Bożena parzy kawę o szóstej rano, zanim jeszcze zdąży wystygnąć rosa na trawniku między blokami przy Kusocińskiego. Ten sam rytuał od jedenastu lat: dwie łyżeczki, bez cukru, kubek z odpryskiem przy uchu, którego nikt nie wyrzuca, bo to prezent od córki ze studniówki.
Mieszka na parterze, naprzeciwko sklepu monopolowego, w którym Ryszard Kwiatek kupował papierosy, zanim jeszcze go poznała bliżej niż sąsiada z klatki obok. Pracuje jako pielęgniarka na oddziale kardiologii w szpitalu wojewódzkim w Radomiu, drugi rok z rzędu na nockach, bo dopłata za dyżury pozwala jej odkładać na wymianę okien. O jej życiu wie adekwatnie cała klatka — bloki tak mają, ściany cienkie, a plotka szybsza niż winda, która i tak od miesiąca stoi zepsuta.
Z Ryszardem byli razem siedem lat. Nie mąż, nie formalnie — ale to on trzymał zapasowe klucze, to jego kurtka wisiała na wieszaku w przedpokoju, to on przez pierwsze trzy lata dzwonił codziennie o czternastej, żeby zapytać, czy zdążyła coś zjeść między pacjentami.
Ja to wszystko widziałam z okna kuchni. Mieszkam piętro wyżej, mam sześćdziesiąt dwa lata, jestem na emeryturze po księgowości, a okno kuchenne wychodzi akurat na ich balkon. Nie podglądam, po prostu tak stoi stół, przy którym obieram ziemniaki. Człowiek mimo woli widzi.
Na początku Ryszard przynosił jej kwiaty bez okazji — zwykłe goździki ze straganu przy dworcu PKP, po dziesięć złotych za pęczek, nic wystawnego. Siadali na balkonie wieczorami, on nalewał jej herbatę, pytał, kto dziś umarł na oddziale, a kto wrócił do domu. Śmiali się głośno, aż czasem musiałam zamykać okno, bo telewizor już nie było słychać.
Później coś się w nim poprzestawiało. Nie umiem powiedzieć, kiedy dokładnie. Może wtedy, gdy dostał awans w tej swojej firmie transportowej i zaczął wracać po dziewiętnastej, zmęczony, z telefonem przyklejonym do ucha. Balkon opustoszał. Bożena przez cały czas tam siadała, sama, z tym samym kubkiem z odpryskiem, i patrzyła na parking, jakby czekała, aż wjedzie jego srebrne audi.
Widziałam ją tak siedzącą chyba ze trzydzieści razy w ciągu ostatniego roku. Nie płakała, nic z tych rzeczy — po prostu siedziała, nieruchoma, z rękami wokół kubka, jakby grzała się przy czymś, czego już nie było.
Sąsiadka z dołu, pani Halina, mówiła mi kiedyś przy śmietniku, iż słyszała przez ścianę, jak Bożena pyta go, czy zjadł obiad, a on odpowiada jednym słowem i włącza telewizor. Że pytała, jak minął dzień, a on wzruszał ramionami i mówił „normalnie". Że kiedyś urodziny miała, upiekła szarlotkę, czekała do dwudziestej pierwszej, aż w końcu zjadła kawałek sama, bo przyszedł po dwudziestej trzeciej i powiedział, iż korki na S7.
Nikt jej nie zdradzał. To by było prostsze, w pewnym sensie — dałoby się wskazać palcem, kogo winić. Tu nie było innej kobiety. Był tylko mężczyzna, który uznał, iż skoro ona wciąż gotuje obiady i wciąż na niego czeka, to znaczy, iż wszystko jest w porządku.
W maju, w piątek, wróciłam z targu przy ulicy Focha z torbą pomidorów i zobaczyłam ją na klatce schodowej z walizką. Nie tą dużą, na kółkach — małą, podręczną, w którą zmieściła chyba tylko rzeczy do pracy i trochę ubrań. Postawiła ją przy windzie, która akurat tego dnia jak na złość działała, i usiadła obok na parapecie.
Zapytałam, czy coś się stało, chociaż domyślałam się odpowiedzi.
— Nic się nie stało — powiedziała. — Właśnie o to chodzi.
Powiedziała mi wtedy, iż nie chodzi o żadną awanturę, żadną zdradę, nic, co dałoby się nazwać jednym wydarzeniem. Powiedziała, iż po prostu pewnego wieczoru siedziała na tym balkonie, czekała na niego jak zwykle, i nagle policzyła w głowie, ile razy w tym roku zapytał ją, jak się czuje. Wyszło jej, iż dwa razy. Dwa razy w dziewięć miesięcy.
— Jedenaście lat mieszkania po sąsiedzku z kimś, kto przestał mnie widzieć — powiedziała. — Wolę mieszkać sama.
Mieszkanie, w którym mieszkali, było zresztą jej — kupione jeszcze przed nim, spłacony kredyt, wpisana w księgę wieczystą jako jedyna właścicielka. To on się wyprowadzał, nie ona. Powiedziała mi to bez triumfu w głosie, po prostu jako fakt.
Trzy tygodnie później, w czerwcu, zobaczyłam go znowu przy śmietnikach — przyszedł po resztę swoich rzeczy. Zapukał do niej, bo zmieniła zamki, tak jak jej radził brat, prawnik z Kielc: nowa wkładka, nowy klucz, żadnego dostępu bez jej zgody. Stał pod drzwiami z pudłem po telewizorze, w które chciał spakować to, co jeszcze zostało — buty, jakieś płyty, ładowarkę. Zapytał przez domofon, czy może wejść. Powiedziała, iż zostawiła torbę z jego rzeczami u dozorcy, w piwnicy przy wózkowni, i iż nie ma potrzeby, żeby wchodził.
Nie krzyczała, nie robiła sceny. Po prostu powiedziała mu, gdzie leży torba, i wyłączyła domofon.
Widziałam go później, jak stoi przy wózkowni z tą torbą w ręku, patrząc w górę, na jej okna. Światło się nie zapaliło. Zamiast tego z klatki obok wyszedł jej brat, ten z Kielc, i odprowadził go wzrokiem aż do bramy, żeby się upewnić, iż nie wróci pod drzwi.
Bożena dalej mieszka na parterze, naprzeciwko monopolowego. Kawę parzy o szóstej, dwie łyżeczki, bez cukru. Balkon jednak wygląda teraz inaczej — postawiła tam nowy fotel, taki bujany, kupiony za dwieście osiemdziesiąt złotych na Allegro, i siedzi w nim sama, ale już nie czekając na nikogo. Czasem gra jej z radia stacja z Radomia, czasem po prostu milczy, patrząc na parking.
W zeszłym tygodniu, gdy wracałam z apteki, zobaczyłam ją, jak nalewa sobie tę samą herbatę, którą kiedyś parzyła dla niego, i pije ją sama, z tym kubkiem z odpryskiem przy uchu. Wyglądała, jakby jej to zupełnie wystarczało.












