Panie, nie pchać się tak, naprawdę Fuj. To od pana taki zapaszek?
Przepraszam mruknął facet, cofając się o krok.
Coś jeszcze wymamrotał pod nosem, cicho, buńczucznie i z rezygnacją. Stał i liczył w dłoni resztki drobnych. Domyśliła się, pewnie brakuje mu do piwka. Rita nie mogła się powstrzymać i przyjrzała się gościowi dokładniej. No dziwne pijanym nie wyglądał.
Przepraszam pana. Nie chciałam być opryskliwa odezwała się niezręcznie, bo coś ją powstrzymywało przed obróceniem się na pięcie i odejściem.
Nic się nie stało.
Podniósł na nią wzrok, tak błękitny jak mazurskie jeziora, ani krzty wyblaknięcia. Facet wyglądał na jej rówieśnika, nic młodszego, nic starszego. Cóż za oczy Takich to jeszcze nie spotkała choćby w młodości, a trochę już widziała.
Rita chwyciła go stanowczo pod łokieć i odciągnęła na bok, z kolejki do kasy.
Stało się coś? Może panu trzeba pomóc? starała się nie krzywić.
W końcu odkryła, co to za zapach. Po prostu stęchły pot, nic więcej. On milczał, chowając drobniaki do kieszeni, jakby wstyd mu było rozmawiać z obcą kobietą, zwłaszcza taką, elegancką i zadbaną.
Rita jestem. A pan jak ma na imię?
Zbyszek odparł.
To może jakoś panu pomóc? poczuła, iż wpycha się w życie jakiegoś bezdomnego zupełnie z ulicy. Zbyszek posłał jej szybkie, lekko podejrzliwe spojrzenie i już nie patrzył więcej. Miała już sobie pójść, kiedy jednak wydukał:
Szukam pracy. Nie wie pani, czy tu gdzieś coś potrzebują, choćby do remontów albo do pomocy w gospodarce? Wie pani, w waszej wiosce ludzie mili, ale nikogo nie znam. Przepraszam
Rita słuchała spokojnie, w końcu Zbyszek znowu zaczął coś szeptać pod nosem. Rozejrzała się czy można zaprosić do domu pierwszego lepszego? Akurat miała plan wymiany kafelków w łazience. Syn od miesięcy się deklarował, a cały czas w pracy, a ona czeka i czeka
Kafelki kłaść pan umie?
Pewnie, iż tak.
Ile by pan wziął za łazienkę dziesięć metrów kwadratowych?
Facet aż się zachłysnął powietrzem widać powierzchnia go przerosła.
A to trzeba zobaczyć, zależy Ile pani da, tyle się dogadamy.
Zbyszek zrobił łazienkę jak złoto, schludnie, dokładnie. Najpierw grzecznie spytał, czy może się wykąpać Rita była zachwycona, iż sam na to wpadł. Miała nadzieję, iż nie zostawi po sobie żadnych drobnoustrojów. Dała mu stare rzeczy po mężu, swoje wyprał sam. Remont poszedł błyskawicznie, przez cały weekend. Starą kafelkę skuł, wszystko sprzątnął, narzędzia przetarł i odłożył jak należy. Wziął kielnię, paca, i wieczorem w niedzielę nowa łazienka błyszczała jak reklamowa. Rita trochę się martwiła, bo było jasne, iż Zbyszek nie ma gdzie się podziać. Zostawiać faceta na noc? Dziwnie. Wyrzucać o północy też niefajnie.
W sobotę Rita niemal nie zmrużyła oka. Zamknęła się w pokoju i co chwilę nasłuchiwała. Ale Zbyszek, chyba naprawdę zmęczony, spał jak zabity na kanapie w salonie.
Odbiór, pani Małgorzato! zawołał.
Cóż tu mówić, robota była idealna.
Zbyszek, a pan kim z zawodu?
Fizyk, znaczy nauczyciel fizyki. Skończyłem Uniwersytet w Toruniu.
O, Toruń! Szacowne miejsce!
Ano, kiedyś tak. A z tymi kafelkami każdy szanujący się facet powinien umieć. Taki mam pogląd.
Rita wyciągnęła przygotowaną gotówkę, nie żałowała dała tyle, ile normalnie kasowałby fachowiec z ogłoszenia. Zbyszek schował pieniądze bez liczenia, bez słowa poszedł się ubrać, bo ubrania już mu wyschły.
Serio, tak po prostu pan idzie?
A co, powinienem zostać?
Znowu te nieprawdopodobnie błękitne oczy.
To chociaż coś pan zje! Tyle roboty, cały dzień tylko herbatę popijał, choćby kanapki nie ruszył.
Trochę się opierał, ale w końcu uległ.
Dobra, jak pani nalega, nie pogardzę.
Zjedli razem kawałek ryby, choć Rita po szesnastej zwykle nie jadała nic cięższego ale z nim miło się gadało. Zbyszek był czarujący, inteligentny, do tego jakiś taki zagubiony. Tego zagubienia nie mogła z niego zmyć ani gorąca kąpiel, ani ciepłe słowo. Widać, na to tylko czas.
Zbyszek, ale co się panu adekwatnie przydarzyło? zapytała.
Chwilę milczał.
Wie pani jak zacznę opowiadać, to zabrzmi bohatersko albo idiotycznie. Tyle już takich historii słyszałem ostatnich osiem lat. Tyle iż moja to było życie, a nie bajka. Po co to pani?
Po prostu nie rozumiem Taki facet, i w tak podłym położeniu?
Spojrzał na nią bardzo uważnie, a potem razem prawie wstali, zrobili zamieszanie przy stole, ona mu się napatoczyła na drodze i dalej już poszło samo. Nigdy by nie uwierzyła, iż w wieku pięćdziesięciu trzech lat można dostać obuchem z miłości tak samo mocno jak za młodu. Myślała, iż namiętność jest zarezerwowana tylko dla młodych. A tu niespodzianka żywioł, ogień, pożoga.
Potem już opowiadał osiem lat temu spróbował ratować jednego ucznia z trudnej rodziny, utalentowanego, ale zaplątanego w szemraną ekipę. Chłopak nie był zły, ale nie umiał się odkręcić. No to Zbyszek poszedł wyjaśniać temat z szefem tej ferajny zaraz go napadli, banda gnojków, a tamten szef to dwudziestodwuletni typ spod ciemnej gwiazdy. Zbyszek całe życie trenował judo, więc ich rozgonił, ale główny szef źle upadł, uderzył w betonową ścianę i nie przeżył. Zbyszek sam zadzwonił po karetkę i policję, sądził, iż może dostanie przekroczenie obrony koniecznej, a tu przeginali jak trzeba. Zasądzili mu aż dwanaście lat.
Tam też ludzie żyją tyle powiedział o więzieniu.
A w domu nikt na niego nie czekał. Mama nie żyła, mieszkanie sprzedała zanim umarła i zamieszkała u brata, bratowa od progu wygłosiła:
Żeby tego kryminała tu choćby nie było!
A żona dawno się rozwiodła i już miała nowego męża. Więc ruszył z Torunia do Warszawy tu lepiej nie było. Nikt nie chciał go zatrudnić po ośmiu latach więzienia, próbował łapać fuchy w okolicy, gdzie przypadkiem wylądował, ale zawsze natrafiał na mur niechęci, czasem wręcz pogardy albo agresji współmieszkańców. Przyszło do tego, iż nie miał gdzie spać, szukał kąta u znajomego, ale ten delikatnie zasugerował, iż już wystarczy.
Od kiedy pan tu koczuje? zapytała, patrząc na rozżarzoną końcówkę jego papierosa.
Ze dwa tygodnie odpowiedział. Palił jej papierosy, bo Rita miała w szufladzie paczkę na czarną godzinę, a Zbyszek chciał kupić własne, ale go nie puściła.
W ciemności, przy blasku żaru z papierosa, łatwiej było się otwierać i przyznać, iż no cóż. Dała mu nocleg, potem już nie było sensu się krygować.
A dowód osobisty pan ma?
Mam. zaśmiał się gorzko. Ale zameldowania brak. Stąd masa problemów.
Zbyszek został. I jakoś się ułożyło Rita podziałała z zameldowaniem czasowym, więc miał papiery i zatrudnienie, choćby na początek. W markecie budowlanym przyjął robotę, na kilka tygodni tyle wystarczyło. Poza tym łapał godziny jako korepetytor, z czasem przybywało uczniów. Żyli tak dwa i pół miesiąca bez większych burz, aż pewnego dnia do Rity wpadł syn, Michał. Obejrzał sprawę, zaprosił matkę na pogawędkę poza domem.
Wiesz co, mamo pozbądź się go.
Że co proszę?!
Dawno już się nie wtrącał w jej życie.
Mówię poważnie. To darmozjad i przybłęda. Myślisz, czemu się do ciebie przyplątał? Bo nie ma gdzie mieszkać! Daj spokój, mamo!
Rita sprzedała mu policzek.
Nie wtrącaj się do mojego życia, chłopcze.
Może nie pamiętasz, ale jestem twoim spadkobiercą. I nie chcę mieć żadnych problemów z jakimś obcym facetem. A jak się z nim ożenisz?! Będzie miał prawa do mieszkania! Nie pozwolę!
Michał, co ty chrzanisz? oburzyła się Rita. Ja ci tu jeszcze wszystkich przeżyję!
Nie zmuszaj mnie do radykalnych działań. I tak nie dam wam spokoju. Bronię swoich interesów. Nie możesz mnie winić. Gdybyś znalazła porządnego faceta z własnym domem, to bym się nie mieszał, ale ten
Oho, czyli “porządny” to ten z kasą? Czym ja cię wychowałam?
Mamo, powiedziałem, co myślę. Wrócę za tydzień i ma go nie być. Potem nie miej pretensji.
Rita wróciła do domu, ledwie powstrzymując łzy.
Twój syn to gliniarz? spytał Zbyszek.
Przepraszam, nie mówiłam
Nie musiałaś. Przecież widzę. Kim on jest?
Śledczy w prokuraturze. Dobry, tylko bardzo ostrożny. Z troski wariuje.
I co teraz?
Rita opadła na krzesło, nie wiedziała, co robić. Syn, jak powiedział, tak zrobi. Może i odesłać Zbyszka do więzienia, jak się uprze. Wolała nie myśleć. Ale widziała, iż syn gotów na wszystko, byle po swojemu.
Wiosna szepnął Zbyszek. Nie masz pomysłu, to ja mam. Nazbierałem trochę grosza. Na działkę tu blisko nie starczy, ale dwadzieścia kilometrów dalej już tak. Kupimy barak, postawię, i powoli coś zbudujemy. Korepetycji nie rzucę, jak będzie trzeba, pogodzę ze wszystkim. Zobaczysz, własny dom ci postawię. Co ty na to?
Rita siedziała zszokowana.
Wiem, iż nie jesteś przyzwyczajona do wyrzeczeń, ale to tylko tymczasowe trudności. Potem wszystko ci odpicuję, obiecuję.
Mam też trochę oszczędności. Może je zainwestuję rzuciła Rita zamyślona.
Nie śmiem cię o to prosić.
Ty mnie wcale nie prosisz! Sama chcę. Współinwestor!
Zbyszek podszedł, objął jej głowę, przytulił do siebie i cmoknął w czubek. Poczuła to, co zawsze chciała: ciepło, spokój i miłość. Kto by pomyślał, iż jeszcze tego doświadczy?
Załatwili gwałtownie formalności. Zbyszek nalegał, żeby Rita była właścicielką, ona się nie zgodziła.
Mam mieszkanie w Krakowie, fakt, wygnali mnie, ale akt notarialny dalej mój. Ty nie masz nic. Na mnie nie licz, ja mam dziedzica! parsknęła Rita, przypominając sobie Michałowe mądrości.
Postawili barak, podłączyli prąd, Zbyszek wziął się za cegły. gwałtownie się okazało, iż jej oszczędności ledwo wystarczą na kawałek ściany, więc Zbyszek cisnął korepetycje na trzykrotne tempo. Zrobił sobie kąt do prowadzenia lekcji przez internet, tak żeby nie było widać, iż w baraku siedzi. Zbierali każdy grosz na dom, cegła po cegle. Wieczorami siadali na kocu na własnym podwórku i gapili się w gwiazdy.
Co czujesz? pytał Zbyszek, obejmując Ritę.
Czuję drugie życie śmiała się.
No nie, drugie życie to ja. Ty odczuwasz moją miłość!
Czuła. Naprawdę czuła.
Rita zajrzała raz jeszcze do starego mieszkania po rzeczy na jesień cieplejsze koce, ciuchy, trochę garów. Trafiła na Michała, który siedział z miną srogiego prokuratora.
Cześć, synu. Wpadłam na moment po jakieś graty. Jak tam u ciebie?
Zmierzył ją spojrzeniem opalona, szczuplejsza, promienna.
Mamo, co się dzieje? Nie dzwonisz.
Bo nie mamy tego zwyczaju. Ty cały czas w pracy. Sam dzwonisz, jak już się znajdziesz.
Czemu cię w domu nigdy nie zastaję?
Bo tu nie mieszkam. Przyszłam zabrać swoje rzeczy. Mam nadzieję, iż mi wolno?
Michał nie mógł wyjść z podziwu. Jego matka zmieniła się nie do poznania nie tylko zewnętrznie, ale tak jakby wnętrze rozbłysło świeżym światłem, była lżejsza, szczęśliwa.
Słuchaj, wybudujemy się na naszej działce to cię zaproszę. Na razie muszę biec, mamy dzisiaj stawianie ganku.
Zgarnęła rzeczy, przy okazji cmoknęła go w policzek i puściła się pędem do wyjścia.
Mamo, co z tobą? wołał za nią Michał.
Drugie życie, Michaś! I miłość, przede wszystkim miłość! Trzymaj się, kochany! Zaśmiała się radośnie i wybiegła z mieszkania, bo czas gonił, a dzisiaj w planie był montaż schodków.







