Miałem pięćdziesiąt cztery lata, kiedy pierwszy raz w życiu poczułem, iż nie potrafię spojrzeć własnej żonie w oczy przy śniadaniu. To nie było tak, jak ludzie sobie wyobrażają — nie obudziłem się rano z postanowieniem, iż zniszczę komuś życie. Po prostu pewnego dnia zorientowałem się, iż od miesięcy patrzę na Mariolę jak na współpracowniczkę, a na Kingę jak na kogoś, przy kim znowu czuję się mężczyzną, a nie właścicielem firmy remontowo-budowlanej z dwunastoma pracownikami i milionem spraw na głowie.
Firmę założyłem w dziewięćdziesiątym ósmym, jeszcze w Łodzi, na Bałutach, kiedy Kacper miał dwa latka, a Mariola nosiła w brzuchu Zosię. Zaczynaliśmy od remontów łazienek dla sąsiadów za gotówkę, z zeszytem w kratkę, w którym Mariola zapisywała każdy wydatek na cement i fugę. Pamiętam ten zeszyt, bo leżał na kuchennym stole obok kubka z odpryśniętą emalią — mieliśmy taki jeden, z Myszką Miki, jeszcze po jej mamie. Z czasem zeszyt zamienił się w Excela, Excel w program księgowy, a program w cały ten aparat, który dziś nazywam firmą: faktury, ZUS-y, kwartalne rozliczenia z urzędem skarbowym, umowy z dwunastoma ludźmi. Wszystko to od dwudziestu lat trzymała w rękach Mariola. Bez umowy. Bez pensji. Bez ani jednego miesiąca składek.
Kiedyś zapytała mnie wprost, czy mogłaby dostawać jakąś pensję za tę robotę. Powiedziałem jej wtedy — i pamiętam to zdanie, bo wracało do mnie przez ostatni rok jak zgaga — iż przecież to nasza wspólna firma, moje jest jej, po co jakieś papiery. Ona nie odpowiedziała od razu. Odstawiła tylko dzbanek z kawą na podstawkę, tę samą, wypaloną w kształcie liścia, którą Kacper zrobił jej na Dzień Matki w trzeciej klasie, i wróciła do liczenia faktur. Więcej do tematu nie wracała. Ja to wtedy uznałem za zamkniętą sprawę. Dziś wiem, iż to był tylko odłożony rachunek.
Nie chcę udawać przed sobą, iż Kinga to jakaś przypadkowa klientka. Poznałem ją, kiedy zlecała remont łazienki w swoim mieszkaniu przy alei Kościuszki. Miała trzydzieści dwa lata, śmiała się głośno, pytała mnie o rzeczy, o które Mariola przestała pytać jakieś dziesięć lat wcześniej — jak mi minął dzień, co myślę o nowym zleceniu, czy się nie przemęczam. Wiem, jak to brzmi. Banalnie. Ale kiedy człowiek dwadzieścia osiem lat jest w małżeństwie, gdzie rozmowy przy kolacji dotyczą wyłącznie faktur i tego, czy Zosia zdąży na pociąg do Wrocławia, to taka rozmowa potrafi przewrócić głowę mocniej niż jakikolwiek argument rozsądku.
Powiedziałem jej w niedzielę, przy śniadaniu, między drugą kromką a kawą z ekspresu, który sam jej kupiłem na pięćdziesiąte urodziny. Mariola smarowała wtedy chleb masłem, powoli, jakby to była jedyna rzecz, na której mogła się skupić. Kiedy powiedziałem „odchodzę w przyszłym tygodniu", nóż do masła zatrzymał się w połowie kromki. Nie odłożyła go od razu. Trzymała go tak, oparty o brzeg talerzyka, przez chwilę, która ciągnęła się dłużej niż cała reszta rozmowy, a potem wytarła nim resztkę masła z noża w serwetkę, dokładnie, jakby to była najważniejsza czynność tego poranka, i dopiero wtedy odłożyła nóż na obrus. Nie krzyczała. Nie zapytała dlaczego. Wstała, zaniosła swój talerzyk do zlewu, umyła go pod bieżącą wodą i wytarła ściereczką, którą potem powiesiła na uchwycie piekarnika, dokładnie tak jak zawsze. Dopiero przy drzwiach kuchennych, z ręką na klamce, powiedziała, nie odwracając się:
— Kacper dziś dzwoni o siedemnastej. Powiesz mu sam, czy mam to zrobić za ciebie?
Nie odpowiedziałem. Ona wyszła z kuchni, a ja zostałem przy stole z jej nietkniętą kanapką i swoją kawą, która wystygła, zanim zdążyłem ją dopić.
Firma zawsze była zarejestrowana tylko na mnie. Tak się złożyło na początku i nikt tego nie zmieniał przez dwadzieścia lat. Kiedy sprawy poszły do rozwodu, adwokat Marioli — kobieta z kancelarii przy placu Wolności — wyjaśniła jej, iż może domagać się udziału w firmie w ramach podziału majątku, ale to sprawa na lata, sądowa, kosztowna. Kredyt, który wzięliśmy wspólnie na rozbudowę magazynu przy ulicy Kopcińskiego — dziewięćdziesiąt tysięcy złotych — został na oboje. Magazyn wziąłem ja. Raty zostały jej, bo firmie w pierwszych miesiącach po rozwodzie zaczęło się gorzej wieść, a ja po prostu przestawałem płacić w terminie.
Nie jestem z tego dumny. Wiem, jak to wygląda z zewnątrz. Ale z mojej strony to też nie było tak, iż budziłem się rano zacierając ręce. Codziennie sprawdzałem stan konta firmowego i codziennie się bałem, iż nie wystarczy na wypłaty dla ekipy. Straciłem Mariolę jako księgową, nie wiedząc, ile adekwatnie ona dla tej firmy znaczyła, dopóki nie musiałem sam siadać do faktur o jedenastej wieczorem, kiedy Kinga już spała, a ja gapiłem się w ekran, próbując zrozumieć skróty, którymi Mariola posługiwała się od lat.
O tym, iż otwiera własne biuro, dowiedziałem się przypadkiem, od Grzegorza, który dostarcza nam materiały budowlane. Powiedział to tak zwyczajnie, przy okazji, jakby mówił o pogodzie: iż pani Mariola otwiera kancelarię księgową na Piotrkowskiej, dwie ulice od mojego biura. Zadzwoniłem do niej pierwszy raz od miesięcy.
— Słyszałem, iż otwierasz biuro rachunkowe. Na Piotrkowskiej?
— Tak — odpowiedziała. — Dwie ulice od ciebie.
— Wiem.
Nikt z nas przez dłuższą chwilę nic nie powiedział. Szukałem czegoś, co mogłoby ją powstrzymać. Nie znalazłem nic.
— Powodzenia — powiedziałem w końcu i się rozłączyłem.
Teraz mijam ten szyld codziennie rano, idąc do biura. Biały, z granatowymi literami: „Mariola Kaczmarek — Usługi Księgowe". Ekipa mówi, iż klienci już do niej idą — kilku moich dawnych kontrahentów, ludzie, którzy znali ją z tych wszystkich lat, kiedy to ona odbierała telefon w sprawach rozliczeń, nie ja.
Dziś rano zwolniłem kroku bardziej niż zwykle, bo przez witrynę zobaczyłem ją przy biurku, z klientem po drugiej stronie, coś tłumaczącą, wskazując palcem jakąś kolumnę w papierach. Na parapecie za jej plecami stał kubek z odpryśniętą emalią, z Myszką Miki. Ten sam. Zabrała go z kuchennego stołu na Bałutach, kiedy się wyprowadzała, razem z pudłem starych zeszytów, w których kiedyś zapisywała wydatki na cement i fugę. Trzymała w nim teraz długopisy.
Nie zatrzymałem się. Poszedłem dalej, do swojego biura, dwie ulice stąd, tak jak co rano.












