Dokumenty, które próbujesz mi podsunąć, już widziałam, pani Jadwigo. Drugi raz się nie uda.
Nie mrugnęła choćby okiem. Stała w drzwiach mojej własnej kuchni, w swoim beżowym płaszczu z perłowymi guzikami, z torebką zarzuconą na zgięcie łokcia, jakby przyszła na przyjęcie towarzyskie, a nie po to, by zadeptać komuś życie. Pachniało od niej drogimi perfumami. Tymi, które Kuba przywiózł jej z Warszawy na urodziny i za które go wycałowała, po czym powiedziała, iż ma dobry gust w przeciwieństwie do niektórych.
Kinga, źle mnie zrozumiałaś odezwała się jej głosem, który dawno temu nauczyłam się czytać jak książkę. Miękki na wierzchu, twardy w środku. Ja ci tylko dobra życzę. Niczego więcej.
Odłożyłam filiżankę na stół. Ręce mi nie drżały. To coś nowego jeszcze rok temu sam jej wzrok sprawiał, iż aż zawijały mi się palce u stóp.
Tyle już mi pani tego dobra życzyła, iż trudno było wyjść z depresji przez cały rok. Myślę, iż wystarczy.
Przymrużyła lekko oczy. Po tym zawsze następowało coś nieprzyjemnego. Znałam to na pamięć przez siedem lat naszej znajomości.
Jesteś zmęczona, rozumiem. Te zabiegi, ci lekarze, wieczne bieganie po klinikach… Dlatego ci przyszłam pomóc. Tu tylko małe oświadczenie, żeby przepisać…
Co przepisać?
Cóż, niektóre dokumenty. Finansowe. Żebyś była zabezpieczona w razie czego.
Spojrzałam na jej dłonie w cienkich pierścionkach. Na teczkę, którą trzymała jak bukiet.
Proszę dać powiedziałam.
I pierwszy raz w życiu, na moment zawahała się.
W końcu podała mi teczkę. Otworzyłam ją przy stole, nie siadając nawet. Pierwsza kartka. Druga. Przy trzeciej zatrzymałam się i przeczytałam dwa razy, bo za pierwszym nie uwierzyłam własnym oczom.
To był gotowy, starannie wydrukowany wniosek o rozwód z moim imieniem i nazwiskiem. Brakowało tylko mojego podpisu.
W kuchni zapadła cisza tak głęboka, iż usłyszałam przejeżdżający samochód za oknem i krzyk bawiącego się gdzieś dziecka.
Pani… zabrakło mi słów. Przyszła pani po to, żebym sama podpisała wniosek o rozwód z własnym mężem. I to się nazywa dobroć.
Kingo, nie rozumiesz. Kuba potrzebuje rodziny. Prawdziwej rodziny. Dzieci. A ty nie możesz mu tego dać. Tyle lat, tyle pieniędzy, nadziei… I nic. Sama siebie wykańczasz i jego też. Pozwól mu odejść. To będzie z twojej strony szlachetność.
Zamknęłam teczkę. Odłożyłam ją powoli na stół, niemal delikatnie, choć w środku wszystko się we mnie paliło.
Proszę wyjść z mojego domu powiedziałam.
Kinga…
Proszę wyjść. Proszę.
Wyszła. Zostałam w kuchni sama z teczką, z zapachem jej perfum w powietrzu i z poczuciem, jakbym właśnie stała na skraju przepaści i zdążyła w porę odskoczyć może na centymetr, w ostatniej chwili.
Miałam wtedy trzydzieści lat. Kuba trzydzieści dwa. Byliśmy małżeństwem od pięciu lat, od czterech próbowaliśmy zostać rodzicami. Ludzie z zewnątrz sądzą, iż to po prostu się nie udaje. Nie wiedzą, co to znaczy: co miesiąc nadzieja, potem upadek. Badania, procedury, zastrzyki w brzuch o świcie i nie można płakać bo stres szkodzi, nie wolno się złościć bo stres szkodzi, trzeba myśleć pozytywnie.
Starałam się myśleć pozytywnie. A teściowa tymczasem chodziła po znajomych i opowiadała, iż jej synowa ma coś z głową i już się całkowicie zaniedbała. Wiedziałam o tym. Małe miasto wszystko dochodzi.
Kuba był akurat w delegacji. Jeździł służbowo często, taka praca budowlanka, inwestycje w całym województwie. Nie narzekałam. Dzwonił codziennie i rozmawialiśmy długo, słyszałam w głosie zmęczenie, ale nie chciałam mówić o złych sprawach. Chroniłam go. Albo siebie. Już nie wiem.
Wieczorem, gdy wyszła pani Jadwiga, długo siedziałam przy oknie. Patrzyłam na zwykłą jesień, już listopadową: gołe drzewa, mokry asfalt. Przechodzili ludzie z torbami z Biedronki, kobieta prowadziła dziewczynkę w czerwonym kombinezonie. Dziewczynka skakała przez kałuże i śmiała się, kobieta tylko mocniej trzymała ją za rękę.
Patrzyłam na nie i myślałam: to jest to, czego chcę. Nic wielkiego. Po prostu dziecko, które przeskakuje przez kałuże. Po prostu ręka w ręce.
Kuba nie dowiedział się o tej sytuacji tamtego wieczoru. Nie chciałam, by się zamartwiał setki kilometrów od domu. Powiedziałam tylko, iż tęsknię. On odpowiedział, iż niedługo wraca, za tydzień. Powiedział, iż mnie kocha. I wierzyłam mu. Zawsze wierzyłam.
Potem przyszła ta właśnie tydzień, która wszystko przewróciła.
W środę zadzwoniła do mnie Ola Kaczmarek przyjaciółka jeszcze z liceum i już po głosie wiedziałam, iż coś niesie, czego boi się wypuścić z rąk.
Kinga, słyszałaś, co o tobie mówią?
Co?
O tobie. W przychodni. I w salonie na Słonecznej. Że masz kogoś. Innego mężczyznę…
Zamilkłam na dłuższą chwilę. Tyle mi wystarczyło, by zrozumieć, kto to mógł puścić. Nie trzeba było daleko szukać.
Kto rozpowiada?
Ola się zawahała.
Podobno mama Kuby powiedziała Kasi Korzeniowskiej na urodzinach Kinga, ja nie wierzę w żadne słowo. Chciałam, żebyś wiedziała.
Dziękuję.
Nie płakałam. Siedziałam na kanapie w cichej kawalerce i nie mogłam pojąć, za co. Nigdy nie byłam dla niej niegrzeczna, nie sprzeciwiałam się, nie dyskutowałam. choćby prezenty jej dawałam takie, jakie lubiła zawsze pytałam Kubę z wyprzedzeniem. Zawsze mówiłam jej pani Jadwigo. Zawsze. Przez siedem lat. choćby w myślach.
Za co mnie tak nienawidziła? Za to, iż byłam z jej synem? Że nie mogłam urodzić dziecka? Byłam dla niej zbyt zwyczajna, zbyt prosta? Jej Kuba inżynier, szef działu, całe życie przed nim. A ja nauczycielka klas I-III w podstawówce przy ulicy Konopnickiej. Może o to chodziło?
Nie znalazłam wtedy odpowiedzi. I szczerze, nie znalazłam jej później.
W piątek pojechałam do kliniki Nadzieja na kontrolę. Z doktor Anną Piotrowską znałyśmy się już jak rodzina razem przeszłyśmy wiele. Spokojna, serdeczna kobieta. Gdy kolejny cykl nie wychodził, tłumaczyła, szukała nowych rozwiązań. Nie znajdowano przyczyny. Wszystko jak w normie. U obojga. Niewyjaśniona niepłodność lekarze tylko rozkładają ręce, mówią: medycyna jeszcze nie wie. Próbujcie dalej.
Czekałam na swoją kolej, wertowałam jakiś magazyn bez czytania. Obok siedziała młoda kobieta z ciążowym brzuszkiem, rozpromieniona, szczęśliwa. Patrzyłam na nią i nie czułam zazdrości. To ważne. Tylko cicho chciałam tego samego.
Nagle usłyszałam znajomy głos.
Odwróciłam się i nie mogłam uwierzyć. Kuba stał przy recepcji, rozmawiał z młodą rejestratorką. Z torbą podróżną na ramię, w szarej kurtce, którą sama mu kupiłam dwa lata temu.
Kuba?
Odwrócił się, na moment zaskoczony, zaraz podszedł szybkim krokiem, objął mnie, wtuliłam się w jego kurtkę, poczułam zapach drogi, zmęczenia i czegoś swojskiego, domowego.
Wróciłeś trzy dni wcześniej…
Udało się skończyć wcześniej. Chciałem zrobić niespodziankę. Zajechałem do domu, nie było cię. Zadzwoniłem telefon nie odpowiadał.
Był w torebce…
Domyśliłem się, gdzie mogłaś być.
Wziął mnie za rękę, usiedliśmy gdzieś z boku. Nie wytrzymałam powiedziałam mu wszystko. O teczce z wnioskiem o rozwód. O plotkach o rzekomej zdradzie. O tym, iż nie mam już siły udawać, iż nic się nie dzieje.
Słuchał bez słowa. Milczący. Umiałam już to czytać po jego twarzy: napina mu się szczęka, gdy coś w sobie tłumi.
Czemu nie powiedziałaś mi wcześniej? zapytał w końcu.
Nie chciałam cię martwić…
Kinga, powtórzył i po tym Kinga zrozumiałam, iż nie ma do mnie żalu po prostu jest smutny. Jestem twoim mężem. A poza tym, powinniśmy już dawno na poważnie porozmawiać o mojej mamie. Wiem, iż bywa… trudna…
Ona mnie nienawidzi, Kuba.
Nie odpowiedział od razu. To już była odpowiedź.
Potem doktor Anna zaprosiła mnie do gabinetu. Przyszedł ze mną. Tam wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam.
Lekarka była dziwnie spięta, patrzyła na monitor, potem na nas, przebierała coś w teczce.
Kinga, chcę zadać ci ważne pytanie: czy w przerwach między procedurami brałaś jakieś leki? Sama, bez mojej wiedzy?
Nie rozumiałam początkowo.
Nigdy. Zawsze zgodnie z pani zaleceniami.
Kiwnęła głową, wolno.
Zgłosiła się do nas jedna osoba. Oferowała, powiedzmy, współpracę. Dwa lata temu. Chodziło o drobne manipulacje w wynikach badań. Delikatne, ale w istotną stronę. Za wynagrodzenie.
W gabinecie zrobiło się cicho.
Odrzuciłam to, mówiła ale w innej klinice, gdzie miałaś dwa pierwsze podejścia, mojej koleżance nie starczyło odwagi, by zrobić to samo. Ostatnio mi o tym powiedziała. Sumienie ją gryzło.
Kuba wstał.
Kto to był?
Lekarka spojrzała na niego, potem na mnie.
Nie wiem dokładnie. Dzwoniła kobieta. Dojrzała, bardzo pewna siebie.
Poczułam, jak Kuba powoli wypuszcza powietrze. Patrzyłam przez okno za jej plecami, na maleńki podwórzec z samotną ławką i nagą brzozą.
Myślałam, iż to obłęd. By matka… żeby aż tak? To się wymyka ludzkim granicom.
Ale wewnątrz, głęboko, wiedziałam. Wiedziałam od dawna.
Musimy porozmawiać powiedział Kuba.
Wyszliśmy. Siedliśmy w aucie, nie odpalał od razu silnika. Patrzył w mokrą ulicę.
Kuba…
Daj mi minutę.
Milczałam. Kropelki deszczu ściekały po szybie.
To ona, powiedział w końcu. To nie było pytanie.
Nie mam pewności…
Ja mam. Bo rok temu mówiła mi, iż zna lekarzy, którzy nam kibicują; myślałem, iż chce być po prostu użyteczna. Nie podejrzewałem…
Zamilkł.
Boże, Kinga. Cztery lata.
Nie płakałam. Już umiałam: jeżeli chce się płakać, nie wolno. Wzięłam go za rękę.
Co teraz?
Odwrócił się do mnie.
Wierzysz mi? Nic nie wiedziałem?
Patrzyłam mu w oczy. Piwne, zmęczone, przekrwione od nieprzespanych nocy.
Wierzę i mówiłam prawdę.
Długo siedzieliśmy, zastanawiając się, co dalej. Policja? Z czym? Ze słowami doktor? Z wnioskiem o rozwód? To nie przestępstwo. To słowa przeciw słowom.
Potrzebowaliśmy dowodu.
Przypomniałam sobie o Oli i jej domku w Rydzynkach, trzydzieści kilometrów od miasta. Ola go trzymała na emeryturę, klucz miałam od zeszłego lata.
Musimy wyjechać powiedziałam.
Gdzie?
Tam, gdzie nas nie znajdzie, żeby móc wszystko przemyśleć, przygotować się. jeżeli pójdziemy prosto do niej, całość odwróci. Wiesz, iż tak potrafi.
Przytaknął.
Pojechaliśmy do domu. Spakowałam się w dwadzieścia minut. Ubrania na kilka dni, ładowarki, najważniejsze dokumenty. Kuba wziął laptopa i swoje notatki. Nikt nas nie widział. Albo widzieli przecież każdy chodzi czasem z torbą.
Zadzwoniłam do Oli już w drodze.
Ola, nic nie pytaj, powiedz tylko: klucz do Rydzynek działa?
Tak. Wszystko w porządku. Kinga, z tobą okej?
Nie bardzo. Powiem później.
Jedźcie. Drewno jest w szopie, gaz działa, koce w szafie. Może myszy się zalęgły, sprawdź kąty.
Dzięki.
Kinga… uważajcie na siebie.
Nie pytałam już, co miała na myśli. Zrozumiałam bez słów.
Jechaliśmy szosą w coraz gęstszym deszczu. Kuba prowadził milcząc, patrzyłam na rozmyte latarnie. Bałam się. Nie ciemności, nie podróży tego, jak można robić coś takiego drugiemu człowiekowi.
Toksyna w rodzinie. Czytałam psychologiczne artykuły, kiedyś wydawały się o kimś obcym i dalekim. Okazało się, iż to o mnie.
Domek był zimny, ale cały. Pachniało starym drewnem i jesienią. Kuba rozpalił piec, znalazłam koce, nieco zatęchłe, ale ciepłe. Piliśmy herbatę z Olinych kubków w młynki. Rozmawialiśmy naprawdę, po raz pierwszy od dawna.
Opowiedz, co się działo poprosił. Od początku.
I opowiedziałam. O drobnych obecnościach teściowej w najtrudniejszych chwilach, o jej telefonach dzień transferu, o pierwszych podejściach w Akacjowej, gdzie lekarz był jakby roztargniony, a procedury zawsze kończyły się przez przypadek: raz sprzęt, raz wyniki, raz zły lek. Myślałam: bywa. Pech.
Kuba słuchał, zamykał czasem oczy.
Mówiła mi, iż nie dbasz o siebie szepnął. Że za dużo się stresujesz. Lekarze też jej to niby szepczą.
Wierzyłeś jej?
Długo milczał.
Nie wierzyłem, ale i nie zaprzeczałem. Chciałem, żeby samo się rozwiązało. Jestem tchórzem, Kinga.
Nie. Bardzo ją kochasz. To nie to samo.
Spojrzał na mnie tak, iż aż ścisnęło mnie w piersi.
Nazajutrz zaczęliśmy planować. Wiedzieliśmy jedno: bez dowodu ona się wyprze. Perfekcyjnie to potrafi. Przetrwałam jej manipulacje. Tylko jej własny głos, przyznanie się, mogło coś zmienić.
Przyjedzie mówił Kuba. Gdy odkryje, iż zniknęliśmy, iż wcześniej wróciłem. Zawsze nas znajdowała.
Skąd wiesz?
Jestem jej synem. Potrzebuje kontroli.
Przygotowaliśmy nagranie dobry dyktafon w komórce Kuby, niewidoczny. Umówiliśmy się, iż rozmowę zacznę ja, będę zadawać proste pytania i pozwolę jej mówić.
Czekaliśmy trzy dni. Trzy dni w domku, gdzie skrzypią podłogi i pachnie dymem z pieca. Rozmawialiśmy dużo, gotowaliśmy, chodziliśmy w stronę lasu. Przestało być sztucznie, jakby cała reszta się wypaliła i zostało tylko to, co prawdziwe.
Wieczorem, przytuliwszy mnie w kuchni, Kuba powiedział:
Przeprowadzimy się. Jak to się skończy.
Ty poważnie?
Tak. Propozycję pracy mam w Gdańsku. Odmawiałem przez mamę. Teraz patrzę inaczej.
Nie odpowiedziałam tylko przykryłam jego dłonie swoimi.
Przyjechała w niedzielę po obiedzie. Usłyszeliśmy samochód na żwirze. Kuba włączył nagrywanie, wsunął telefon do kieszeni.
Gotowa? spytał.
Tak i też mówiłam prawdę.
Weszła do domu, jakby tu mieszkała. Spojrzała na nas.
Kuba. Nie wiedziałam, iż tu jesteś.
Oczywiście. Myślałaś, iż przez cały czas jestem w delegacji.
Zmierzyła mnie wzrokiem. Długo i uważnie.
Kinga, po co go tu przyciągnęłaś? Czego mu nagadałaś?
Tylko to, co wiem.
Co niby wiesz? Ciągle coś sobie wyobrażasz. Z nerwów, lekarze mówią…
Jacy lekarze? Ci, którym płaciła pani, żeby nasze próby się nie udały?
Pauza, krótka, prawie niezauważalna.
Co za bzdury głos jej zrobił się twardszy.
Bzdury? W Akacjowej pracowała pani Marta Zielińska. Dwa lata temu. Kojarzy pani? Opowiedziała o ofercie mojej lekarce, Annie Piotrowskiej. Przyznała się. Proszę mi powiedzieć: to prawda?
Oszalałaś.
Mamo powiedział Kuba, przez gardło przeszło mu dziwnie, nie patrzyłam już na niego znam cię. Odpowiedz Kindze.
Coś w niej pękło. Z zewnątrz nie, ale wewnątrz. Wyczuwalne.
Robiłam to dla ciebie powiedziała. Już nie do mnie. Nie rozumiesz. To nie ta kobieta, Kuba. Zwykła nauczycielka, żadnych koneksji, żadnych perspektyw. Jesteś wart więcej. Tyle w ciebie włożyłam…
Mamo.
Chciałam tylko, żebyś sam to zrozumiał. Żeby się nie udawało i sam się wycofał. Bez awantur. Nikt przecież nie ucierpiał…
Nikt? powtórzyłam, nie poznając własnego głosu. Cztery lata. Cztery lata nadziei i załamań. Zastrzyki, badania, dni wycięte z życia. Liczyłam, iż to ja mam problem. Że nie zasługuję na dziecko. I nikt nie ucierpiał?
Patrzyła mi w oczy. Po raz pierwszy od tych wszystkich lat widziałam w nich coś innego niż chłodną kalkulację. Coś prawdziwego nie współczucie, ale prawdziwe.
Skradła mi pani cztery lata powiedziałam. I nazywa to troską o syna.
Jestem jego matką.
A ja jego żoną.
Kuba podszedł, stanął obok, ramieniem przy mnie.
Rozmowa została nagrana powiedział. Wszystko, co tu padło. To już nie są tylko słowa przeciw słowom.
Patrzyła na Kubę długo, jakby widziała go pierwszy raz.
Przekażesz nagranie na policję?
Tak.
Jestem twoją matką.
Wiem.
Stała jeszcze chwilę, potem odwróciła się ku drzwiom.
Proszę zaczekać powiedziałam jej w plecy. Nie wiem czemu. Tak po prostu.
Zatrzymała się, nie odwracając.
Czy pani choć raz kochała Kubę naprawdę? Czy tylko chciała mieć go przy sobie?
Nie odpowiedziała. Wyszła. Trzasnęły drzwi.
Kuba patrzył przez sekundę w miejsce, gdzie stała. Wytarł ręką twarz, wyjął telefon, zatrzymał nagranie.
Dzwoń do Marka rzucił krótko. Marek był jego kolegą ze szkoły, teraz pracował w prokuraturze. Niech podpowie, co zrobić.
Przytaknęłam.
Wyszłam na ganek. Jeszcze pachniało igliwiem i wilgotnymi liśćmi. Samochodu nie było, zostały tylko ślady kół na mokrym piachu.
Stałam i oddychałam głęboko.
To, co przyszło potem, nie należało już do nas. Przekazaliśmy nagranie, zeznania doktor Anny, a także Marty Zielińskiej. Okazało się, iż pieniądze spokojnie przyjmowała, ale sumienie się nie sprzedaje.
Panią Jadwigę zatrzymano po dwóch tygodniach, w jej własnym domu. Dowiedzieliśmy się od Marka, który zadzwonił do Kuby. Kuba długo wtedy siedział z telefonem w dłoni, patrzył w ścianę.
Jak się czujesz? spytałam.
Nie wiem.
To normalne.
To moja matka, Kinga.
Wiem.
Przeszedł się po pokoju, chwycił Olkiną książkę, odłożył z powrotem.
Najgorsze, iż nie jestem zszokowany. Od dawna w głębi wiedziałem, iż potrafiłaby… Może nie do końca tak, ale… I mimo to udawałem, iż nie widzę. Bo to matka. Bo nie wierzyłem.
Tego właśnie uczą toksyczne relacje powiedziałam. Powoli zamazują ci obraz świata.
Patrzył na mnie.
Ty wszystko wiedziałaś?
Nie. Po prostu byłam już bardzo zmęczona. Zmęczenie bywa mądre.
Po trzech tygodniach opuściliśmy Rydzynki. Do mieszkania nie wróciliśmy. Kuba spakował resztę rzeczy, oddaliśmy klucze właścicielowi. Pojechaliśmy do Gdańska.
Tam była już inna jesień. Jaśniejsza i cieplejsza. Wynajęliśmy mieszkanie na spokojnym osiedlu. Kuba podjął nową pracę, ja przez jakiś czas tylko urządzałam, chodziłam na rynek, gotowałam zupy i uczyłam się nowych miejsc.
Doktor Anna poleciła nas koleżance doktor Agnieszce. Kobieta konkretna, ale serdeczna, od początku jasno zadeklarowała: wszystko jest możliwe, nie warto się poddawać.
Przeszliśmy badania od nowa. Od zera. Bez czyjejkolwiek manipulacji.
Udało się za trzecim razem.
Dowiedziałam się w lutym. Kuba był w domu. Stałam w łazience z testem w dłoni i patrzyłam na dwie kreski. Wyszłam do niego. Siedział na kanapie, spojrzał na mnie.
Nic nie powiedziałam, tylko podałam mu test.
Patrzył na niego długo. Potem na mnie. Miał oczy czerwone.
Kinga…
Tak powiedziałam.
Objął mnie tak mocno, iż aż z trudem mogłam oddychać. Nie chciałam, by puścił.
Staś urodził się w październiku. Trzy i pół kilo, pięćdziesiąt dwa centymetry. Ciemne włosy, poważna mina wszyscy śmiali się, iż będzie naukowcem.
Płakałam. Nie z bólu, choć bolało. Kiedy położyli mi go na piersi, jego ciepło sprawiło, iż przez te wszystkie lata zrobiło mi się lżej.
To nie znika. Tego nie da się zapomnieć. Ale przestaje być najcięższe.
Kuba trzymał mnie za rękę. Tak jak wtedy, pod kliniką. Jedną ręką w drugiej.
Kiedy Staś miał trzy miesiące, pierwszy raz spędziliśmy spokojny wieczór spał w pokoju, piliśmy herbatę w kuchni, zapaliliśmy świecę na parapecie. Za oknem szumiało gdańskie jesienne miasto.
Kuba zaczęłam.
Hm?
Myślisz o niej?
Nie pytał kogo. Wiedział.
Czasem. Coraz rzadziej.
Ja też. Czasem zastanawiam się, jak to możliwe. Potem patrzę na niego wskazałam na pokój, gdzie spał Staś i myślę: dobrze, iż jesteśmy, iż jesteśmy żywi.
Złościsz się na mnie? zapytał cicho, ze strachem w głosie.
Za co?
Że nie widziałem. Albo nie chciałem widzieć. Tyle lat.
Zastanowiłam się uczciwie, naprawdę.
Nie. Nie złoszczę się. Ale mam w sobie coś małego. Jak drzazgę. Nie boli, ale wiem, iż jest.
Skinął głową. Nic nie tłumaczył. Po prostu przyjął to.
To uczciwe.
Staram się być szczera. Mam już dość udawania, iż jest dobrze, kiedy nie wszystko jest dobrze.
Jest dobrze?
Prawie. Staś zdrowy, ty jesteś, mamy dom. Objęłam filiżankę dłońmi, ogrzałam palce. Po prostu jesteśmy inni niż byliśmy. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Może po prostu tak jest.
Spojrzał na płomień świecy. Drgnął lekko.
Pamiętasz, jak stałaś na ganku w Rydzynkach, gdy ona odjechała?
Pamiętam.
Patrzyłem na ciebie przez okno. Myślałem: jak ona to uniosła? Tyle lat, tyle wszystkiego. I dalej stoi. Nie złamała się.
Łamałam się. Ale nie przy tobie.
Wiem. Przepraszam.
Kuba położyłam mu dłoń na ręku oboje mogliśmy zrobić inaczej. Oboje. Nie szukajmy teraz, kto bardziej winny.
Z pokoju dobiegł cichy dźwięk. Staś coś wymamrotał przez sen. Obróciliśmy głowy, wsłuchaliśmy się.
Cisza.
Śpi powiedział Kuba.
Śpi zgodziłam się.
Milczeliśmy. To było dobre milczenie. Takie, co istnieje tylko z kimś najbliższym, kiedy nie trzeba już mówić nic, a nigdzie iść się nie chce.
Jesteś szczęśliwa? zapytał nagle.
Pomyślałam. Naprawdę pomyślałam, nie dla efektu.
Tak powiedziałam. Tylko szczęście ma trochę inny smak niż myślałam. Myślałam, iż szczęście to, gdy nic nie boli i wszystko się udaje. A to chyba wtedy, gdy wszystko jest dobrze, choć coś tam jednak boli. Ale i tak chcesz, żeby ten dzień trwał jak najdłużej.
Uśmiechnął się. Powoli, jak ktoś, kto dopiero na nowo się tego uczy.
Dobry smak.
Tak zgodziłam się. Może z odrobiną goryczy, ale dobry.













