Papierowy dom
Wika, spóźnimy się!
Tato, już biegnę! Wiktoria podskakiwała na jednej nodze, usiłując naciągnąć skarpetkę.
Skarpetki były zabawne. Każda w innym kolorze. Jedna różowa, druga zielona. Ciocia Wiki, Kaśka, podarowała. Tak samo te tenisówki każda z innej parafii i wzoru. Powiedziała, iż teraz to szczyt mody.
Wika Kaśce wierzyła. Ciocia była niezłą elegantką. Twierdziła, iż jak się nie dostało urody od natury, to trzeba nadrabiać stylówką i humorem.
O urodzie Wika z Kaśką nie do końca się zgadzała. No i co z tego, iż daleko jej do kanonów piękna? Chuda jak kijanka, jak mawiała babcia, ciemnowłosa i szarooka Kaśka miała w sobie taki błysk, iż ludzie się odwracali, gdy szły razem ulicą.
Nie zauważają cię, jasne! śmiała się Wika. Patrz, wszyscy się gapią!
Kto? Kaśka przystawała, rozglądała się rozbawiona.
W takich chwilach Wika śmiała się do rozpuku. Jakie z cioci dziecko! Może była starsza od siostrzenicy, ale Wika przy niej czuła się niemal dorosła.
Kaśki naiwność ją zawsze zaskakiwała.
Powiedział, iż mu się podobam! Wika, ja nie wiem, co robić!
A podoba ci się?
Bardzo Ale się go boję!
Dlaczego?
Za ładny jest. U nas w pracy wszystkie dziewczyny za nim szaleją. A on coś we mnie zobaczył. Absurd!
Kaśka, nie pleć! Śliczna jesteś i mądra! Czemu nie miałbyś się komuś podobać?
To był pytanie retoryczne. Jakby Wika nie próbowała rozbić skorupy Kaśkowej niepewności nie miała żadnych szans. Bywały dni, iż aż się złościła, czasem choćby chciało się jej płakać, ale zrobić nic nie mogła.
Córciu, ciężko odłamać to, w co się tyle włożyło sił i lat. Jerzy, ojciec Wiki, kiwał głową, próbując ją pocieszyć.
Kto to wkładał, tato? Po co? Dlaczego z fajnej dziewczyny robić własną karykaturę? Ty mnie inaczej wychowałeś!
Ja owszem. Ale nauczyciele byli różni.
U Kaśki? Tata, wiem, iż mówisz o babci. Tylko dlaczego nigdy wprost nie powiesz?
Co mam ci powiedzieć, córko? Że moja mama źle wychowywała własne dziecko? Dobre by to było? Już jesteś dorosła, a ja nie będe ci tłumaczył, co to szacunek do rodziców. Mama samotnie mnie wychowywała, ojca wtedy nie było. Potem pojawił się Józek mój ojczym. Zawsze go szanowałem, był jak ojciec. Wiele zniósł, zanim się przyzwyczaiłem. Dał mi dużo mądrości, do dziś jej nie ogarnę całości. Najważniejsze nie pozwalał mamie specjalnie wpływać na moje wychowanie. Powtarzał: facetów uczą faceci.
Ale czemu z Kaśką już nie miał tej zasady?
Miał, ale mu się odbiło czkawką. Bo córeczka, więc mama rządziła. I nie osądzaj jej surowo. Miała swoje powody.
Jakie, tato? Patrzę na Kaśkę i aż żal ściska. Jest super! Ale… taka, sama nie wiem jak to nazwać niepewna i nieszczęśliwa. Wszystkiego się boi! Ludzi się boi! Czemu?
Wiesz, córciu, mama zawsze o Kaśkę drżała. Może dlatego? Bała się do szaleństwa, do histerii. Niemal do końca podstawówki ją za rękę do szkoły prowadzała. Dlaczego tak sobie umyśliła, nie wiem. Kaśka długo się nie pojawiała całą ciążę mama leżała w szpitalu. Wtedy dopiero przywiązaliśmy się z ojczymem dwóch facetów i kobieta w szpitalnym łóżku, którą kochamy. To zbliża. Pamiętam, jak Józek gotował bulion, wyciskał świeży sok z granatów i przed świtem leciał na bazar po wątróbkę. Wtedy zrozumiałem, jak się kocha kobietę. On był oszczędny w słowach. Ty go nie pamiętasz, szkoda.
Nie pamiętam No, może konika na biegunach, którego mi zrobił.
Tak! Gdy na ciebie czekaliśmy, on go dłubał. Miał ciężko wtedy, ale dłubał i spieszył, by zdążyć przed twoimi narodzinami.
A gdzie on jest?
Leży na strychu. Przyjdzie czas na wnuki wyciągnę.
Tato!
Co?
Ty kiedyś zostaniesz dziadkiem!
Jeszcze nie teraz!
Uff, ulga!
Tato!
Znowu źle powiedziałem?
Jerzy zgrywał się przed córką, ale czuł ulgę. Pytań mniej nie będzie, a odpowiadać na wszystkie nie potrafił. U nich w domu zawsze wszystko było trochę skomplikowane. Kaśka kiedyś, jako dziecko, nazwała ich dom papierowym.
Czemu papierowy, Kaśka?
Jerzy, chudy licealista, trądzik, ciągle zajęty, ale miał czas, by porozmawiać z młodszą siostrą. Kaśka go bawiła.
Bo jak ten twój papierowy tulipan! Machnęła papierowym kwiatkiem, który brat zrobił. Jaki ładny, patrz! A jak tak?
Położyła tulipana na ręce i drugą klasnęła mocno.
Po co?! Jerzy aż podskoczył od dźwięku, patrząc zdumiony.
W środku pusty. Widzisz? Zrób jeszcze jeden!
Znowu go zmiażdżysz?
Nie, tym razem nie. Pokażę ci coś.
Kolorowa plastelina z trudem wciskała się przez otworek w papierowym tulipanie, ale Kaśka z uporem pchała, aż w końcu cały środek wypełniła.
Widzisz? Teraz nie zgnieciesz. Papierowy, ale mocny. Nasz dom taki nie jest. Jemu brakuje tego czegoś w środku.
Jerzy był zaskoczony, jak bardzo siostra rozumiała to, co się działo wokół nich. Kręcił z trudem w rękach papierowy kwiatek, wypełniony dziecięcą mądrością.
Takie papierowe cuda uczyła go robić koleżanka ze szkoły Alinka. Poważna z wyglądu, ale zawsze coś dłubała pod ławką.
Ręce mnie świerzbią. Muszę coś robić, jak myślę.
Pod jej smukłymi palcami papier ożywał. Na koniec lekcji na ławce pojawiał się żuraw, żabka albo cały bukiet tulipanów. Nauczyciele wiedzieli, iż ona sama się nie rozprasza tym składaniem przeciwnie, potrafiła wszystko odpowiedzieć. To było jej, niepotrzebne się czepiać.
Jerzy zbierał papierowe dzieła Alinki i przynosił do domu siostrze. Kaśka była zachwycona każdą nową figurką.
Jak ona to robi?
Chcesz, poproszę i ci pokaże?
Chcę!
I Jerzy prosił mamę, by mógł iść z siostrą do parku, gdzie spotykał Alinę. Do domu jej nigdy nie zapraszał wiedział, iż mama by się nie zgodziła.
Barbara Stanisławowna, mama Jerzego i Kaśki, była bardzo surowa. Czasem za bardzo. Jerzy ją kochał i długo tłumaczył jej zachowania strachem o dzieci.
Jerzy! Musisz myśleć o przyszłości! Sam! Nikt za ciebie nie zrobi roboty! Ja cię urodziłam, wychowałam. Dalej sam. Mam jeszcze Kaśkę. A na Józka nie licz to nie twój ojciec, tylko ojczym. Mam nadzieję, iż rozumiesz.
Z takim podejściem Jerzy nie dyskutował, choć wiedział, iż w razie czego ojczym by mu pomógł. Nigdy go już choćby nie nazywał ojczymem, tylko tata. Wiedział, iż rozmowy, które mama prowadziła z nim pod nieobecność Józka, tata przerwałby natychmiast. Rodzinę traktował jak najważniejsze, co udało się w życiu, i budował ją po swojemu, by wszystkim było dobrze.
Tylko już jako dzieciak Jerzy zrozumiał, iż dobrze znaczy dla wszystkich coś innego. jeżeli tata mówił, iż dzieci trzeba rozpieszczać, mama twierdziła, iż najważniejsza jest dyscyplina. I jeszcze strach
O swoje dzieci Barbara martwiła się przez dwadzieścia pięć godzin na dobę godzinę dodawała, a nuż. To niezwykłe wyrażenie przewijało się u Jerzego często jeszcze w dzieciństwie, a potem, gdy pojawiła się Kaśka, na stałe wpisało się w rodzinny refren.
A jakby Kaśkę ktoś skrzywdził!
To dotyczyło wszystkich naraz. Koleżanki, wśród których Barbara nie widziała żadnej godnej zaufania przyjaciółki dla córki. Nauczyciele, trenerzy stosunki poprawne, ale bez serdeczności. Z innymi ludźmi? Po co! Jest mama, ojciec, brat wystarczy. Reszta to obcy, którzy mogą skrzywdzić.
Czemu Barbara nosiła taki gniew i nieufność, Jerzy długo nie wiedział. Obserwował tylko, jak kręci się w kółko, wciąż czymś zajęta. Zmieniła pracę, by być przy Kaśce odwozić, przywozić, zapisywać na zajęcia i nie spuszczać z oka. Jerzy pomagał, ale gdy Kaśka trochę podrosła, on już miał własne życie.
A w tym życiu tyle się działo Alina A potem ich córka, która dla Barbary była szokiem, bo nie planowała zostać babcią przed odpowiednim wiekiem.
Jerzy! Po co to wszystko? Tak wcześnie, niedojrzale Czeka cię dyplom! Barbara stała w kuchni, ściskając ramiona, trzęsąc się cała jak w gorączce. Zawsze tak miała w sytuacjach stresowych.
Mamo, już dawno nie jestem dzieckiem. Za czyny odpowiadam sam. Alina jest w ciąży. Ze mną, rozumiesz?
Przecież mogliście się zabezpieczyć?! Teraz jeszcze jest wyjście
Przestań, mamo. Powiesz coś, z czym nie pogodzę się nigdy. Już więcej niż trzeba usłyszałem. Traktuję to jako szok. Przemyśl sobie to, co mówię.
Jerzy wyszedł z kuchni, zajrzał do Kaśki się pożegnać i na koniec do taty.
Józek już pół roku chorował. Ciężko, potwornie, w milczeniu. Przed żoną i córką nie pokazywał bólu tylko Jerzemu sygnalizował, jak źle.
Dziś, ściskając rękę pasierba, wcisnął mu do dłoni klucze do mieszkania.
Przepiszemy papiery na dniach. O matkę i siostrę się nie martw wieś dostaną, a tam działki w cenie idą, będą miały swoje. Wy żyjcie. Dobrze robisz, synu: twoje dziecko powinno mieć dom. Dobre miejsce, trwałe. Wiesz, o co chodzi?
Wiem, tato. Dziękuję
Wiki Józek już nie zobaczył. Urodziła się tydzień później, po cichu, bez ostatniego westchnienia po tamtym, który odszedł.
Jerzy, choć matka nie prosiła, wziął na siebie przewodnictwo w rodzinie i Kaśka mogła nareszcie trochę odetchnąć. Wiedziała od dawna, iż Jerzy trzyma małego papierowego tulipana na półce nad swoim biurkiem.
Dlaczego go tam trzymasz? zapytała szeptem, głaszcząc papierowe płatki, twardniejące pod wyschniętą plasteliną.
Przypomina mi, iż nie mogę być pusty w środku, Kaśka. Że mam napełnić naszą codzienność czymś więcej niż tylko pustką. I nie tylko Alinki i Wiki ale waszą i mamy też.
Trudne to, Jerzyku. Ona i tak ci nie usłyszy.
Ale zawsze mogę się starać.
…Możesz Kaśka westchnęła i zmieniła temat.
Nie chciała, by Jerzy walczył z matką.
Z Barbarą było coraz dziwniej. Po odejściu męża zamknęła w sobie jakieś niewidzialne drzwi. Kaśka nie rozumiała, co się z nią dzieje, Jerzy rozumiał zbyt dobrze. Pamiętał obrażoną mamę, gdy ojciec ich zostawił. Cztery lata miał wtedy, ale płacz, krzyk, tłuczenie kryształowego wazonu o ścianę, a potem zbieranie odłamków z łkaniem, pamiętał do dziś. I róg w kącie, do którego go stawiała to była codzienność. Raz zła, raz tuliła rozpaczliwie i przepraszała. Ale jemu było łatwiej. Zawsze był trochę pancernikiem.
Ty masz grubą skórę! Nic cię nie rusza, syneczku. Płaczę, a ty choćby się nie skrzywisz. Czy w ogóle ci mnie nie żal? Barbara patrzyła na Jerzego podejrzliwie i uspokajała się dopiero, quando widziała, iż zaciska wargi, by nie zapłakać. Jednak mnie nie zwiodłeś! Chodź tu, matka też cię kocha!
Jerzy pamiętał te manipulacje i starał się oszczędzać Kaśce podobnych doświadczeń. Ale trzeba by mieszkać z matką, a tego nie chciał. Alina była zbyt krucha, delikatna jak papierowe zabawki, które kiedyś wycinała.
Synku, mówiłam ci! Dobrze, iż Wiki zdrowa! Ale biedna Alinka, z takim sercem, tak młoda To nieludzkie, przecież! Ty w pracy, w domu rozdarty Dziecko malutkie Ach, synu, ile zależy w życiu od wyboru Dobrego wyboru
Jerzy zagryzał zęby.
Mamo, nie zaczynaj! Pokłócimy się!
Co ty, co ty, synku? Nic złego nie miałam na myśli! Wiesz, iż zawsze zbyt szczerą byłam.
Aż nadto Jerzy odbierał córkę od matki w weekendy i odjeżdżał do siebie, czasami zapominając w tych dniach zapytać siostrę, jak jej mija tydzień.
A Kaśka nie narzekała. Była ciut jak ojciec cicha, zamknięta dla świata oprócz najbliższych.
Zresztą, z mamą relacje układały się bardzo krucho. Miłość i zaufanie stąpały po cienkim lodzie. Jeden fałszywy ruch i bezdenna samotność połykała duszę.
Aliny zabrakło pięć lat po narodzinach Wiki. Pewnego ranka po prostu nie obudziła się. Jerzy, zbierając się do pracy, próbował nie robić hałasu, by jej nie zbudzić. Czajnik, który zagotował, wylał wrzątek, kot uciekł, on sam poślizgnął się na płytkach. Ale pośpiech przestał mieć sens tuż po wejściu do sypialni Jerzy zrozumiał. Świat zamarł. Została jedna natarczywa myśl, która nie pozwalała się pogrążyć w rozpaczy.
Wiki!
Poszedł. Po prostu, powoli, zamknął drzwi sypialni i skierował się do pokoju córki. Pluszowy kot, ulubiona maskotka, czekał na poduszce. Wiki spała u babci, bo dzień wcześniej Jerzy zabrał ją stamtąd. Przytulił maskotkę w dłoń i wył jak ranne zwierzę, próbując ugasić ogień w duszy.
Ile przesiedział w dziecięcym pokoju nie pamiętał. W końcu ciemność ustąpiła, podniósł się i poszedł do kuchni. Wziął telefon.
Mamo? Niech Wiki zostanie u ciebie jeszcze trochę. Tak, wiem, iż do pracy. Tak musi być. Zadzwonię
Z kolejnych dwóch miesięcy nie pamiętał prawie nic. Był, robił, gotował, by karmić córkę. Wiki, wyczuwając ojcowską rozpacz, tuliła się do niego nie chcąc go puścić ani na chwilę. Niemal nie pytała o mamę początkowo Jerzy nie zwrócił na to uwagi, potem któregoś dnia zobaczył, jak cichutko wkrada się do zamkniętej sypialni, siada pod łóżkiem z pluszowym kotem i rozmawia z wielkim zdjęciem w ramce na stoliku. Wtedy zrozumiał, iż Wiki już wszystko wie.
Nie wszedł wtedy. Poczekał, aż Wiki wyjdzie, chwycił ją mocno, z nosem wplątanym w potargane warkocze, i spytał:
Kto ci powiedział?
Babcia! Powiedziała, żeby cię żałować. I nie mówić o mamie, bo cię to boli.
Ścisnął ją tak mocno, iż zapiszczała, ale zaraz rozluźnił uścisk.
Przepraszam, kochanie! Przepraszam za wszystko! Zawsze możesz ze mną rozmawiać o mamie! Niezależnie, co mówią inni! Tylko mnie słuchaj, okej?
Wiki westchnęła i rozpłakała się wtedy Jerzy zrozumiał, jak bardzo było jej trudno. Wyrzucał sobie, iż zostawił ją samą z takim ciężarem, i wściekał się, iż nie potrafi matce wytłumaczyć prostych rzeczy.
Ale prawdziwy gniew przyszedł dzień później późną nocą wpadła do niego Kaśka.
Tej nocy położył Wiki spać, długo siedział w kuchni w ciemności z kotem na kolanach, patrząc przez szybę. Snu nie znał. Sypiał na dmuchanym materacu w pokoju córki. Wiedział, iż tak nie może być wiecznie musiał coś wymyślić. Albo zmienić mieszkanie, albo znaleźć inny sposób.
Cichy stukot do drzwi chyba by nie usłyszał, gdyby nie było zupełnej ciszy.
Ten moment do dziś przerażał go na wspomnienie co by było, gdyby Kaśka zdesperowana wróciła tej nocy na deszcz w samotność.
Mokra jak szczur, bo lało bez końca, Kaśka po otwarciu drzwi rzuciła mu się na szyję jak wtedy, jak trzymał własne dziecko.
Kasia! Co się stało?!
Boli zachwiała się, a Jerzy złapał siostrę na ręce, już rozumiejąc, iż stało się coś bardzo złego.
Pogotowie przyjechało po pół godzinie, a za godzinę Kaśka już spała spokojnie na materacu w dziecięcym pokoju, nie mówiąc, co dokładnie się wydarzyło.
Rano Jerzy sam zauważył siniaki na jej rękach.
Co to?
Rękawy jego podkoszulka były za krótkie, a siostra je jeszcze naciągała, żeby nie było ciemnych śladów widać.
Kaśka?
Nie chcę o tym mówić, Jerzy.
Rozumiem, ale musisz. Inaczej nie pomogę. Muszę wiedzieć.
Jej wielkie szare oczy napełniły się łzami, potrząsnęła głową.
To mama? wypalił Jerzy, bojąc się odpowiedzi i już mając przeczucie.
Kaśka skinęła i schowała twarz w jego dłoniach.
Nie oddawaj mnie jej, teraz, proszę! Boję się, Jerzy
Tuląc ją, gorączkowo myślał. jeżeli zrobi awanturę nie załatwią nic po cichu. Domyślał się, iż matka przekroczyła jakąś granicę, traktując córkę jako jedyną rzecz, którą całkiem posiada.
Opowiedz mi. Po prostu opowiedz. Będziemy myśleć, co robić. Zrobię wszystko, żebyś już nie płakała! Wierzysz?
Gdyby Kaśka się zawahała lub pokręciła głową Jerzy już nigdy nie mógłby patrzeć w lustro. Na szczęście wszystko zrozumiała jak trzeba: skinęła, wyswobodziła się z ramion, usiadła prosto, patrząc przed siebie. Była tak podobna do ojca, iż Jerzy aż się skrzywił. Nie mógłby go zawieść. Skoro jego dziecku trzeba pomóc, kto miał to zrobić, jak nie on?
Mama dowiedziała się, iż spotykam się z Markiem. Pamiętasz go?
Ten z burzą włosów? Jerzy podsunął kubek z herbatą siostrze i dał jej kanapkę. Jedz!
Nie mogę. Potem. Sam jesteś z burzą! Ale tak, on. Nic poważnego, przysięgam! Dwa razy kino, spacer w parku. W dzień! Jerzy! choćby mnie nie pocałował!
Kaśka, nie krzycz. Wszystko rozumiem. Wierzę ci. Co się wydarzyło?
Krzyczała na mnie! Targała mną i wrzeszczała Jerzyku, takie rzeczy mówiła Kaśka podkuliła nogi, objęła je rękami i zamknęła oczy. Nie powtórzę! Czemu ona taka dla mnie? Co złego zrobiłam? Zawsze słuchałam! Wiesz to! I nie jestem głupia, wiem, iż za wcześnie na poważniejsze sprawy. A ona, iż urodzę dzieci i będę się męczyć jak ty Przepraszam! Nie powinnam tego powtarzać, ale… jestem taka sama?! Język mi się plącze…
Rozpłakała się bezradnie i gorzko. Jerzy na moment się pogubił, jak pomóc.
Odpowiedź przyszła sama. Kaśka wyglądała jak jego własna córeczka podniósł ją z taboretu, posadził sobie na kolana i tulił, jak Wikę, mrucząc:
Będzie powódź. Beksa z ciebie! Nikt cię nie skrzywdzi, Kaśka! Nie pozwolę! Nikt, słyszysz?
Spojrzała na niego, a Jerzy powtórzył:
Nikt! choćby mama. Przysięgałem tacie, nie pozwolę, by ktoś cię zranił. Myślisz, iż mógłbym złamać słowo?
Kaśka pokręciła głową, pociągnęła nosem.
Właśnie. Uczył mnie być facetem facet dotrzymuje słowa. Posiedzisz z Wiką? Zaraz wstanie. Daj jej coś jeść, a ja jadę do mamy.
Nie jedź! Kaśka zerwała się i biegała po kuchni.
Muszę! wsadził ją na krzesło i wręczył kanapkę. Dokończ! I umyj się! Nie strasz mi dziecka!
Rozmowa z matką była trudna. Barbara wrzeszczała, kazała natychmiast przyprowadzić Kaśkę, zaraz płakała i prosiła: Oddaj mi życie!. Jerzy czekał, aż ucichnie.
Mama, Kaśka zostaje u mnie.
Powstrzymał ją gestem.
Na razie. Musi dojść do siebie. Tobie też się przyda spokój.
Ale Jerzy! Ona ma naukę! Zawody! Sprawdziany! Koniec semestru, Jerzy!
Mamo, czy ty siebie słyszysz? Jakie sprawdziany? Całą noc nie wiedziałaś, gdzie siostra jest! Gdyby nie przyszła tutaj?
Myślałam, iż śpi w pokoju!
Tak się zapatrzyłaś w potrzebę kontroli, iż już nas nie widzisz. Może nigdy nas nie widziałaś, mamo? Zdałaś sobie kiedyś sprawę, iż nie jesteśmy lalkami, tylko żywi?
Co ty opowiadasz?!
Powiedz mi, kiedy rozmawiałaś ze mną jak z synem, nie z pracownikiem? Kiedy zapytałaś, jak się czuję po tym wszystkim? Jak sobie radzę bez Aliny? Jasne, pomagasz, jestem wdzięczny, ale rozmawiasz, jakbyś była szefem. Z Kaśką to samo. Mamo, jesteśmy twoimi dziećmi, nie podwładnymi! Świetnie zarządzasz, wszyscy to wiedzą, ale jeżeli chodzi o matkę… wybacz tu tylko ja mogę oceniać. Jesteś żadną matką! I teraz, gdy twoja córka płacze na drugim końcu miasta, myślisz tylko o ocenach i pucharach! Tak nie można! Wiem, co zaraz powiesz o przyszłości. Otóż, Kaśka ma mnie! I niechby skończyła szkołę na miernych! To nieistotne! Ja opłacę jej studia, zostanie kim chce. Wiesz, iż marzy o weterynarii? Nie o medycynie! Sama tego chce! I to osiągnie. Gwarantuję!
Nie możesz! Nie możesz decydować za mnie, to ja jestem matką!
I to ci daje prawo złamać jej życie? Jerzy nagle uspokoił się.
Przed nim nie stała wściekła lwica, ale zmęczona, zagubiona kobieta, która nie wiedziała, co robić. Krzyczała, ale bez dawnej pewności siebie.
Jerzy dotknął jej ramion, zajrzał w oczy.
Mamo, chcesz zostać sama? Nie straszę. Po prostu ostrzegam. jeżeli to się nie zmieni, stracisz nas na zawsze. My się nie zgubimy. Nigdy nie zostawię Kaśki. A ty? Pomyśl!
Pocałował ją w czoło, wyszedł, zszedł dwa piętra niżej przysiadł na stopniu znanej klatki.
Ile razy zbiegał te schody? Dziś nie zliczyłby. Raz w euforii przeskakując trzy naraz, raz powłócząc nogami. Teraz nie mógł ruszyć na dół ani w górę. Siedział jak zaklęty, licząc schody… Ile ich w jednej kondygnacji?
Ile lat można biegać tam i z powrotem nie znając ich liczby. Czy to nie dziwne?
Telefon w kieszeni wybudził go z odrętwienia. Wstał, wszedł na szczyt schodów, policzył je dokładnie, kiwnął głową do własnych myśli i pojechał do domu. Wiedział już, co robić.
Miał rację. Barbara długo nie wytrzymała. Po dwóch dniach przyjechała próbować pogodzić się z córką.
Nie było łatwo.
Kaśka nie zdołała wybaczyć od razu. Jeszcze przez pięć lat ich relacje przypominały dziwne, krzywe huśtawki: kierunek i siła ciągle się zmieniały.
Barbara bardzo się starała teraz rozumiała, iż dzieci nie są już maluchami. Nie będą siedzieć i czekać, aż domyśli się, co zrobiła. W jej duszy przewijał się refren: Oni są razem, a ja?.
Kaśka skończyła studia, dostała pracę w renomowanej klinice. Wika śmiała się, patrząc jak ojciec łapie się za głowę, gdy nieustannie Kaśka przynosi do domu nowego pacjenta.
Kaśka! To żmija!
No i co z tego? Jerzyk, zobacz jaki miły! Jaki cieplusi! Dotknij go, no dotknij! No! Widzisz? Nie taki straszny! To tylko na chwilę właściciel wraca z wyjazdu, odbierze go. Gienek się nudzi sam w domu!
Gienek? O matko, jeszcze mu imię dałaś?
No jakżeby nie!
Wiki śmiała się i groziła ojcu, iż pójdzie w ślady cioci.
Tylko nie to! Jerzy chwytał się za głowę z udawanym przerażeniem.
Praca, dom, ostrożne spotkania z matką. Kaśka żyła trochę z rozpędu. Wiki namawiała ojca, by przedstawił ją jakiemuś koledze, ale bez efektów.
Aż tu niespodzianka!
Chcę wam kogoś przedstawić. Kaśka kryła wzrok. Tylko nie śmiać się!
Kacha, tu już nie czas na śmiech! Wiki obejmowała ciocię.
Prawy tenisówk, który nowy pacjent Kaśki maltretował po całym mieszkaniu, znalazł się pod łóżkiem w sypialni taty. Wiki, wsuwając ni to but, wybiegła do przedpokoju.
Gotowa!
Naprawdę? Jerzy spojrzał sceptycznie na córkę. Już się nie spieszmy, Kaśka i tak nie daruje!
Tato, nie przesadzaj! Mamy jeszcze pół godzinki!
Idąc parkową aleją, Wika i Jerzy dostrzegli parę z daleka.
Tato, patrz, to on?! Ten kudłaty?!
Wiki szepnęła tak głośno, iż Kaśka aż zmarszczyła brwi i pokazała palcem, by się uciszyła.
Marek.
Jerzy.
Uścisk dłoni, uśmiech, skinienie.
Wiki.
Kudłaty! Marek roześmiał się i spojrzał na narzeczoną. Kachna, nie marszcz się! Uśmiechnij się! Właśnie tak! Chciałbym, żebyś zawsze się uśmiechała! O, wow! Jakie masz tenisówki! Też takie chcę!
Wiki spojrzała na ojca i wybuchła śmiechem. I dopiero teraz dostrzegła oczy cioci nie były już stalowe. Były jak srebro. Tak piękne, iż dziewczyna aż zaklaskała z zachwytu, czym zaskoczyła przyszłego krewnego.
Co? My wszyscy tu mamy lekkiego fioła! Przyzwyczajaj się!
Uspokoiłaś mnie! Teraz wiem, iż wpasuję się do waszego zespołu? czy jak to powiedzieć?
Do rodziny, Mareczku, do rodziny! Wiki puszcza oko do cioci, a ojca bierze pod rękę.











