Dusza wreszcie znalazła spokój i radość

polregion.pl 4 godzin temu

Dusza już nie boli i nie płacze

Po tragicznej śmierci męża Jadwiga postanowiła opuścić miasto, w którym ciągle widziała Zdzisława. Żyli razem zaledwie osiem lat, a wypadek nagle przerwał życie ukochanego. Jadwiga myślała, iż nigdy nie odzyska równowagi, zostając sama z synem Sławkiem.

Dziewczyny, zamierzam rzucić wszystko i wyjechać na wieś mówiła dwóm przyjaciółkom, które przyszyły się do niej w gościnnie. Nasz rodzinny dom jest pusty, rodzice dawno odeszli. Nie mogę chodzić po tych ulicach, przebywać w mieszkaniu. Zdzisław zdaje się być przy mnie, czasem choćby chybię zobaczę cień, ale kiedy spoglądam, nikogo nie ma. Co to takiego?

Jadwigo, nie wiem, czy dasz radę żyć na wsi. Tu dorastałaś, a teraz mieszkasz w mieście, wszystko jest tu ułożone wątpiła jedna z nich.

Na wsi też jest szkoła, będę uczyć odpowiedziała stanowczo Jadwiga.

To będziemy cię odwiedzać dodała druga, i obie roześmiały się.

Jadwiga zamieszkała z synem Sławkiem w małym domku na skraju wsi Kozia Góra, tuż przy lesie, od pięciu lat. Pracowała w miejscowej szkole, zyskała szacunek sąsiadów, bo była jedną z nich od urodzenia.

Zima tego roku była mroźna, a druga połowa grudnia przyniosła śnieżyce i zamiecie. Zbliżał się Nowy Rok, pozostał tydzień, kiedy późnym wieczorem wdarła się burza, wiatr trząsł domem, a wnętrze było ciepłe i przytulne. Jadwiga i Sławek lubili takie wieczory, kiedy na dworze szaleje pogoda, a przy stole piją gorącą herbatę z ziół.

Mamo, chyba ktoś puka do drzwi powiedział Sławek.

To pewnie wiatr odparła, ale po chwili usłyszała cichy stukot. Wyszła na przedsionek.

Kto tam? zawołała.

Proszę, otwórzcie rozległ się słaby, garbled głos.

Strach ich nie opanował, ale nie mogły pojąć, kto w taką zimę może przyjść pod ich dom na skraju wsi. Otworzyły drzwi i ujrzały mężczyznę skulonego w śniegu; poślizgnął się i upadł przy progu, wołając o pomoc.

Czy to upił się? przeszła myśl, niech przynajmniej się nie zmarznie.

Wspólnie z Sławkiem wciągnęli go do środka, położyli na podłodze. Jego strój zdradzał, iż był myśliwym, ale nie miał przy sobie broni.

Nie będąc lekarką, nie wiedziała, co zrobić. Pogotowie nie przyjechałoby w taką zamieć. Po kilku minutach mężczyzna obrócił się na plecy i otworzył oczy. Jego prawa noga była rozdzierana, krwi pełna.

Kim jesteście? Co się stało? zapytała cicho Jadwiga.

Przepraszam… odebrano mu płaszcz, a on patrzył na nie proszącymi niebieskimi oczami, co wywołało w niej lęk, czy będzie w stanie mu pomóc.

Jadwiga przyjrzała się ranie nie było złamania, ale krwawiło. Mogła go zaopatrzyć, a to trochę ulżyło jej duszy. Usiadła go przy piecu, przyklejając do ściany, a mężczyzna, gdy zobaczył swoją nogę, lekko się uśmiechnął.

Nazywam się Wojciech, przepraszam, iż tak nieproszenie wpadłem.

Jadwiga, a to mój syn Sławek.

Jestem lekarzem, widzę, iż rana nie jest zbyt poważna, po prostu straciłem siły i sporo krwi.

Jadwiga westchnęła z ulgą, bo lekarz potrafi sam sobie pomóc. Po opatrzeniu rany i opatrzeniu bandażem, Wojciech, już nieco rozchmurzony, usiadł przy stole i pił gorącą herbatę z melisą i malinowym dżemem.

Przy herbacie rozmawiali swobodniej. Wojciech opowiedział o sobie.

Mam czterdzieści trzy lata, byłbym lekarzem wojskowym, pracowałem za granicą. Ciągła wędrówka, znikania w polu, ale kochałem to zajęcie. Żona nie wytrzymała takiego trybu życia, odeszła z córką do miasta, gdzie mieszkają jej rodzice. Poślubiła tam i żyje spokojnie. Nie obwiniam jej nie każda kobieta zniesie takie próby.

A co z miłością? zapytała Jadwiga, pełna wątpliwości.

Nie każda kobieta potrafi to znieść. Kiedy się ożeniłem, obiecałem coś, czego nie mogłem spełnić. Nie mam pretensji, rozumiem.

Rozmawiali do późnych godzin, a Wojciech w końcu zapytał:

A wy jesteście zamężni?

Nie, mój mąż zginął tragicznie, wyjechałam pięć lat temu, nie mogłam tu mieszkać. To dom moich rodziców, tu odnajduję spokój. Bałam się, iż Sławek nie polubi wsi, bo urodził się w mieście, ale gwałtownie się przystosował, zaprzyjaźnił się z lokalną młodzieżą odpowiedziała Jadwiga, a Sławek już zasnął.

Czy miasto cię przyciąga?

Nie, tu jest cisza, przyzwyczaiłam się do spokoju, uczę w szkole języka polskiego i literatury. A pan w mieście pracuje w szpitalu?

Nie uśmiechnął się Wojciech. W czterdziestce odszedłem z wojska, miałem już uposażenie. Matka poważnie zachorowała, wróciłem na wieś, opiekowałem się nią. Pracowałem jako leśniczy, ale matka zmarła. Potem wróciłem do miasta, otworzyłem aptekę, idzie mi całkiem nieźle, myślę o otwarciu kolejnej. Ostatnio jednak dręczą mnie niepokojące przeczucia, może to po stracie matki, a może coś innego. Po prostu dusza boli.

To normalne, żal zostawia ślad w sercu pocieszyła Jadwiga.

Przyjaciele radzą mi iść do psychiatry, ale śmieję się z nich. Zdecydowałem się przyjechać tu, po lesie, na polowanie. To mnie uspokaja. Zgubiłem auto, natknąłem się na stado dzików, jeden ich ranił mnie w nogę pokazał na zabandażowaną kończynę. Na szczęście miałem przy sobie strzelbę, choć nie wiem, czy trafiłem. Stado odjechało, a ja dotarłem do waszego domu, a broń zostawiłem przy wiatrołapie.

Dobrze, już późno, przygotowałam ci miejsce przy piecu, dobranoc powiedziała Jadwiga.

Rano Wojciech miał wysoką temperaturę, rana nie zagoiła się. Nie mógł już kontynuować wędrówki. Zamiecie ustąpiła, a Jadwiga z Sławkiem odnaleźli w lesie auto, ukryte pod śniegiem jak wielka kopa.

Będę musiał leczyć się sam mówił Wojciech. W samochodzie mam apteczkę, przywiozę leki.

Dziadku Wojciechu, pomogę wam wykopać auto, przynieście klucze, dostarczymy apteczkę zaproponował Sławek.

Apteczka dotarła w całości. Przez kilka dni Wojciech leczył się, grał w szachy ze Sławkiem, a gdy poczuł się lepiej, planował wrócić do miasta. Do Nowego Roku pozostały trzy dni.

Jadwiga nie pytała go o szczegóły, rozumiała, iż musi wrócić. Słyszała, jak rozmawia przez telefon, i kojarzyła to z wyjazdem.

Tuż przed wyjazdem Jadwiga spytała:

Czy dusza już nie boli?

Wojciech pakował rzeczy, spojrzał prosto w oczy i odpowiedział:

Teraz płacze wysiadł z domu, usiadł w swoim SUV-ie i odjechał.

Po jego odejściu w domu zapanowała cisza, Jadwiga poczuła, iż czegoś jej brakuje. Nie liczyła na fałszywe nadzieje; zrozumiała, iż pokochała Wojciecha, prawdziwego mężczyznę, przy którym było spokojnie, ale nie oczekiwała niczego więcej.

Zamiecie trwały, ale nie były już tak gwałtowne, wiatr rzadko szarpał, a śnieg przychodził jedynie od czasu do czasu.

Wszystko na lepsze myślała Jadwiga. Dobrze, iż Wojciech nie został z nami na długo, inaczej byłoby trudniej zapomnieć.

Wojciech nigdy nie zadzwonił, mimo obietnicy. Jadwiga wniosła, iż ma swoje sprawy w mieście, a wioska była dla niego jedynie krótką przygodą.

Nadszedł Nowy Rok. 31 grudnia rano Jadwiga wsiadła w swój stary Fiat, pojechała do pobliskiego marketu, kupiła jedzenie i słodycze na cały tydzień, by przygotować świąteczny stół, choć byli tylko we dwoje. Ustawili już choinkę.

Wieczorem znów rozpoczęła się zamieć, a Jadwiga cieszyła się, iż zdążyła zrobić zakupy przed śniegiem. Sławek pomagał nakrywać stół, zapalił lampki na choince.

Mamo, ktoś puka? zapytał syn.

To pewnie wiatr, ale posłuchajmy odpowiedziała, a rzeczywiście usłyszała stukot.

Za progiem stał jaśniejący Wojciech z torbami w rękach.

Czy mogę wejść? nie czekając na odpowiedź, wszedł do przedsionka, a potem do domu.

Sławek zawołał z radością:

Hurra! Dziadku Wojciechu!

Wojciech podszedł do zaskoczonej Jadwigi i pocałował ją w usta, czując bicie jej serca jak własny dreszcz.

Sławek, Jadwigo, mogę się pospieszyć, ale zrozumiałem, iż nie mogę żyć bez was wyjął z kieszeni małe pudełko z pierścionkiem. Jadwigo, wyjdź za mnie za mąż, bądź moją żoną

Czy przyjechałeś po to do miasta? zapytała, a on skinął głową z uśmiechem.

Sławek patrzył z nadzieją na matkę, a ona skinęła głową.

Zgadzam się, ale nie mogę wyjechać.

Nie musisz. Zostaję tutaj, podoba mi się ta wieś, a leśniczy tu się przyda roześmiał się. Do miasta będę jeździł, by prowadzić interesy. Jadwiga przytuliła się do niego, nie potrzebując słów.

Czas płynął. Sławek miał już dziesięć lat, a później poszedł na studia. Jadwiga i Wojciech zamieszkali w dużym domu przy wiosce, a serce Wojciecha nie bolało już, nie płakało. Otaczała go miłość i radość.

Życie uczy, iż po burzy zawsze przychodzi spokój, a otwarte serce potrafi przyjąć nowy początek, choćby jeżeli wydaje się nieoczekiwany.

Idź do oryginalnego materiału