Wybuch Głośny huk Ciemność Ciemność
Wreszcie ciemność zaczęła się rozpraszać. Usłyszałem głos:
Panie Malinowski, to ratownik, u nich tam coś wybuchło.
Przez ból poczułem na szyi dotknięcie ręki. Spróbowałem lekko unieść powieki. Udało się z trudem. Przed oczami medalion w kształcie prostokąta z wygrawerowanymi na nim znakami zodiaku… Oczy kobiety w białym kitlu
Na salę operacyjną! rozległ się głos całkiem obok.
Pamiętam, jak rodzice wrócili z pracy. Matka od razu pobiegła do kuchni, zajrzawszy do pokoju, gdzie odrabiałem lekcje. Ojciec zaś, wchodząc do pokoju, od razu zauważył, iż nastrój mam nie najlepszy.
Tomek, co się stało? ojciec poklepał mnie po głowie.
Nic, – burknąłem, uczeń czwartej klasy.
No, dawaj, mów!
Niedługo Dzień Kobiet. Nauczycielka nas dziś zatrzymała i powiedziała, iż musimy dziewczynkom prezenty przygotować.
No, i w czym problem? uśmiechnął się ojciec.
U nas chłopaków i dziewcząt tyle samo. I ona rozdzieliła kto komu daje, – ciężko westchnąłem. Mi przypadła nieładna, Zuzanna Nowak.
Wszystkie dziewczynki chcą prezent na Dzień Kobiet dostać, i nieładne też, – ojciec starał się mówić ze mną jak z dorosłym. A jak ona rozdzielała? Według alfabetu?
Nie, według znaków zodiaku?
To jak? ojciec nie mógł się powstrzymać i znów się uśmiechnął.
Według zgodności. Zuzanna Panna, a Pannom najbardziej Byk pasuje. A ja, właśnie, Byk.
To dobrze, jeżeli pasujecie! Dorośniesz, może jeszcze się w niej zakochasz.
Ojciec nie wytrzymał i roześmiał się. Do pokoju zaraz wbiegła matka:
Co się tu dzieje?
Ewa, idź do kuchni, – twarz ojca stała się surowa. Mamy z synem poważną rozmowę.
Gdy matka wyszła, zapytałem smutnym głosem:
Tato, i co mam teraz robić?
Przygotować prezent!
Jaki?
Jutro w pracy zrobię dla twojej wybranki prezent.
Tato, jaki możesz zrobić prezent? Przecież na fabryce pracujesz.
Tak! Ale pracuję w galwanizacji. A tam wszystkie rodzaje pokryć metali są wykonywane.
Tato, nie zrozumiałem.
Jutro sam zobaczysz!
Następnego dnia ojciec przyniósł medalion na łańcuszku w kształcie prostokąta, który wydawał się złoty. Na jednej stronie były wygrawerowane dwa znaki zodiaku, Byk i Panna, a na drugiej drobno, ale pięknie napisano:
«Mojej koleżance z klasy Zuzannie na Dzień Kobiet! Tomasz».
Och, jak ten medalion pięknie wyglądał! A gdy mama zapakowała go w celofanowy woreczek, zaczął wyglądać całkiem rewelacyjnie.
I oto siódme marca. Lekcji prowadzić nauczycielka nie zamierzała. Najpierw uczniowie wręczyli jej prezent. Długo dziękowała. Potem ogłosiła, żeby chłopcy podarowali prezenty dziewczynkom.
Co się tu zaczęło! Wszyscy chłopcy rzucili się do swoich wybranych. Podszedłem też do Zuzanny Nowak i powiedziałem, jak uczył tata:
Zuzanno, składam ci życzenia z okazji święta Dzień Kobiet! Być może kiedyś los połączy Byka i Pannę.
Po wypowiedzeniu wyuczonej frazy skierowałem się na swoje miejsce i oczywiście nie zauważyłem, jak zabiło serce tej nieładnej, moim zdaniem, dziewczynki.
Wkrótce rodzice Zuzanny przeprowadzili się do innej dzielnicy, i sama Zuzanna od piątej klasy zaczęła uczyć się w innej szkole.
Otworzyłem oczy. Biały sufit szpitalnej sali. Spróbowałem poruszyć rękami i nogami. Poruszała się tylko lewa ręka.
Gdzie jestem? zwróciłem się nie wiadomo do kogo.
Usłyszałem jakiś stukot i do mojego łóżka podszedł pacjent na kulach, uważnie spojrzał na mnie i zapytał:
Ocknąłeś się? Na oddziale chirurgii urazowej jesteś.
Mam ręce, nogi całe? zapytałem cichym głosem.
Chyba wszystko na miejscu, – przekazał tamten radosną wiadomość. Tylko zabandażowany jesteś cały od stóp do głów.
To dobrze, jeżeli wszystko całe.
Tu podeszła pielęgniarka i z troską zapytała:
– Jak się czujesz?
– Co się ze mną dzieje! odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
– Życiu twojemu nic nie zagraża. Ręce, nogi będą pracować. Tylko blizn dużo zostanie, – podała włączony telefon. Twoja mama prosiła zadzwonić, gdy się obudzisz.
– Synku, – rozległ się przez łzy głos matki.
– Mamo, wszystko w porządku, – starałem się mówić jak najweselej. Powiedzieli, iż tylko małe blizny zostaną. niedługo wypiszą.
– Nie pozwolili mi z tobą nocować. Synku, zaraz przyjdę.
– Mamo, nie martw się za bardzo!
Położyłem telefon obok siebie, spróbowałem uśmiechnąć się do pielęgniarki:
– Dziękuję!
– No, niedługo cię nie wypiszą, – uśmiechnęła się w odpowiedzi pielęgniarka. Trzy tygodnie poleżysz. Na pewno!
– Co u was się stało? zapytał sąsiad z sali, gdy pielęgniarka wyszła.
– Ja ratownik. Na fabryce butle tlenowe zaczęły wybuchać, – zacząłem przypominać sobie. Wezwali nas. Przybyliśmy przed strażakami. Pomieszczenie ogromne, wewnątrz pomieszczenia troje poszkodowanych. Wbiegliśmy tam, tam butle rozrzucone, miejscami ogień. Zaczęliśmy poszkodowanych wynosić Ja ostatnim wychodziłem Gdy już przy drzwiach byłem, kolejna butla wybuchła Dalej nie pamiętam.
– Tak, dostało ci się.
– Malinowski Tomasz, – rozległ się głos pielęgniarki. Do ciebie kolega z pracy.
– Cześć, Tomek! Jak się masz?
– Ręce, nogi całe! optymistycznie odpowiedziałem. Ale przywitać się na razie mogę tylko lewą ręką!
– No daj spokój!
– Co tam dalej się stało?
– My już wychodziliśmy, gdy wybuchło. Od razu rzuciliśmy się z powrotem, wyciągnęliśmy cię byłeś cały we krwi lekarze już byli blisko
– Dziękuję!
– Tomek, o czym ty mówisz?! nagle na twarzy przyjaciela pojawił się uśmiech. – Nas, zdaje się, do medali chcą przedstawić.
– Do tego czasu mnie wypiszą.
– No, idę. U was teraz obchód będzie. Pielęgniarka powiedziała, żeby nie długo.
Nie zdążył przyjaciel wyjść, gdy wszedł lekarz, mężczyzna około czterdziestu lat:
– No, jak się masz, bohaterze? podszedł do mojego łóżka.
– Normalnie.
– Skoro już rozmawiasz, znaczy, żyć będziesz. Dawaj, obejrzę cię!
– Wy mnie zszywaliście? zapytałem.
– Nie, Zuzanna Nowak. Ona pojutrze w dzień przyjdzie.
Upłynęły dwa dni. Już próbowałem wstawać. Prawda, ból w nogach był jeszcze silny, prawa ręka rozcięta. A już ran po całym ciele nie mniej niż dziesięć. Dwie na twarzy, gdy wybuchło, o bramę uderzyłem, dobrze, iż prawą rękę zdążyłem do przodu wystawić. Spojrzałem w lustro. Twarz do dziś opuchnięta.
Dziś obchód powinien przeprowadzać lekarz, który przedwczoraj pięć godzin z rzędu mnie zszywał na sali operacyjnej. choćby trochę się denerwowałem.
I oto weszła. Młoda, szczupła, prawda w okularach, ale one jej wcale nie psuły, a biały kitel zupełnie był do twarzy. W swoje dwadzieścia siedem lat już byłem żonaty. Ale przez pół roku rozeszliśmy się charakterami nie pasowaliśmy, jak napisaliśmy we wniosku, a w rzeczywistości byłej żonie pensja ratownika nie odpowiadała.
– Dzień dobry! powiedziała lekarz i skierowała się do mojego łóżka.
– Dzień dobry! To wy mnie zszywaliście?
– Ja, – uśmiechnęła się. Coś nie tak?
– Dajcie, obejrzę was!
I ona pochyliła się nade mną Przed oczami medalion ze znakami zodiaku, zwisający z jej szyi:
– Zuzanna Nowak!!! wykrzyknąłem.
Ona uważnie spojrzała na moją opuchniętą twarz.
– Przepraszam! powiedziała, tak i nie poznając.
– Ja Byk, – i wskazałem na medalion.
– Tomek Malinowski? jej wargi zadrżały. Ty mnie jeszcze pamiętasz?
– No co ty, Zuzanno? widząc, na oczach kobiety łzy, opuściłem dłoń na jej rękę.
– Przepraszam! wyjęła chusteczkę i otarła oczy. Nigdy nie myślałam, iż spotkamy się tak.
Więcej tego dnia Zuzanna do mojej sali nie wchodziła. Ale już zrozumiałem, iż jej grafik, jak i mój: w dzień, w noc i dwa dni wolne.
Nie chciałem wyglądać przed nią bezradnie. Cały następny dzień próbowałem chodzić po sali opierając się na łóżkach, parę razy, trzymając się ściany, wyszłem na korytarz.
Wieczór. Lekarz pracujący na dzienną zmianę wyszedł. Przyszła nowa zmiana czuło się po rozmowie na korytarzu. Teraz obchód
I nagle krzyki, pospieszne kroki na korytarzu. Tak bywa, gdy kolejnego poszkodowanego przywożą.
Już jest dziesiąta. Weszła pielęgniarka, wyłączyła w sali światło. Ale jakoś nie spało się. Już po północy na korytarzu usłyszałem czyjeś kroki, oto one ucichły, i w tej ciszy raczej poczułem niż usłyszałem, iż na korytarzu ktoś płacze. Wstałem i ostrożnie wyszedłem na korytarz.
Za dyżurnym stołem siedziała i, opuściwszy głowę na ręce, płakała moja była koleżanka z klasy. Podszedłem, położyłem zdrową rękę na jej ramieniu:
– Co się stało, Zuzanno!
Ona wstała i wtuliła się w moje ramię:
– Operowałam kobietę, która wpadła pod samochód, – łkając łzami zaczęła opowiadać. Zrobiłam wszystko możliwe i niemożliwe Ona teraz na intensywnej terapii, ale nie przeżyje. Ma dwoje dzieci mąż jej teraz z nią w sali
– Uspokój się, Zuzanno!
– Trzy lata już chirurgiem pracuję i wciąż nie mogę się przyzwyczaić, iż ludzie umierają.
– Uspokój się, uspokój się! Takie już u nas z tobą zawody. Przez pięć lat też tyle śmierci widziałem, ale przecież my z tobą i życia niemało uratowaliśmy, – ciężko westchnąłem. – Dlatego ode mnie żona odeszła. Mówi: iż sam nie swój do domu przychodzę i mało zarabiam. A u mnie czterdzieści zawsze wychodzi żyć można.
– U mnie wszystko to samo, – spojrzała mi w twarz. Chłopaki na mnie jak na wariatkę patrzą. Do dziś mężatką nie byłam, jak nastolatka z rodzicami mieszkam.
– No daj spokój, nam z tobą tylko po dwadzieścia siedem całe życie przed nami.
– Nie, Tomek, nam już po dwadzieścia siedem.
– Zuzanna Nowak, u niej puls znika, – krzyknęła, wybiegając pielęgniarka.
– Przepraszam! i Zuzanna pobiegła na intensywną terapię.
Nie mogłem zasnąć tej nocy. Rano przyszła pielęgniarka, jak zwykle zrobiła mi zastrzyk.
– Kobieta, której dziś w nocy robili operację, żywa? zapytałem nieoczekiwanie choćby dla siebie.
– Żywa, ale stan bardzo ciężki.
Upłynęły trzy tygodnie. Rany na moim ciele się zagoiły. Z Zuzanną widzieliśmy się, gdy były jej zmiany, ponadto coraz bardziej i bardziej ciągnęło mnie do niej. Ale oddział chirurgii urazowej to nie miejsce, gdzie można mówić o czymś bardzo osobistym.
I oto podczas jednego z porannych obchodów lekarz-mężczyzna oznajmił:
– Dziś was wypisuję, – uśmiechnął się i dodał. W sensie, ze szpitala. Od razu pójdziesz do twojej przychodni, a tam już zdecydują ile jeszcze na zwolnieniu siedzieć.
– Można się pakować!
– Tak, tak! Nie śpiesz się zbytnio. Teraz wam wypis przygotują.
Gdy lekarz wyszedł, ogoliłem się. Patrząc w lustro, z zadowoleniem zauważyłem, iż dwie pozostałe blizny wcale nie psują twarzy, raczej dodają męskości. Na pozostałe blizny zupełnie nie warto zwracać uwagi.
Spakowałem się, wyszedłem na korytarz. Na spotkanie, trzymając się ściany szła pacjentka.
Ona jednak dała radę! – przemknęła radosna myśl.
Wyszła pielęgniarka, podała wypis:
– Do widzenia, Tomek! Więcej do nas nie trafiaj!
Miałem swoje jednopokojowe mieszkanie, ale pojechałem do rodziców. Przecież mama tak mnie czekała i martwiła się. choćby urlop wzięła.
– Synku! rzuciła się do mnie w objęcia matka.
– Już, mamo! Jak widzisz, jestem żywy i zdrowy.
– Chodź, przygotowałam ci jeść. Jaki chudy się zrobiłeś.
– O, jak za domowym jedzeniem stęskniłem!
– Póki się nie poprawisz i nie ożenisz, będziesz w rodzinnym domu mieszkać. Twój pokój do dziś stoi pusty, – i krzyknęła jakby do dziecka. Idź, ręce umyj!
Do wieczora poszedłem do fryzjera. Wszedłem do swojego mieszkania. Zabrałem trochę ubrań. Matka zaraz zaczęła je doprowadzać do porządku.
Wieczorem przyszedł ojciec z pracy. Usiedliśmy, jak dawniej, wszyscy razem i rozmawialiśmy do samej nocy.
Spać poszedłem do swojego pokoju, gdzie przeszło dzieciństwo i młodość, ale nie zasnąłem od razu:
Jutro trzeba do przychodni pójść. Potem do pracy. A wieczorem
Z tą myślą o następnym wieczorze zasnąłem daleko po północy.
Następnego dnia rano poszedłem do przychodni. Do obiadu chodziłem po gabinetach. Po obiedzie poszedłem do siebie na pracę, akurat moja zmiana była.
– Ty, dokąd? zainteresował się ojciec.
– Tato, pamiętasz dawno-dawno, gdy jeszcze w czwartej klasie się uczyłem. Zrobiłeś mi medalion na prezent dla koleżanki?
– Dla nieładnej Zuzanny Nowak? Pamiętam.
– Pamiętasz, powiedziałeś jeszcze: Dorośniesz, może jeszcze się w niej zakochasz.
– I to pamiętam.
– Tato, Zuzanna teraz chirurg. To ona robiła mi operację. I ona do dziś nosi na szyi ten medalion.
– No to, tak!
– Tato, twoje słowa się sprawdziły. Idę do niej!
Dwadzieścia siedem lat to nie tak dużo na początek życia z ukochaną osobą. Z tej całej przygody wyciągnąłem lekcję, iż nigdy nie należy lekceważyć przeszłości, bo może wrócić w najmniej oczekiwanym momencie i odmienić całe życie na lepsze, jeżeli tylko damy jej szansę.Wybuch Głośny huk Ciemność Ciemność
Wreszcie ciemność zaczęła się rozpraszać. Usłyszałem głos:
Panie Malinowski, to ratownik, u nich tam coś wybuchło.
Przez ból poczułem na szyi dotknięcie ręki. Spróbowałem lekko unieść powieki. Udało się z trudem. Przed oczami medalion w kształcie prostokąta z wygrawerowanymi na nim znakami zodiaku… Oczy kobiety w białym kitlu
Na salę operacyjną! rozległ się głos całkiem obok.
Pamiętam, jak rodzice wrócili z pracy. Matka od razu pobiegła do kuchni, zajrzawszy do pokoju, gdzie odrabiałem lekcje. Ojciec zaś, wchodząc do pokoju, od razu zauważył, iż nastrój mam nie najlepszy.
Tomek, co się stało? ojciec poklepał mnie po głowie.
Nic, – burknąłem, uczeń czwartej klasy.
No, dawaj, mów!
Niedługo Dzień Kobiet. Nauczycielka nas dziś zatrzymała i powiedziała, iż musimy dziewczynkom prezenty przygotować.
No, i w czym problem? uśmiechnął się ojciec.
U nas chłopaków i dziewcząt tyle samo. I ona rozdzieliła kto komu daje, – ciężko westchnąłem. Mi przypadła nieładna, Zuzanna Nowak.
Wszystkie dziewczynki chcą prezent na Dzień Kobiet dostać, i nieładne też, – ojciec starał się mówić ze mną jak z dorosłym. A jak ona rozdzielała? Według alfabetu?
Nie, według znaków zodiaku?
To jak? ojciec nie mógł się powstrzymać i znów się uśmiechnął.
Według zgodności. Zuzanna Panna, a Pannom najbardziej Byk pasuje. A ja, właśnie, Byk.
To dobrze, jeżeli pasujecie! Dorośniesz, może jeszcze się w niej zakochasz.
Ojciec nie wytrzymał i roześmiał się. Do pokoju zaraz wbiegła matka:
Co się tu dzieje?
Ewa, idź do kuchni, – twarz ojca stała się surowa. Mamy z synem poważną rozmowę.
Gdy matka wyszła, zapytałem smutnym głosem:
Tato, i co mam teraz robić?
Przygotować prezent!
Jaki?
Jutro w pracy zrobię dla twojej wybranki prezent.
Tato, jaki możesz zrobić prezent? Przecież na fabryce pracujesz.
Tak! Ale pracuję w galwanizacji. A tam wszystkie rodzaje pokryć metali są wykonywane.
Tato, nie zrozumiałem.
Jutro sam zobaczysz!
Następnego dnia ojciec przyniósł medalion na łańcuszku w kształcie prostokąta, który wydawał się złoty. Na jednej stronie były wygrawerowane dwa znaki zodiaku, Byk i Panna, a na drugiej drobno, ale pięknie napisano:
«Mojej koleżance z klasy Zuzannie na Dzień Kobiet! Tomasz».
Och, jak ten medalion pięknie wyglądał! A gdy mama zapakowała go w celofanowy woreczek, zaczął wyglądać całkiem rewelacyjnie.
I oto siódme marca. Lekcji prowadzić nauczycielka nie zamierzała. Najpierw uczniowie wręczyli jej prezent. Długo dziękowała. Potem ogłosiła, żeby chłopcy podarowali prezenty dziewczynkom.
Co się tu zaczęło! Wszyscy chłopcy rzucili się do swoich wybranych. Podszedłem też do Zuzanny Nowak i powiedziałem, jak uczył tata:
Zuzanno, składam ci życzenia z okazji święta Dzień Kobiet! Być może kiedyś los połączy Byka i Pannę.
Po wypowiedzeniu wyuczonej frazy skierowałem się na swoje miejsce i oczywiście nie zauważyłem, jak zabiło serce tej nieładnej, moim zdaniem, dziewczynki.
Wkrótce rodzice Zuzanny przeprowadzili się do innej dzielnicy, i sama Zuzanna od piątej klasy zaczęła uczyć się w innej szkole.
Otworzyłem oczy. Biały sufit szpitalnej sali. Spróbowałem poruszyć rękami i nogami. Poruszała się tylko lewa ręka.
Gdzie jestem? zwróciłem się nie wiadomo do kogo.
Usłyszałem jakiś stukot i do mojego łóżka podszedł pacjent na kulach, uważnie spojrzał na mnie i zapytał:
Ocknąłeś się? Na oddziale chirurgii urazowej jesteś.
Mam ręce, nogi całe? zapytałem cichym głosem.
Chyba wszystko na miejscu, – przekazał tamten radosną wiadomość. Tylko zabandażowany jesteś cały od stóp do głów.
To dobrze, jeżeli wszystko całe.
Tu podeszła pielęgniarka i z troską zapytała:
– Jak się czujesz?
– Co się ze mną dzieje! odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
– Życiu twojemu nic nie zagraża. Ręce, nogi będą pracować. Tylko blizn dużo zostanie, – podała włączony telefon. Twoja mama prosiła zadzwonić, gdy się obudzisz.
– Synku, – rozległ się przez łzy głos matki.
– Mamo, wszystko w porządku, – starałem się mówić jak najweselej. Powiedzieli, iż tylko małe blizny zostaną. niedługo wypiszą.
– Nie pozwolili mi z tobą nocować. Synku, zaraz przyjdę.
– Mamo, nie martw się za bardzo!
Położyłem telefon obok siebie, spróbowałem uśmiechnąć się do pielęgniarki:
– Dziękuję!
– No, niedługo cię nie wypiszą, – uśmiechnęła się w odpowiedzi pielęgniarka. Trzy tygodnie poleżysz. Na pewno!
– Co u was się stało? zapytał sąsiad z sali, gdy pielęgniarka wyszła.
– Ja ratownik. Na fabryce butle tlenowe zaczęły wybuchać, – zacząłem przypominać sobie. Wezwali nas. Przybyliśmy przed strażakami. Pomieszczenie ogromne, wewnątrz pomieszczenia troje poszkodowanych. Wbiegliśmy tam, tam butle rozrzucone, miejscami ogień. Zaczęliśmy poszkodowanych wynosić Ja ostatnim wychodziłem Gdy już przy drzwiach byłem, kolejna butla wybuchła Dalej nie pamiętam.
– Tak, dostało ci się.
– Malinowski Tomasz, – rozległ się głos pielęgniarki. Do ciebie kolega z pracy.
– Cześć, Tomek! Jak się masz?
– Ręce, nogi całe! optymistycznie odpowiedziałem. Ale przywitać się na razie mogę tylko lewą ręką!
– No daj spokój!
– Co tam dalej się stało?
– My już wychodziliśmy, gdy wybuchło. Od razu rzuciliśmy się z powrotem, wyciągnęliśmy cię byłeś cały we krwi lekarze już byli blisko
– Dziękuję!
– Tomek, o czym ty mówisz?! nagle na twarzy przyjaciela pojawił się uśmiech. – Nas, zdaje się, do medali chcą przedstawić.
– Do tego czasu mnie wypiszą.
– No, idę. U was teraz obchód będzie. Pielęgniarka powiedziała, żeby nie długo.
Nie zdążył przyjaciel wyjść, gdy wszedł lekarz, mężczyzna około czterdziestu lat:
– No, jak się masz, bohaterze? podszedł do mojego łóżka.
– Normalnie.
– Skoro już rozmawiasz, znaczy, żyć będziesz. Dawaj, obejrzę cię!
– Wy mnie zszywaliście? zapytałem.
– Nie, Zuzanna Nowak. Ona pojutrze w dzień przyjdzie.
Upłynęły dwa dni. Już próbowałem wstawać. Prawda, ból w nogach był jeszcze silny, prawa ręka rozcięta. A już ran po całym ciele nie mniej niż dziesięć. Dwie na twarzy, gdy wybuchło, o bramę uderzyłem, dobrze, iż prawą rękę zdążyłem do przodu wystawić. Spojrzałem w lustro. Twarz do dziś opuchnięta.
Dziś obchód powinien przeprowadzać lekarz, który przedwczoraj pięć godzin z rzędu mnie zszywał na sali operacyjnej. choćby trochę się denerwowałem.
I oto weszła. Młoda, szczupła, prawda w okularach, ale one jej wcale nie psuły, a biały kitel zupełnie był do twarzy. W swoje dwadzieścia siedem lat już byłem żonaty. Ale przez pół roku rozeszliśmy się charakterami nie pasowaliśmy, jak napisaliśmy we wniosku, a w rzeczywistości byłej żonie pensja ratownika nie odpowiadała.
– Dzień dobry! powiedziała lekarz i skierowała się do mojego łóżka.
– Dzień dobry! To wy mnie zszywaliście?
– Ja, – uśmiechnęła się. Coś nie tak?
– Dajcie, obejrzę was!
I ona pochyliła się nade mną Przed oczami medalion ze znakami zodiaku, zwisający z jej szyi:
– Zuzanna Nowak!!! wykrzyknąłem.
Ona uważnie spojrzała na moją opuchniętą twarz.
– Przepraszam! powiedziała, tak i nie poznając.
– Ja Byk, – i wskazałem na medalion.
– Tomek Malinowski? jej wargi zadrżały. Ty mnie jeszcze pamiętasz?
– No co ty, Zuzanno? widząc, na oczach kobiety łzy, opuściłem dłoń na jej rękę.
– Przepraszam! wyjęła chusteczkę i otarła oczy. Nigdy nie myślałam, iż spotkamy się tak.
Więcej tego dnia Zuzanna do mojej sali nie wchodziła. Ale już zrozumiałem, iż jej grafik, jak i mój: w dzień, w noc i dwa dni wolne.
Nie chciałem wyglądać przed nią bezradnie. Cały następny dzień próbowałem chodzić po sali opierając się na łóżkach, parę razy, trzymając się ściany, wyszłem na korytarz.
Wieczór. Lekarz pracujący na dzienną zmianę wyszedł. Przyszła nowa zmiana czuło się po rozmowie na korytarzu. Teraz obchód
I nagle krzyki, pospieszne kroki na korytarzu. Tak bywa, gdy kolejnego poszkodowanego przywożą.
Już jest dziesiąta. Weszła pielęgniarka, wyłączyła w sali światło. Ale jakoś nie spało się. Już po północy na korytarzu usłyszałem czyjeś kroki, oto one ucichły, i w tej ciszy raczej poczułem niż usłyszałem, iż na korytarzu ktoś płacze. Wstałem i ostrożnie wyszedłem na korytarz.
Za dyżurnym stołem siedziała i, opuściwszy głowę na ręce, płakała moja była koleżanka z klasy. Podszedłem, położyłem zdrową rękę na jej ramieniu:
– Co się stało, Zuzanno!
Ona wstała i wtuliła się w moje ramię:
– Operowałam kobietę, która wpadła pod samochód, – łkając łzami zaczęła opowiadać. Zrobiłam wszystko możliwe i niemożliwe Ona teraz na intensywnej terapii, ale nie przeżyje. Ma dwoje dzieci mąż jej teraz z nią w sali
– Uspokój się, Zuzanno!
– Trzy lata już chirurgiem pracuję i wciąż nie mogę się przyzwyczaić, iż ludzie umierają.
– Uspokój się, uspokój się! Takie już u nas z tobą zawody. Przez pięć lat też tyle śmierci widziałem, ale przecież my z tobą i życia niemało uratowaliśmy, – ciężko westchnąłem. – Dlatego ode mnie żona odeszła. Mówi: iż sam nie swój do domu przychodzę i mało zarabiam. A u mnie czterdzieści zawsze wychodzi żyć można.
– U mnie wszystko to samo, – spojrzała mi w twarz. Chłopaki na mnie jak na wariatkę patrzą. Do dziś mężatką nie byłam, jak nastolatka z rodzicami mieszkam.
– No daj spokój, nam z tobą tylko po dwadzieścia siedem całe życie przed nami.
– Nie, Tomek, nam już po dwadzieścia siedem.
– Zuzanna Nowak, u niej puls znika, – krzyknęła, wybiegając pielęgniarka.
– Przepraszam! i Zuzanna pobiegła na intensywną terapię.
Nie mogłem zasnąć tej nocy. Rano przyszła pielęgniarka, jak zwykle zrobiła mi zastrzyk.
– Kobieta, której dziś w nocy robili operację, żywa? zapytałem nieoczekiwanie choćby dla siebie.
– Żywa, ale stan bardzo ciężki.
Upłynęły trzy tygodnie. Rany na moim ciele się zagoiły. Z Zuzanną widzieliśmy się, gdy były jej zmiany, ponadto coraz bardziej i bardziej ciągnęło mnie do niej. Ale oddział chirurgii urazowej to nie miejsce, gdzie można mówić o czymś bardzo osobistym.
I oto podczas jednego z porannych obchodów lekarz-mężczyzna oznajmił:
– Dziś was wypisuję, – uśmiechnął się i dodał. W sensie, ze szpitala. Od razu pójdziesz do twojej przychodni, a tam już zdecydują ile jeszcze na zwolnieniu siedzieć.
– Można się pakować!
– Tak, tak! Nie śpiesz się zbytnio. Teraz wam wypis przygotują.
Gdy lekarz wyszedł, ogoliłem się. Patrząc w lustro, z zadowoleniem zauważyłem, iż dwie pozostałe blizny wcale nie psują twarzy, raczej dodają męskości. Na pozostałe blizny zupełnie nie warto zwracać uwagi.
Spakowałem się, wyszedłem na korytarz. Na spotkanie, trzymając się ściany szła pacjentka.
Ona jednak dała radę! – przemknęła radosna myśl.
Wyszła pielęgniarka, podała wypis:
– Do widzenia, Tomek! Więcej do nas nie trafiaj!
Miałem swoje jednopokojowe mieszkanie, ale pojechałem do rodziców. Przecież mama tak mnie czekała i martwiła się. choćby urlop wzięła.
– Synku! rzuciła się do mnie w objęcia matka.
– Już, mamo! Jak widzisz, jestem żywy i zdrowy.
– Chodź, przygotowałam ci jeść. Jaki chudy się zrobiłeś.
– O, jak za domowym jedzeniem stęskniłem!
– Póki się nie poprawisz i nie ożenisz, będziesz w rodzinnym domu mieszkać. Twój pokój do dziś stoi pusty, – i krzyknęła jakby do dziecka. Idź, ręce umyj!
Do wieczora poszedłem do fryzjera. Wszedłem do swojego mieszkania. Zabrałem trochę ubrań. Matka zaraz zaczęła je doprowadzać do porządku.
Wieczorem przyszedł ojciec z pracy. Usiedliśmy, jak dawniej, wszyscy razem i rozmawialiśmy do samej nocy.
Spać poszedłem do swojego pokoju, gdzie przeszło dzieciństwo i młodość, ale nie zasnąłem od razu:
Jutro trzeba do przychodni pójść. Potem do pracy. A wieczorem
Z tą myślą o następnym wieczorze zasnąłem daleko po północy.
Następnego dnia rano poszedłem do przychodni. Do obiadu chodziłem po gabinetach. Po obiedzie poszedłem do siebie na pracę, akurat moja zmiana była.
– Ty, dokąd? zainteresował się ojciec.
– Tato, pamiętasz dawno-dawno, gdy jeszcze w czwartej klasie się uczyłem. Zrobiłeś mi medalion na prezent dla koleżanki?
– Dla nieładnej Zuzanny Nowak? Pamiętam.
– Pamiętasz, powiedziałeś jeszcze: Dorośniesz, może jeszcze się w niej zakochasz.
– I to pamiętam.
– Tato, Zuzanna teraz chirurg. To ona robiła mi operację. I ona do dziś nosi na szyi ten medalion.
– No to, tak!
– Tato, twoje słowa się sprawdziły. Idę do niej!
Dwadzieścia siedem lat to nie tak dużo na początek życia z ukochaną osobą. Z tej całej przygody wyciągnąłem lekcję, iż nigdy nie należy lekceważyć przeszłości, bo może wrócić w najmniej oczekiwanym momencie i odmienić całe życie na lepsze, jeżeli tylko damy jej szansę.













