Kawa w czerwonym kubku stała na stole od dwudziestu minut, zanim Marta zorientowała się, iż już nie paruje.
Siedziała w kuchni przy ulicy Kościuszki w Bydgoszczy, telefon leżał ekranem do góry, ostatnia wiadomość od ojca wciąż podświetlona na wyświetlaczu: "Zadzwonię do ciebie w sobotę, mam coś do powiedzenia". Napisał to we wtorek, trzynastego maja. Odpisała mu: "Ok tato, tylko nie po dwudziestej, mam trening". Nic więcej. Żadnego pytania, o co chodzi. Trening był ważniejszy.
W sobotę ojciec nie zadzwonił. O dziewiątej rano zadzwoniła sąsiadka z klatki, pani Halina, głosem urwanym, jakby brakowało w nim powietrza. Zawał, w nocy, we śnie. Karetka przyjechała za późno, bo nikt nie wiedział, iż trzeba ją wezwać wcześniej.
Marta przyjechała do mieszkania ojca na Fordonie dwie godziny później. Klucz wciąż leżał w jej torebce na breloku z zeszłego roku – ojciec dał jej go "na wszelki wypadek", śmiejąc się, iż nigdy z niego nie skorzysta. Korytarz pachniał jego płynem po goleniu. Na stoliku w przedpokoju leżała paczka papierosów, której obiecał rzucić od nowego roku, i kartka w kratkę z odręcznym spisem – prąd, woda, internet, a na samym końcu, inną czcionką pisma, jakby dopisane później: zadzwonić do M.
Siadła na jego fotelu, nie zapalając światła. Wzięła telefon i przewinęła historię wiadomości od góry do końca. Siedemnaście SMS-ów w ciągu ostatniego roku, żaden dłuższy niż pięć słów. Ostatni raz rozmawiali na żywo na Wigilię, cztery i pół miesiąca temu, i wtedy też wyszła wcześniej, bo czekał na nią ktoś w samochodzie pod blokiem.
Kartka z inicjałem nie dawała jej spokoju. Zadzwoniła do pani Haliny następnego dnia, jeszcze przed pogrzebem, z pytaniem, czy ojciec z kimś się ostatnio spotykał, czy ktoś do niego przychodził.
– M jak Marek – powiedziała pani Halina po chwili milczenia. – Twój ojciec chodził do niego co tydzień. Do przychodni na Kujawskiej. Doktor Marek Sielski, kardiolog. Był umówiony właśnie na tę sobotę, o jedenastej.
Marta poczuła, jak ziemia pod nią robi się miękka. Ojciec chodził do kardiologa i nikomu nie powiedział.
W poniedziałek pojechała do przychodni. Doktor Sielski nie chciał z początku rozmawiać, tłumaczył się tajemnicą lekarską, ale kiedy powiedziała, iż ojciec nie żyje, spuścił wzrok na kartę pacjenta i usiadł z powrotem za biurkiem.
– Był u mnie trzy razy w ostatnim miesiącu. Wyniki nie były dobre. Chciałem, żeby zrobił koronarografię, ale odkładał. Mówił, iż najpierw musi porozmawiać z córką. Że nie chce, żeby się dowiedziała od kogoś innego, tylko od niego samego.
– O czym porozmawiać?
– O sercu. I chyba o czymś jeszcze. Ostatnim razem, dwa tygodnie temu, zapytał mnie, czy to prawda, iż choroby serca bywają dziedziczne. Powiedział, iż ma wnuka i córkę, i iż oboje powinni to wiedzieć, zanim będzie za późno. Powiedział też coś, czego wtedy nie zrozumiałem: iż chce jej wreszcie powiedzieć, iż ją przeprasza. Za tamten czas, kiedy było jej ciężko, a on pracował za granicą i jej nie było.
Marta usiadła cięższa niż wcześniej. Pamiętała te lata – miała dwanaście, trzynaście lat, matka umierała powoli na raka, a ojciec pracował w Niemczech, przysyłał pieniądze, ale go nie było. Wróciła do tego wtedy z żalem, którego nigdy głośno nie wypowiedziała, tylko zamknęła w sobie i przykryła latami krótkich SMS-ów.
Wieczorem wróciła do mieszkania na Fordonie po raz drugi, tym razem sama, żeby uporządkować papiery. W szufladzie biurka, pod teczką z rachunkami, znalazła kopertę zaadresowaną jej imieniem, niezaklejoną, jakby ojciec zamierzał jeszcze coś do niej dopisać. W środku – kartka papieru, pismo drżące bardziej niż zwykle.
"Marto, jeżeli to czytasz, to znaczy, iż nie zdążyłem powiedzieć tego na głos, a wolałbym, żebyś usłyszała mój głos, nie te litery. Chcę, żebyś wiedziała, iż przepraszam za tamte lata, kiedy mama chorowała, a ja byłem daleko. Bałem się zostać i patrzeć, jak odchodzi, więc uciekłem w pracę, i zostawiłem cię samą z tym wszystkim. Wiem, iż nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Doktor Sielski powiedział mi, iż powinnaś zrobić badania serca, tak samo jak mały. To nie jest straszne, to tylko rozsądek. Kocham cię, chociaż rzadko to mówiłem. Tata."
Marta siedziała z kartką w rękach długo, aż zrobiło się ciemno za oknem, a ona nie zapaliła światła. Potem wyjęła telefon i zadzwoniła do przychodni, umówiła się na badania kardiologiczne – dla siebie i dla syna, tak jak prosił.
Wróciła do siebie po północy. Kubek z czerwoną kawą wciąż stał na stole, zupełnie zimny, z cienką, pomarszczoną skórką na powierzchni. Tym razem go wylała do zlewu, umyła i odstawiła do suszarki. Usiadła przy stole z listem ojca i telefonem, otworzyła okno wiadomości i napisała synowi: "W sobotę idziemy z tobą do lekarza, dziadek by tego chciał". Wysłała, zanim zdążyła to skasować.







