Ta suma nie dawała mi spokoju, odkąd wróciłam z sanatorium. Za dwa tysiące sto złotych można w Łodzi wynająć kawalerkę na miesiąc, kupić porządny rower miejski albo przeżyć dziesięć dni bez gotowania, sprzątania i odbierania telefonów od dorosłych dzieci. Dla mnie to była cena dziesięciu dni, które miały pachnieć borowiną i deszczem, a nie cudzym lękiem.
Zanim wyjechałam, mój syn powiedział: „Mamo, jedź wreszcie dla siebie”. Łatwo mu było mówić — sam dzwonił do mnie co drugi dzień, żeby przypomnieć o rachunku za prąd albo zapytać, czy mogę odebrać wnuka ze świetlicy, bo oni z Moniką mają zebranie. Ale tym razem faktycznie postanowiłam: dziesięć dni bez bycia „pod telefonem”.
Zaprosiła mnie Grażyna. Znamy się ponad dwadzieścia lat, od pracy w księgowości zakładu odzieżowego przy ulicy Przybyszewskiego. Potem drogi nam się rozeszły — ona została w Łodzi, ja przeniosłam się na drugą stronę miasta, do bloku obok przychodni. Ale raz na miesiąc dzwoniłyśmy, raz na kwartał spotykałyśmy się na kawie u Nowaka przy Piotrkowskiej, zawsze kończyło się tym samym: „Bożena, ty to masz głowę do wszystkiego. Ja bym tak nie umiała”. Kiwałam głową i płaciłam rachunek.
Grażyna zaproponowała wyjazd w kwietniu. Sanatorium w Kudowie-Zdroju, osiem dni, razem będzie raźniej. „Mnie tam nudno będzie samej leżeć i chodzić na zabiegi. A tak — przynajmniej pogadamy”. Zgodziłam się, bo sądziłam, iż „pogadamy” znaczy „pogadamy”. Nie wiedziałam jeszcze, iż to będzie osiem dni bycia osobistym asystentem.
Pierwszy sygnał przyszedł w autobusie. Grażyna trzymała się poręczy, jakby zaraz miała zemdleć. „Bożena, sprawdź, czy nie minęliśmy przystanku, bo ja nie widzę tych napisów”. Sprawdziłam. Potem: „Bożena, weź mi torbę, bo mi ręka cierpnie”. Wzięłam. Potem: „Bożena, jak się nazywa ta miejscowość, co teraz mijamy? Nie mogę się dopytać”. Powiedziałam. Nie pytałam, dlaczego sama nie wyciągnie telefonu.
Sanatorium wyglądało jak z folderu: żółty budynek z lat sześćdziesiątych, obok park, w tle góry. W recepcji pachniało pastą do podłóg i stalowym powietrzem. Grażyna od razu usiadła na ławce przy wejściu. „Idź, załatw, bo ja odpocznę”. Poszłam. Wypełniłam nasze karty, odebrałam klucze, zaniosłam jej walizkę na drugie piętro, potem wróciłam po swoją. Rozdzielono nas do różnych pokoi — ja pod piątką, ona pod czternastką. Grażyna spojrzała na swój klucz, potem na mnie.
— Jak to, nie jesteśmy razem?
— Pokoje dwuosobowe były dokupowane za dopłatę. Nie chciałaś dopłacać.
— Aha. Myślałam, iż będziemy obok.
Nie skomentowałam. Poszłam do siebie, rozpakowałam torbę, otworzyłam okno. Z dołu dochodził zapach mokrej kory. Pierwszy raz od dawna poczułam, iż mogę być sama w pokoju, bez dzwonka, bez „mamo, a gdzie jest mój granatowy sweter”. Usiadłam na łóżku i przez chwilę patrzyłam w sufit. Nikt nie zapukał. Przez czterdzieści minut.
Potem pukanie.
— Bożena, nie wiem, co zjeść na kolację. Pójdziesz ze mną? Bo ja się wstydzę pytać, co jest w karcie.
Zamknęłam okno. Zeszłyśmy do jadalni.
Przez pierwsze trzy dni liczyłam, iż to minie. Grażyna „gubiła” okulary, więc ja szukałam w jej torbie. Grażyna nie mogła trafić na zabiegi, więc czekałam pod drzwiami, aż wyjdzie z borowiny. Grażyna bała się zostać w pokoju po zmroku, więc siedziałam u niej do dwudziestej drugiej, oglądając teleturniej z napisami, których nie potrafiła przeczytać bez okularów, których znów nie mogła znaleźć. Sypiałam po sześć godzin. Moje ciśnienie, które w Łodzi skakało jak wściekłe, tutaj trzymało się w normie, ale głowa zaczynała mnie boleć codziennie o tej samej porze — zaraz po kolacji, kiedy Grażyna mówiła: „Zostań jeszcze chwilę”.
W czwartek po śniadaniu wyszłam sama do parku. Nie pytałam o zgodę. Założyłam kurtkę i chciałam po prostu usiąść na ławce przy stawie. Grażyna dogoniła mnie przy furtce.
— To ty nie idziesz na poranne inhalacje?
— Nie. Idę na spacer.
— Beze mnie?
— Tak.
Zatrzymała się. Przez sekundę miałam wrażenie, iż zaraz zapyta, czy mi coś dolega. Ale nie zapytała.
— To ja może też pójdę.
— Grażyna, chcę iść sama.
To był pierwszy raz, kiedy powiedziałam to głośno. Nie zabrzmiało ostro. Zabrzmiało jakoś tak… goło. Jakbym zdjęła z siebie cudzy płaszcz.
— O — powiedziała. — No dobrze. Nie chcę przeszkadzać.
I wróciła do budynku. Ale nie tak po prostu. Odwróciła się bokiem, żebym widziała, iż poprawia szalik, chociaż szalik miała zawiązany idealnie. Poszłam.
W parku było cicho, ale nie chłodno. Usiadłam na ławce naprzeciwko stolika, przy którym mężczyzna karmił gołębie kawałkami bułki. Wyjęłam książkę, ale jej nie otworzyłam. Telefon milczał. Po raz pierwszy od trzech dni nie musiałam niczego sprawdzać. To nie była przyjemność. To był szok.
Po powrocie Grażyna czekała na korytarzu.
— Gdzie ty tak długo? — spytała tonem, jakbym wróciła po północy. — Martwiłam się.
— Byłam w parku. Mówiłam.
— Myślałam, iż wrócisz szybciej. A tu nie było z kim choćby herbaty wypić.
— Masz przecież pokój. I czajnik.
— Ale po co mi czajnik, jak nie ma z kim porozmawiać? Przecież po to tu przyjechałyśmy. Żeby razem.
Nie odpowiedziałam. W mojej głowie kołatało jedno słowo: „razem”. Grażyna mówiła je codziennie: „razem na obiad”, „razem na zabiegi”, „razem wieczorem”. Tylko iż to „razem” zawsze oznaczało: ja prowadzę, ona się trzyma. Ja pytam, ona kiwa głową. Ja czekam, ona się spóźnia.
W piątek rano, w drodze na masaż, przechodziłam obok pokoju pielęgniarek. Drzwi były uchylone. Usłyszałam głos Grażyny. Mówiła przez telefon, pewnie do córki.
— …nie, wszystko w porządku. Jestem w sanatorium. Nie jestem sama, Bożena jest ze mną. Dobrze, iż ją zabrałam, bo wiesz, ona zawsze wszystko załatwi. Na zabiegi muszę dojść, a ona już wie, gdzie, jak, o której. Bardzo mi z nią wygodnie.
Zatrzymałam się tak gwałtownie, iż aż trzasnęła mi torba z paskiem. „Bardzo mi z nią wygodnie”. Nie „dobrze mi z nią”, nie „miło spędzamy czas”, tylko „wygodnie”. Jakby chodziło o materac ortopedyczny. Wróciłam do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi na klucz.
Tego wieczoru Grażyna zapukała do mnie o dwudziestej pierwszej.
— Bożena, czy możesz mi zmierzyć ciśnienie? Mój aparat się rozładował.
— Mierzyłam wczoraj. Miałaś sto trzydzieści na osiemdziesiąt.
— Ale teraz jakoś mi słabo. Chyba przez te kąpiele.
— Idź do dyżurki. Tam jest ciśnieniomierz.
— Boję się sama iść po korytarzu. Taki długi.
Położyłam się na łóżku. W ręku trzymałam ulotkę z planem zabiegów.
— To weź latarkę.
— Bożena, nie poznaję cię.
— Ja ciebie też nie.
Zapadła cisza po drugiej stronie drzwi. Po chwili usłyszałam kroki oddalające się w stronę schodów. Rano spotkałam Grażynę w jadalni. Siedziała sama przy stole, z nietkniętą kanapką. Na mój widok podniosła się i podeszła.
— Musimy porozmawiać.
— Możemy teraz.
— Nie tu. Chodź na spacer.
Poszłyśmy do altany za budynkiem. Padał drobny deszcz, taki siąpiący, nieprzyjemny. Grażyna usiadła na mokrej ławce, jakby chciała pokazać, iż jest jej wszystko jedno.
— Bożena, co się z tobą dzieje? Od czwartku — jak obca. Ja przyjechałam tu odpocząć, a ty co? Uciekasz.
— Ja też przyjechałam odpocząć.
— No to odpoczywaj! Kto ci broni?
— Nikt nie broni. Tylko iż od poniedziałku do czwartku nie miałam ani jednej chwili dla siebie. Bo u ciebie zawsze coś. Albo „chodź razem”, albo „boję się sama”, albo „zawołaj, załatw”. A ja nie jestem twoją opiekunką.
— Przecież ci nie płacę — rzuciła, a potem zreflektowała się, iż to zabrzmiało okropnie.
— Właśnie. Nie płacisz. A ja zapłaciłam dwa tysiące sto złotych za to, żeby nosić twoją torbę.
— No wiesz… — zaczęła.
— Nie, Grażyna. Nie wiesz. Bo jakbyś wiedziała, to byś nie powiedziała do córki, iż jest ci ze mną „wygodnie”. Słyszałam to wczoraj, jak mówiłaś przez telefon. Wygodnie, rozumiesz? Jak z pilotem od telewizora.
Zaczerwieniła się. Nie dlatego, iż było jej wstyd, tylko iż ją przyłapałam. To dwie różne rzeczy.
— Przesłyszałaś się.
— Nie.
— No dobrze, może tak powiedziałam. Ale to nie znaczy, iż cię nie szanuję.
— Szanujesz mnie tak, jak szanuje się taksówkarza. Zawiezie, poczeka, weźmie drobne.
Wstała z ławki. Spodnie miała mokre z tyłu, ale nie otrzepała.
— To może mam iść do domu? — spytała, patrząc gdzieś w bok.
— To twoja decyzja.
— Nie chcesz mnie tu?
— Chcę odpocząć. Jak ty to mówisz — „razem”. Ale „razem” to nie znaczy, iż ja wszystko robię, a ty odpoczywasz.
Przez chwilę milczałyśmy. Deszcz przestał padać. Zza budynku wyszedł ten mężczyzna, co karmił gołębie. Minął nas, nie patrząc. Grażyna odetchnęła tak głośno, jakby chciała, żeby to on usłyszał.
— Nigdy nie sądziłam, iż jestem dla ciebie ciężarem — powiedziała.
— A ja nigdy nie sądziłam, iż przyjaźń polega na tym, żeby jedna osoba była cały czas pod telefonem.
Wróciłyśmy w milczeniu. Grażyna poszła do siebie, ja do recepcji. Poprosiłam o rozmowę z kierownikiem turnusu. Miła kobieta w okularach na łańcuszku wysłuchała, a potem zaproponowała przeniesienie mnie do cichszego skrzydła. „Tam jest mniej osób, a będzie pani miała wreszcie spokój”. Spojrzałam na plan budynku. Skrzydło różniło się od mojego sześćdziesięcioma złotymi za dobę. Do końca turnusu zostały cztery dni. Zapłaciłam różnicę — dwieście czterdzieści złotych. Wzięłam paragon. Schowałam do kieszeni kurtki.
Wieczorem, kiedy pakowałam walizkę do przenosin, Grażyna stanęła w progu mojego pokoju.
— Widziałam w recepcji. Przeprowadzasz się?
— Tak.
— Przeze mnie?
— Dla siebie.
— A ja co? Zostaję sama jak palec?
— Masz dwie nogi i twój telefon jest naładowany.
— Bożena, nie wygłupiaj się. Przeproś i wracaj.
— Za co mam przepraszać?
— Za to, iż tak mnie potraktowałaś. Za te wszystkie słowa.
„Za te wszystkie słowa”. Jakbym powiedziała coś strasznego. A powiedziałam tylko, iż nie chcę być czyimś wózkiem bagażowym.
— Przykro mi, iż czujesz się urażona. Ale nie wrócę.
— To koniec?
— Nie wiem. Teraz muszę spakować kubek.
Grażyna stała jeszcze chwilę, potem odwróciła się i poszła. Słyszałam jej kroki na korytarzu — nierówne, jakby utykała. Nie pobiegłam za nią. Dokończyłam pakowanie.
Nowy pokój był mniejszy, ale z widokiem na park i bez sąsiadów po drugiej stronie ściany. Powiesiłam kurtkę na krześle, paragon położyłam na nocnym stoliku. Usiadłam na łóżku. W budynku pachniało już ciszą i pastą do podłóg. Otworzyłam książkę. Po raz pierwszy od dawna przeczytałam całą stronę, nie zapamiętując ani jednego zdania. Za oknem zaszumiał wiatr.
Rano zeszłam na śniadanie. Grażyna siedziała przy stole z dwiema kobietami z Kłodzka i śmiała się z czegoś. Kiedy mnie zobaczyła, przestała. Ale nie podeszła. Zamówiłam jajecznicę i kawę. Zjadłam bez pośpiechu. Potem poszłam do parku, do tej samej ławki. Mężczyzna z gołębiami znów tam był, tym razem rzucał okruszki wróblowi, który zbyt późno odleciał.
Po powrocie do Łodzi syn spytał: „I co, odpoczęłaś?”. Odpowiedziałam: „Zapłaciłam za dziesięć dni spokoju dwa tysiące trzysta pięćdziesiąt złotych. I było warto”. Nie zrozumiał. Ale to nic.
Od Grażyny nie odezwałam się do niej ani razu. Ona zadzwoniła w drugi weekend po powrocie. Na wyświetlaczu pojawiło się jej imię. Patrzyłam na ekran, aż przestało dzwonić. Potem usunęłam numer z listy ostatnich połączeń. Włączyłam czajnik. Wsypałam herbatę. Kubek postawiłam na stole, obok paragonu z sanatorium. Suma: dwa tysiące sto złotych plus dwieście czterdzieści za ciszę. Razem: dwa tysiące trzysta czterdzieści. Zapłaciłam za coś, czego nie da się odzyskać: za czas, w którym nie musiałam być wygodna.












