Druga matka

polregion.pl 1 tydzień temu

Drugi dom
Papierów, które pani próbuje mi podsunąć, już widziałam, Pani Zofio. Drugi raz się nie nabiorę.

Stała w drzwiach mojej własnej kuchni, jak u siebie, w beżowym płaszczu z perłowymi guzikami, z elegancką torebką na zgięciu łokcia, jakby przyszła na przyjęcie, a nie po to, by zniszczyć komuś życie. Pachniała drogimi perfumami. Tymi, które Bartek przywiózł jej z Warszawy na urodziny. Za które go wycałowała i stwierdziła, iż on to, w przeciwieństwie do innych, ma gust.

Weroniko, źle mnie zrozumiałaś powiedziała swoim głosem, który już potrafiłam czytać jak książkę. Z zewnątrz miękki, w środku twardy jak skała. Ja dla ciebie dobrze chcę. Tylko dobrze.

Odłożyłam filiżankę na stół. Ręce mi nie drżały. To było nowe uczucie, bo jeszcze rok temu jej spojrzenie sprawiało, iż miałam ściśnięte stopy w sztywnych pantoflach.

Tyle już mi pani tego dobrego zafundowała, iż całą depresję ledwie wyleczyłam przez rok. Chyba wystarczy.

Zmrużyła lekko oczy. Ta mina zawsze zwiastowała coś nieprzyjemnego. Poznałam ją doskonale w ciągu tych siedmiu lat znajomości.

Jesteś zmęczona, wiem. Te zabiegi, lekarze, ciągłe wizyty w klinikach. Chcę pomóc. To tylko małe podanie, żeby przepisać…

Co przepisać?

Pewne dokumenty. Finansowe. Tak, żebyś była zabezpieczona na przyszłość.

Spojrzałam na jej dłonie w delikatnych pierścionkach. Na teczkę, którą trzymała, jakby to był bukiet kwiatów.

Proszę dać powiedziałam.

I po raz pierwszy w życiu zawahała się na ułamek sekundy.

Potem jednak podała mi teczkę. Otworzyłam ją przy stole, na stojąco. Pierwsza kartka, druga. Przy trzeciej zatrzymałam się i przeczytałam dwa razy, bo nie wierzyłam oczom.

To był gotowy wniosek o rozwód. Wszystko wydrukowane, imię i nazwisko moje. Brakowało tylko podpisu.

Zapadła taka cisza, iż słyszałam, jak za oknem przejechał samochód, gdzieś daleko wrzeszczało dziecko.

Pani zabrakło mi słów. Chciała pani, żebym podpisała wniosek o rozwód z własnym mężem. I to nazywa się dobro.

Weroniko, nie rozumiesz. Bartek potrzebuje rodziny. Prawdziwej rodziny. Dzieci. A ty mu tego nie możesz dać. Ile już lat, ile pieniędzy, ile nadziei. Nic z tego. Męczysz siebie i jego. Puść go w końcu. Zrobisz dobry uczynek.

Zamknęłam teczkę i położyłam na stole. Powoli, niemal delikatnie, choć we mnie wszystko płonęło.

Proszę wyjść z mojego domu powiedziałam.

Weroniko…

Proszę wyjść. Bardzo proszę.

Wyszła. Zostałam na kuchni sama, z teczką, z jej zapachem unoszącym się w powietrzu i z uczuciem, iż stałam właśnie nad urwiskiem i w ostatniej chwili zrobiłam krok w tył. O centymetr. W ostatnim możliwym momencie.

Miałam wtedy trzydzieści lat. Bartek trzydzieści dwa. Pięć lat po ślubie, z czego cztery walczyliśmy, żeby zostać rodzicami. Ludzie z zewnątrz pewnie myśleli: po prostu się nie udaje. Nie wiedzą, co to znaczy: co miesiąc nadzieja, a potem rozpacz. Badania, zabiegi, codzienne zastrzyki w brzuch, zero łez, bo stres szkodzi, złość też szkodzi. Ogólnie trzeba być spokojną i myśleć pozytywnie.

Próbowałam. A teściowa wtedy rozgadywała po całym mieście, iż Weronice coś odbiło i zaniedbała się. Wiedziałam o tym, miasto małe, wszystko dochodzi.

Bartek był wtedy w delegacji. Często wyjeżdżał. Pracował w firmie budowlanej, realizacje w całym województwie. Nie narzekałam. Dzwonił codziennie, rozmawialiśmy długo. Słyszałam, iż jest zmęczony, i nie chciałam dokładać mu zmartwień ani swoim, ani naszym. Oszczędzałam go. A może siebie.

Wieczorem po wizycie Zofii długo siedziałam przy oknie. Za oknem listopadowa jesień: gołe drzewa, mokry asfalt. Ludzie wracali z zakupami. Kobieta prowadziła dziewczynkę w czerwonym kombinezonie. Mała śmiała się, przeskakując przez kałuże. Kobieta nie gniewała się, tylko mocniej trzymała ją za rękę.

Patrzyłam na nie i myślałam: oto cała moja tęsknota. Nic wielkiego. Po prostu dziecko, które skacze przez kałuże. Po prostu dłoń w dłoni.

Bartkowi tego wieczoru nic nie powiedziałam. Nie chciałam, by się martwił, będąc setki kilometrów ode mnie. Powiedziałam tylko, iż tęsknię. On, iż wraca za tydzień. I dodał, iż mnie kocha. Wierzyłam mu. Zawsze wierzyłam.

Potem nadszedł tydzień, który wywrócił wszystko.

W środę zadzwoniła Ola Majchrzak, moja przyjaciółka ze szkoły. Jej głos był ostrożny, jakby niosła brzemień, które zaraz się wysypie.

Werka, słyszałaś, co o tobie mówią?

Co?

W przychodni. W salonie fryzjerskim na Mickiewicza. Że masz kogoś. Innego mężczyznę.

Zamilkłam na kilka sekund. Potrzebowałam właśnie tyle, by domyślić się, kto zaczął to rozpuszczać.

Skąd to poszło, Ola?

Zawahała się.

Mówią, iż mama Bartka powiedziała Basi Kaczmarek, na imieninach Werka, ja oczywiście nie wierzę, ale powinnaś wiedzieć.

Wiem. Dzięki.

Nie płakałam. Siedziałam na kanapie, nie pojmując, za co. Nigdy jej nie obrażałam, nie pyskowałam, nie sprzeciwiałam się. choćby prezenty dawałam takie, jak chciała dopytywałam Bartka wcześniej. Zawsze po imieniu i proszę pani. Przez wszystkie siedem lat, choćby w myślach.

Za co tak mnie nie znosiła? Za to, iż byłam blisko z jej synem? Że nie mogłam urodzić? Że nie byłam niczym szczególnym zwykła, prosta, nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej w podstawówce na ulicy Kościuszki? Może o to szło?

Odpowiedzi nie znalazłam ani wtedy, ani później, jeżeli mam być szczera.

W piątek pojechałam do kliniki Nadzieja na badania. Z doktor Jolantą Gajdą, moją lekarką od paru lat, przeszłyśmy razem już sporo. Spokojna, serdeczna, nigdy nie dała mi odczuć, iż to moja wina. Za każdym nieudanym programem IVF proponowała inne badanie, kolejne rozwiązanie. Nic nie wychodziło. Wszystko w normie. U obu. Niewyjaśniona niepłodność kiedy medycyna nie wie, jak pomóc, radzą próbować dalej.

Siedziałam w poczekalni, przewracając strony gazety bez czytania. Obok kobieta z widocznym brzuszkiem, spokojna, pełna szczęścia. Patrzyłam na nią, nie zazdrościłam. To ważne: nie zazdrościłam. Po prostu cicho pragnęłam tego samego.

Wtedy usłyszałam znajomy głos.

Odwróciłam się. I zamarłam. Bartek stał przy rejestracji, z podróżną torbą na ramieniu, w tej szarej kurtce, którą sama mu kupiłam dwa lata temu.

Bartek?

Odwrócił się. Przez chwilę był zdumiony, potem gwałtownie podszedł i przytulił mnie mocno. Poczułam zapach drogi, zmęczenia, zapach naszego wspólnego domu.

Ty miałaś wrócić za trzy dni wymamrotałam.

Skończyłem szybciej. Chciałem zrobić ci niespodziankę. Przyszedłem do domu nie ma cię. Dzwonię nie odbierasz.

Telefon w torebce.

Domyśliłem się, gdzie możesz być.

Chwycił mnie za rękę i usiedliśmy na ławce z boku. Nie wytrzymałam. Opowiedziałam mu wszystko: o teczce z wnioskiem o rozwód, o plotkach, o tym, iż już nie daję rady udawać.

Słuchał w milczeniu. Widziałam, jak zaciskają mu się szczęki. To już znałam. Oznaczało, iż trzyma coś w sobie.

Czemu nic nie powiedziałaś od razu? zapytał w końcu.

Nie chciałam cię martwić.

Weroniko.

Bartek, jesteś w delegacji, ledwie masz czas na sen, ja

Weroniko i już po tonie wiedziałam, iż nie ma do mnie pretensji, tylko jest smutny. Jestem twoim mężem, to raz. A dwa: powinniśmy już dawno porozmawiać o mamie poważnie. Wiem, iż nie zawsze…

Ona mnie nienawidzi, Bartek.

Nie odpowiedział od razu. Sama ta cisza była odpowiedzią.

Wezwała mnie Jolanta Gajda do gabinetu. Bartek wszedł ze mną. I tam stało się coś, czego się nie spodziewałam.

Doktorka była wyraźnie spięta. Spoglądała raz na monitor, raz na nas, przeglądała papiery.

Weroniko, muszę zapytać uczciwie. Między naszymi zabiegami przyjmowałaś jakieś leki? Bez mojej wiedzy?

Nie. Nigdy. Zawsze według zaleceń.

Kiwnęła głową, powoli. Potem powiedziała:

Trzy lata temu zgłosił się do nas ktoś. Z propozycją korekt twoich wyników. Drobnych, ale w odpowiednią stronę. Za opłatą.

W gabinecie zrobiło się bardzo cicho.

Odmówiłam mówiła dalej. Ale wiem, iż w pierwszej klinice, Jesienny Liść, nie odmówiono. Nie mogę tego udowodnić. Ale mam koleżankę, która pracowała tam wtedy. Jakiś czas temu powiedziała mi wszystko. Nie wytrzymała z sumieniem.

Bartek wstał.

Kto to był? Kim była ta osoba?

Jolanta Gajda spojrzała na nas.

Nie mam pewności. Dzwoniła kobieta, starszy głos, pewna siebie.

Usłyszałam Bartka, jak wypuszcza powietrze. Patrzyłam w okno, za którym szarzał jesienny dziedziniec z ławką, samotną brzozą.

Myślałam, iż chyba postradałam zmysły. Że matka Że takie rzeczy są niemożliwe. Ale w środku, w kącie serca, wiedziałam. Wiedziałam od dawna. Bałam się tylko to do siebie dopuścić.

Musimy porozmawiać powiedział Bartek.

Wyszliśmy z kliniki. W samochodzie przez chwilę nie ruszał silnika, patrzył w szarą, mokrą drogę.

Bartek

Werka, daj mi minutę ciszy.

Milczałam. Krople spływały po szybie.

To ona powiedział w końcu. Nie pytał. Stwierdził.

Nie mam dowodu

Ja mam. Bo jestem głupcem. Rok temu mówiła, iż ma znajomych lekarzy, bardzo się o nas troszczących. Uznałem, iż to takie gadanie, żeby być potrzebną. Nie pomyślałem

Zamilkł.

Boże, Weroniko. Cztery lata

Nie płakałam. Bolesnego nauczyłam się już dawno. Chwyciłam jego dłoń na kierownicy. Dłoń do dłoni.

I co teraz?

Obrócił się do mnie.

Werka, czy naprawdę wierzysz, iż nie wiedziałem?

Spojrzałam mu w oczy. Brązowe, zmęczone, zaczerwienione od niewyspania. Znajome do bólu.

Wierzę powiedziałam. I to była prawda.

Myśleliśmy w milczeniu długo. Co dalej? Gdzie pójść? Policja? Ale z czym? Ze słowami lekarki? Z teczką, którą nie podpisałam? To nie sprawa karna. Słowa przeciwko słowom.

Potrzebowaliśmy dowodu.

Przypomniałam sobie o Oli. O jej działce w Grzybowie, trzydzieści kilometrów od miasta. Stary dom, Ola mówiła, iż na emeryturę się przyda. Miałam klucz. Został z wakacji, gdy przyjechaliśmy tam kiedyś w sierpniu.

Musimy wyjechać powiedziałam.

Dokąd?

Gdzie nie znajdzie nas od razu. Żeby przemyśleć wszystko, przygotować się. Teraz pójdziemy, wszystko odwróci sama wiesz, jak potrafi.

Wiedział. Pokiwał głową.

W domu w dwadzieścia minut spakowaliśmy najważniejsze rzeczy: ubrania, ładowarki, dokumenty. Bartek spakował swój laptop i segregatory. Nikt nie widział, albo to nie wydało się nikomu dziwne.

Zadzwoniłam do Oli już z samochodu.

Ola, czy klucz od Grzybowa jeszcze działa?

Tak, oczywiście. Coś się stało?

Niezupełnie. Opowiem później.

Jedźcie. W szopie drewno, gaz jest, koce w szafie. Tylko na myszy uważaj.

Dziękuję, Ola.

Wera uważajcie na siebie. Dobrze?

Nie pytałam, co miała na myśli. Zrozumiałam.

Pojechaliśmy w ciemność. Silny deszcz, zmęczony Bartek prowadził w milczeniu. Patrzyłam przez szybę mijane latarnie, pola. Było mi strasznie. Nie przez noc, nie przez drogę. Przez to, do czego zdolny jest człowiek. Jak można wiedzieć, iż synowa miesiącami robi sobie zastrzyki, płacze po nocach i płacić, by jej się nie udało.

Toksyczne relacje. Kiedyś czytałam o tym w jakimś kobiecym dwutygodniku zimne porady, psychologiczne testy. Wydawało się, iż to o innych ludziach. Okazało się o mnie.

Domek był zimny, ale cały. Pachniało starym drewnem, wilgocią, jesienią. Bartek napalił w piecu, ja znalazłam pledy. Piliśmy herbatę w kubkach z młynkiem na rysunku i rozmawialiśmy. Po raz pierwszy od bardzo dawna szczerze, zwyczajnie.

Opowiedz mi wszystko powiedział. Od początku.

Opowiedziałam. O drobnych uwagach Zofii, które umykały mojej uwadze. Jak zawsze dzwoniła akurat w dzień transferu zarodka, a ja odbierałam, bo bałam się być niegrzeczna. O pierwszej klinice, gdzie lekarz był ciągle rozkojarzony, program przerywano z dziwnych powodów. Raz sprzęt, raz badania, raz lek z innej partii. Myślałam: pech.

Bartek słuchał. Przymykał oczy.

Mówiła mi, iż nie dbasz o siebie, jesz byle co, denerwujesz się bez powodu. Że lekarze podobno szepczą jej, iż to wszystko przez ciebie

Wierzyłeś?

Długo milczał.

Nie wierzyłem. Ale nie przeczyłem otwarcie. Liczyłem, iż wszystko samo się ułoży. Jestem słaby, Werka.

Nie jesteś słaby. Kochałeś ją. To nie to samo.

Spojrzał na mnie tak, iż zakręciło mi się w sercu.

Rano zaczęliśmy plan. Wiedzieliśmy już, iż nie ma sensu iść do Zofii i mówić wszystko wprost. Umiała wkręcić, zakręcić rozmową tak, iż pod koniec sam myślałeś, iż to twoja wina. Potrzebna była nagrana rozmowa. Jej słowa.

Przyjedzie, jak tylko zobaczy, iż Bartka nie ma tam, gdzie być powinien powiedział. Zawsze znachodziła, zawsze manipulowała.

Przygotowaliśmy się. Bartek miał dobry dyktafon w telefonie nic nie widać. Ustaliliśmy, iż rozmowę poprowadzę ja. Że zapytam wprost, dam jej powiedzieć.

Czekaliśmy trzy dni. W tym domku, gdzie wieczorem pachniało dymem z pieca, a podłoga trzeszczała. Przez trzy dni coś się w nas zmieniało. Nie na gorsze. To było jak bardzo powolne zrzucenie starych ubrań, zostawienie wszystkiego, co było udawaniem.

Jednego wieczoru Bartek objął mnie w kuchni.

Przeprowadzimy się powiedział. Po tym wszystkim. Nowe miejsce, nowe życie.

Naprawdę?

Naprawdę. Oferowali mi dobrą posadę w Poznaniu. Mówiłem, iż nie, bo tu mama Teraz myślę inaczej.

Nie odpowiedziałam. Położyłam tylko ręce na jego dłoniach.

Przyjechała czwartego dnia. W niedzielę po południu. Usłyszeliśmy odgłos auta jeszcze na podjeździe. Bartek natychmiast włączył nagrywanie i schował telefon.

Gotowa? spytał.

Tak odpowiedziałam. I to była prawda.

Weszła do środka, pewna siebie, jak u siebie. Rozejrzała się. Zobaczyła nas oboje.

Bartku. Głos napięty, ale spokojny. Umiała udawać.

Oczywiście. Myślała pani, iż jestem w delegacji.

Popatrzyła długo na mnie.

Weroniko. Coś mu naopowiadałaś? Po co go tu ciągnęłaś?

Tylko tyle co wiem, Pani Zofio.

Co możesz wiedzieć? Masz bogatą wyobraźnię. Od nerwów masz te wymysły, za dużo czytasz…

Od jakich lekarzy, Pani Zofio? Tych, którym płaciliście, by sabotowali zabiegi?

Pauza, szybka, niemal niezauważalna.

Co za bzdury wygadujesz głos stwardniał.

Jesienny Liść. Pracowała tam Agnieszka Wojda. Dwa lata temu. Pamięta ją pani?

Nie odpowiedziała.

Przekazała wszystko mojej lekarki. Usłyszała ofertę. Zgodziła się. Proszę odpowiedzieć: to prawda?

Oszalałaś.

Mamo powiedział Bartek głosem, którego nie znałam przecież wiesz, iż poznałbym, gdybyś kłamała. Całe życie jesteśmy razem. Powiedz.

Coś w niej pękło. Nie na zewnątrz tam przez cały czas była elegancka, nieporuszona. Ale od środka. Prawie namacalnie to poczułam.

Robiłam to dla ciebie powiedziała do Bartka, nie do mnie. Nie rozumiesz. Ona nigdy nie była tą kobietą dla ciebie. Zwykła, przeciętna, nauczycielka. Ty zasługujesz na więcej. Tak się starałam inwestowałam w ciebie!

Mamo.

Chciałam tylko, byś sam do tego doszedł. Żeby nie wychodziło, żebyś się sam rozstał. Po ludzku. To nic złego, nikt nie ucierpiał

Nikt nie ucierpiał powtórzyłam. Obcy, ostry głos. Cztery lata, Pani Zofio. Każdy miesiąc z nadzieją, potem załamanie. Zastrzyki. Badania. Wyrzuty sumienia. Płacz w łazience, bo myślałam, iż jestem wadliwa. Że nie zasługuję na dziecko. Nikt nie ucierpiał?

Patrzyła mi w oczy. Po raz pierwszy zobaczyłam coś, co nie było zimną kalkulacją. Może choćby było to prawdziwe uczucie. Ale nie współczucie. Raczej ludzka, nagła trwoga.

Ukradła mi pani cztery lata dodałam. I to się nazywało troska.

Jestem matką Bartka powiedziała cicho.

A ja jestem jego żoną odpowiedziałam.

Bartek wyszedł z kąta, gdzie stał. Usiadł obok mnie, ramię w ramię.

Wszystko nagraliśmy powiedział. To już nie są tylko słowa.

Spojrzała na niego. Długo, jakby pierwszy raz patrzyła naprawdę.

Przekażesz to nagranie policji? zapytała spokojnie.

Tak.

Jestem twoją matką.

Wiem.

Jeszcze chwilę stała. Zawróciła.

Proszę poczekać powiedziałam za nią, sama nie wiedząc czemu.

Zatrzymała się, nie odwróciła.

Czy pani kiedykolwiek go kochała? Tak po prostu? Czy tylko chciała, by był własnością?

Nie odpowiedziała. Wyszła. Drzwi trzasnęły.

Bartek przez chwilę patrzył w miejsce, gdzie stała. Potarł twarz dłonią, wyjął komórkę.

Zadzwonię do Marka szepnął. To jego przyjaciel ze szkoły, w tej chwili policjant w wydziale kryminalnym. Zapytam, co z tym robić.

Dobrze.

Wyszłam na ganek. Pachniało sosną i mokrymi liśćmi. Samochód Zofii już odjechał. Na piasku zostały ślady opon.

Stałam i oddychałam. Po prostu oddychałam.

Dalej już nie od nas zależało, tylko od systemu. Nagranie. Zeznania Jolanty Gajdy. Zeznania Agnieszki Wojdy ona chętnie już mówiła, bo widocznie sumienie nie dało żyć. Wyszło, iż wzięła pieniądze ale sumienie nie jest na sprzedaż.

Zofię zatrzymano po dwóch tygodniach. W jej własnym domu. Dowiedziałam się od Marka, który zadzwonił do Bartka. Długo potem siedział zamyślony, z telefonem w ręce.

Jak się czujesz? spytałam.

Nie wiem.

To normalne, Bartku.

To moja matka.

Wiem.

Przeszedł po pokoju, dotknął półki, odłożył jakąś książkę.

Wiesz, co najgorsze? Że nie jestem w szoku. Że część mnie zawsze wiedziała, iż ona do czegoś takiego niekoniecznie dokładnie do tego, ale do czegoś podobnego byłaby zdolna. I sam się oszukiwałem. Bo przecież to matka. Bo tak nie bywa. Bo wmawiałem sobie, iż przesadzam.

Tak działa toksyczne w relacji powiedziałam. Nie wprost, powoli. Aż w końcu sam wątpisz w siebie.

Spojrzał na mnie.

Ty to rozumiałaś?

Nie całkiem. Po prostu bardzo się zmęczyłam, Bartek. Zmęczenie czasem daje rozum. Albo cynizm, już nie wiem.

Wyprowadziliśmy się z Grzybowa po trzech tygodniach. Do mieszkania nie wróciliśmy już nigdy. Bartek spakował wszystko, kiedy byłam u Oli. Oddaliśmy klucze właścicielowi i pojechaliśmy do Poznania.

W tym mieście była inna jesień. Cieplejsza, jaśniejsza. Palmy w donicach przy rynku śmieszyły mnie trochę, bo wydawały się nie na miejscu. Wynajęliśmy mieszkanie w spokojnej dzielnicy. Bartek dostał nową pracę. Przez pierwszy miesiąc nie pracowałam, tylko urządzałam nasze gniazdo, robiłam zupy, chodziłam po rynku.

Jolanta Gajda napisała mi rekomendację do koleżanki w Poznaniu doktor Ireny Basiukiewicz. Energiczna, serdeczna, od pierwszego spotkania powtarzała: wszystko się da, trzeba walczyć”.

Zrobiliśmy badania od początku. Bez sabotażystów, bez podmiany wyników, bez gier.

Udało się za trzecim razem.

Dowiedziałam się w lutym. Bartek był w domu. Stałam w łazience z testem ciążowym i patrzyłam na dwie kreski. Potem wyszłam do niego. Siedział na kanapie, podniósł głowę.

Nic nie powiedziałam. Tylko podałam mu test.

Długo się mu przyglądał, potem spojrzał na mnie. Oczy miał czerwone.

Werka…

Tak.

Wstał i przytulił mnie tak, iż prawie nie mogłam złapać powietrza. I nie prosiłam, żeby puścił.

Adam urodził się w październiku. Trzy osiemset, pięćdziesiąt centymetrów. Ciemne włoski, poważna mina mądrala w kołysce, śmiały się położne.

Płakałam. Nie z bólu, choć bolało. Po prostu, kiedy położyli mi go na piersi i poczułam jego ciepło, cały ten ból czterech lat zrobił się nagle lżejszy.

Nie znika całkiem. Tego nie da się wykasować. Po prostu nie jest już największym ciężarem.

Bartek stał przy mnie, trzymał mnie za rękę. Cały czas. I dziś to robi.

Gdy Adam miał trzy miesiące, pozwoliliśmy sobie na pierwszy spokojny wieczór. Spał. Siedzieliśmy na kuchni, piliśmy herbatę, świeczka ledwo mrugała na parapecie. Za oknem szumiał poznański listopad.

Bartek…

Hm?

Myślisz czasem o niej?

Nie pytał, o kim mowa. Wiedział.

Czasem. Rzadziej niż kiedyś.

Ja też. Niekiedy myślę, jak to możliwe. Patrzę wtedy na niego skinęłam głową w stronę łóżeczka i myślę: trudno. Jesteśmy. Żyjemy.

Masz żal do mnie? spytał cicho. Delikatnie, jak ktoś, kto długo zbiera się do pytania.

Za co?

Że nie widziałem. Albo nie chciałem widzieć. Tylko tyle lat.

Pomyślałam. Uczciwie, bez kalkulowania.

Nie mam żalu. Ale czasem jest coś, jak drzazga. Nieduża. Nie boli, ale wiem, iż tam jest.

Pokiwał głową. Nie tłumaczył się. Po prostu to przyjął.

To uczciwe powiedział.

Staram się być uczciwa. Zmęczyło mnie udawanie, iż wszystko jest dobrze, kiedy nie jest.

Jest dobrze?

Prawie. On zdrowy, ty obok, mamy dom. Ujęłam kubek w dłonie i poczułam ciepło. Chyba już jesteśmy inni, Bartek. Niż dawniej. Nie wiem, dobrze to czy nie. Może po prostu tak jest.

Popatrzył na świeczkę, płomień lekko drgnął.

Pamiętasz, Grzybów, jak wyszła na ganek?

Pamiętam.

Patrzyłem na ciebie przez okno. Zastanawiałem się, jak to wszystko znosisz. I trwasz.

Złamałam się. Tylko nie przy tobie.

Wiem. Przepraszam.

Bartek położyłam dłoń na jego oboje mogliśmy różnie zrobić. Oboje. Nie róbmy teraz z tego rachunku win.

Z pokoju odezwało się ciche kwilenie. Adam coś wymamrotał przez sen. Oboje spojrzeliśmy, przysłuchali się.

Cisza.

Śpi stwierdził Bartek.

Śpi powtórzyłam.

Siedzieliśmy w dobrej ciszy. Takiej, która jest tylko między najbliższymi, gdy więcej nie trzeba, ale aż żal wstawać.

Jesteś szczęśliwa? zapytał nagle.

Pomyślałam. Naprawdę, nie pod publiczkę.

Tak. Ale to szczęście ma inny smak niż myślałam. Kiedyś sądziłam, iż szczęście to brak bólu i wszystko układa się idealnie. A to jest tak, iż mimo tego, co ciągle jeszcze boli chcesz, aby ten dzień trwał.

Uśmiechnął się lekko jak ktoś, kto uczy się uśmiechać na nowo.

To dobry smak powiedział.

Tak odpowiedziałam. Nie bez goryczy, ale dobry.

Idź do oryginalnego materiału