużo, ale Antonina i Jagoda pracowały jak jeden organizm. Wszystko poszło sprawnie. A stół cudowny: pieczony kurczak, rybne kotlety, puree ziemniaczane, aż trzy rodzaje sałatek.

Antonina przysiadła na krześle i zerknęła na zegarek.

Patrz, szybciej się uwinęłyśmy, niż planowałyśmy.

W cztery ręce, to i gwałtownie zaśmiała się Jagoda. Może zadzwonisz do taty, zapytasz kiedy wróci?

Dobry pomysł skinęła mama.

To ja zadzwonię do Pawła, zapytam kiedy będzie.

Jagoda wyszła do przedpokoju po torebkę.

Antonina wzięła telefon z blatu i wykręciła numer męża.

Słuchała długo długich sygnałów, przerwała i spróbowała ponownie. To samo Michał nie odpowiadał. Patrząc na telefon, Antonina odruchowo spojrzała na zegarek. A w głowie miała tylko jedno pytanie:

Dlaczego nie odbiera?

Dopiero teraz przypomniała sobie, iż Michał obiecał zadzwonić, gdy dotrze do pracy, a jeszcze nie zadzwonił. Przebiegł ją zimny dreszcz.

Mamo, Paweł mówi, iż będzie w ciągu godziny! oznajmiła radośnie Jagoda wracając do kuchni. A tata?

przez cały czas nie odpowiada

Dziwne

Dziwne, Jagódko Wiele razy próbowałam. Sygnał jest, a on nie odbiera.

Ale przecież sama wiesz, jaki dziś dzień… Pewnie świętują i nie mają głowy do telefonów.

Nie, Jagoda. Powinien już wracać. Obiecał, iż będzie na obiad. A tata, jak coś obieca, to dotrzymuje słowa. choćby nie zadzwonił, iż dotarł do pracy… Nie poznaję go. Dlaczego nie odbiera?

Może zadzwonisz do jego szefa? Niech puści solenizanta do domu, rodzina czeka!

Spróbuję

Antonina nigdy nie była panikarą, ale teraz miała złe przeczucie. Michał zawsze odbierał, choćby gdy był zajęty.

Bo zawsze mówił, iż nie ma dla niego nikogo ważniejszego niż żona i nie chce, żeby się martwiła. A dziś już na pewno powinien odpowiedzieć.

Z drugiej strony, pomyślała Antonina, przechodzi na emeryturę, niełatwo się żegna z pracą, którą kochał. Może mu ciężko odejść…

Halo! przerwał jej rozmyślania męski głos.

Dzień dobry, panie Olegu! Tu Antonina, żona Michała. Chciałam się zapytać, kiedy puścicie męża do domu, bo czekamy, a i córka już dojechała.

Witam, pani Antonino odpowiedział szef. Szczerze mówiąc, sam nie wiem, co powiedzieć

Nie rozumiem…

Też na niego tu czekamy. Kilka razy dzwoniliśmy, nie odbiera…

Jak to? Męża nie było dziś w pracy? Antonina aż osłupiała.

Nie, nie dotarł jeszcze. Ale dalej go czekamy. Jak tylko się pojawi, proszę go pospieszyć. Ale tradycja trzeba go godnie pożegnać.

Dobrze A jak wróci, proszę od razu mnie poinformować.

Antonina z trudem odłożyła telefon, po czym spojrzała na córkę:

Jagoda, nie było go dziś w pracy I dalej nie odbiera, tyle czasu Gdzie on może być?

Spokojnie, mamo. Spróbujmy zadzwonić razem.

*****

Michał wyszedł z bloku, uśmiechnął się do wiosennego słońca, mrugnął do sąsiadek na ławce i ruszył w stronę przystanku tramwajowego.

Jego droga nie zmieniała się od ćwierć wieku, a i sam dzień dziś był podobny do innych, tyle iż szedł nie do pracy miał odebrać świadectwo pracy i pożegnać się z kolegami.

W życiu nie raz żegnał kolegów odchodzących na emeryturę, teraz przyszła jego kolej.

Niby nic wielkiego, ale był zdenerwowany. W nocy przewracał się z boku na bok, nie spał prawie wcale. Wstawał, łykał krople nasercowe, ale nie pomagało.

Kiedy Antonina złożyła mu rano życzenia, szeroko się uśmiechał, ale o złym samopoczuciu nie mówił nic, żeby jej nie martwić.

To nie pierwszy raz, zwykle przechodziło. Wyszedł wcześniej z domu, żeby nie budzić podejrzeń nie chciał psuć święta, bo Antonina odwołałaby wszystko.

Poboli, przejdzie pocieszał się Michał, coraz częściej ściskając się za pierś.

Na przystanku zobaczył zatłoczony tramwaj i poczuł, iż nie da rady wsiąść. Bał się, iż zrobi się duszno i zasłabnie.

Spojrzał na zegarek miał sporo czasu. Postanowił, iż pójdzie pieszo przez miejski park. Może na powietrzu będzie lepiej.

Nie zadzwonił do żony, obiecał sobie, iż zadzwoni z pracy tak się umówili.

Do pracy jednak nie dotarł

Droga prowadziła przez mały park w dni powszednie pusty. To tu właśnie poczuł się źle.

Przysiadł na ławce. Rozpiął kilka guzików koszuli, poluźnił krawat. Łapczywie łapał powietrze. Nie wiedział, ile tak siedział, tylko czuł, iż coraz gorzej.

Nie chciał niepokoić Antoniny, ale wreszcie westchnął ciężko i sięgnął po telefon zadzwonię do niej, a potem po pogotowie.

Nie udało się.

Ręce zaczęły się trząść, telefon wypadł na ścieżkę i wturlał się pod ławkę.

Michał próbował się podnieść, ale nie dał rady. Z uciskiem w piersi nie mógł złapać oddechu, a przed oczami zrobiło się ciemno.

Zdołał tylko położyć się poziomo. To ci jubileusz, to ci emerytura pomyślał ze smutkiem.

Najbardziej bolało, iż nie zobaczy już ukochanej żony i córki. Nie zdąży się pożegnać.

*****

Antonina zażyła krople nasercowe, chwyciła telefon i znów próbowała się dodzwonić do męża. Bez skutku. Jagoda też dzwoniła, bez rezultatu.

Wtedy przyjechał Paweł. Siedli we trójkę przy świątecznym stole, w milczeniu patrzyli po sobie i czekali.

A na co my czekamy? ocknęła się Antonina. Trzeba dzwonić na policję! Może pomogą go odnaleźć?

Jagoda i Paweł skinęli głowami. Wszyscy wiedzieli, iż jeżeli Michał nie daje znaku życia, musi być powód.

Zwłaszcza, iż pracował w straży pożarnej ekstremalne sytuacje nie były mu obce. jeżeli nie wychodzi na kontakt, coś się stało.

I co powiedzieli? wyszeptała Jagoda, gdy mama odłożyła telefon.

Powiedzieli, iż jeszcze za wcześnie. Że trzeba poczekać przynajmniej dzień. Ale ja czuję czuję, iż stało się coś złego!

Musimy szukać go sami! powiedziała Jagoda, już pewniej, choćby głośno.

Masz rację, córko. Musimy planował jechać tramwajem. Przystanek niedaleko, trzeba tam pójść, popytać ludzi, może ktoś go widział. I motorniczych zapytać, może znajdzie się któryś, który był rano.

My z Pawłem pójdziemy, a ty zostań w domu, jakby wrócił. I dzwoń po szpitalach. Nie chcę panikować, ale lepiej dopytać.

Dobrze…

Jagoda i Paweł gwałtownie się ubrali i wyszli.

A Antonina zamknęła drzwi i chwyciła za telefon, zaczęła obdwaniać szpitale.

Niech mu się nic nie stanie szeptała pod nosem, kreśląc krzyżyk.

*****

Michał jeszcze był przytomny, ale z każdą chwilą coraz bardziej bezradny. Ledwo mógł poruszać ręką, mówić nie dawał już rady: język mu się plątał.

Po-mo-cy wybełkotał, wyciągając dłoń do dwóch przechodzących kobiet.

Spojrzały na niego z niechęcią, zaraz odeszły. Nie rozpoznały w nim człowieka w potrzebie.

Kolejny pijak prychnęła jedna.

Tak, od rana nawalony, choćby do domu nie dojdzie, rozłożył się!

Michał słyszał to. Po policzkach popłynęły łzy. Zupełnie bezsilny. Sam tyle osób uratował ludzi, zwierząt a teraz nie może sam sobie pomóc.

Dlaczego? Dlaczego właśnie dziś?

Gdy dźwięk obcasów ucichł, zamknął oczy pogodził się już, iż nikt mu nie pomoże, kiedy

z bliska usłyszał głośne szczekanie. Bardzo blisko, niemal przy uchu.

Poczuł łapy na ramieniu, mokry język na brodzie.

Pies! Pies! pomyślał Michał z ulgą. Skoro jest pies, muszą być i właściciele.

Otworzył z trudem oczy. Nieduży, starszy pies. Gdzieś już go widział ale gdzie?

Wtedy wspomnienia zaczęły mrugać w głowie.

Dom w płomieniach, ludzi wyciąga straż. I nagle szczekanie zza zbitej szyby.

W domu jest pies?! zapytał Michał mężczyznę w karetce.

Tak, o Boże, zapomnieliśmy o nim… sami wiecie, co to była za chwila…

Czemu nie powiedzieliście od razu! krzyknął. I bez wahania wbiegł w ogień.

Go zatrzymywali, bo dach mógł się w każdej chwili zawalić. Nie słuchał nikogo.

Po dziesięciu minutach, ledwie żywy, dusił się dymem wybiegł z psem w ramionach.

Wzrok psa mówił tylko jedno: OGROMNE LUDZKIE DZIĘKUJĘ.

Wróciła ciemność, zimno znowu leżał na ławce, z psim językiem na brodzie.

Hau, hau! szczekał pies, liżąc go i pocieszając.

Pies poznał swojego wybawcę. Teraz chciał pomóc.

jeżeli możesz wyszeptał Michał Przyprowadź ludzi. Kogokolwiek.

I stracił przytomność.

A pies usłyszał go. Zrozumiał wszystko. Popędził, ile sił w łapach, przez park, po ludzi.

Podbiegł najpierw do chłopaka stojącego przy budce z zapiekankami, potem do mamy z dzieckiem, potem do starszego pana z gazetą.

Ale nikt

nikt nie zrozumiał, czego pies chce. Wszyscy go przeganiali, myśląc naiwnie, iż to groźny kundel. A on przecież tylko wołał o pomoc.

*****

Na przystanku Jagodzie i Pawłowi nikt nie pomógł. Pokazywali zdjęcie z rodzinnego albumu, pytali nikt nie kojarzył mężczyzny.

Każda minuta się liczyła, więc pobiegli do sklepów, na podwórka, obiegli całą okolicę.

Taty nigdzie nie było. Jakby zapadł się pod ziemię. Na telefony wciąż nie odpowiadał. Tatusiu, gdzie jesteś?

Biegnąc obok parku, Jagoda nagle usłyszała głośne szczekanie. Odwróciła się i zobaczyła starego, siwiejącego psa, który napastował przechodniów szczekał, a gdy ktoś chciał go uderzyć, uskakiwał.

A sio! pogroził mu emeryt z laską. Całkiem się zdziczały te zwierzęta!

Jagoda, co robisz? zapytał zdziwiony Paweł. Szli w stronę postoju taksówek, pytając kierowców o tatę.

Nie wiem ten pies on nie szczeka tak bez powodu. Jakby chciał coś powiedzieć Czuję to.

Pies spojrzał na nią spotkały się ich spojrzenia. W tych oczach była nie prośba, tylko błaganie.

Jagoda, dokąd idziesz? zapytał Paweł.

Ale ona już nie słyszała.

Podeszła do psa. On szczeknął, machnął ogonem i pobiegł w stronę parku. Tam, gdzie na ławce leżał człowiek, któremu zawdzięczał życie. Jagoda zaufała swojej intuicji i pobiegła za nim, a za nią Paweł.

Po pięciu minutach byli przy ławce Michał leżał nieprzytomny, ale oddychał.

Jeszcze żył!

Tato! wrzasnęła przerażona Jagoda, podnosząc jego głowę. Paweł, dzwoń po karetkę!

*****

Pogotowie przyjechało ekspresowo, Michała zabrali do najbliższego szpitala na oddział kardiologiczny.

Jagoda zabrała psa, razem z Pawłem wrócili do auta. W drodze do szpitala zadzwoniła do mamy, przekazała pośpiesznie wiadomość, obiecała zadzwonić ponownie, gdy tylko będzie coś wiedzieć.

Wie pani, iż pański ojciec miał szczęście powiedział lekarz w końcu, gdy wyszedł z sali. Gdybyście go później znaleźli, nic by się nie dało zrobić.

Przeżyje? łkała Jagoda.

Przeżyje.

Jagoda wyszła przed szpital. Paweł czekał przy aucie z psem. Przykucnęła, objęła zwierzaka.

Dziękuję Dzięki za tatę.

Jak z tatą? spytał Paweł.

Będzie żył odpowiedziała I to dzięki niemu wskazała na psa.

Ma obrożę. Musi być domowy.

Tak, masz rację. Ale wiesz, powinniśmy zabrać go do domu. Niech zostanie, póki nie znajdziemy właścicieli. Przecież uratował mojego tatę. Nie zostawię go na ulicy.

Jasne, kochana.

*****

Na podwórku przed szpitalem Antonina, Paweł i Bryś (imię psa wybite było na medaliku na obroży) stali patrząc na wejście.

W końcu drzwi się otworzyły Jagoda wyszła z tatą.

Bryś radośnie zaczął machać ogonem, podskakiwał, szczekał ze szczęścia, patrzył na Michała błyszczącymi oczami.

Tato, to on cię uratował. Dał ci najcenniejszy prezent na urodziny życie.

Dziękuję, przyjacielu Michał delikatnie pogłaskał psa po łbie. Poczekaj, Jagoda, gdzie są jego właściciele? Przecież miał rodzinę.

Szukaliśmy. Daliśmy ogłoszenia w internecie, ale gdy byłeś w szpitalu, nikt się nie odezwał.

Potem podeszła Antonina. Z oczu ciekły łzy, ale uśmiechała się:

Dziękuję, Michał, iż żyjesz.

Przepraszam, Tonio. Nie mówiłem, iż źle się czuję. Myślałem, iż przejdzie.

Wybaczam. Jedziemy do domu? Świętować twoje drugie urodziny? otarła łzy.

Jedziemy.

*****

Co do Brysia Michał sam próbował znaleźć jego dawnych właścicieli. Pojechał choćby pod spalony rok temu dom.

Sąsiedzi mówili, iż właściciele wyjechali do innego miasta, psa zostawili. Widać nie chcieli już się nim zajmować.

Więc Bryś został u Michała. I był szczęśliwy.

Michał też był szczęśliwy.

Chodził z psem wszędzie odebrał z nim świadectwo pracy w zakładzie, spędzał wolne chwile na działce, z nim i Pawłem odbierał Jagodę z porodówki.

Gratulacje, tato! uśmiechała się Jagoda. Teraz jesteś dziadkiem, masz dwie wnuczki!

Jakież to szczęście, córko.

Hau, hau! ozwał się Bryś, ciesząc się, iż w rodzinie wszystko dobrze.

Życie Michała powoli układało się od nowa. Stało się jaśniejsze i bardziej sensowne. Do końca swoich dni Michał będzie dziękował Brysiowi za podarowane życie.

Idź do oryginalnego materiału