Basia wysypała ziemniaki z siatki na blat i dopiero wtedy zauważyła w przedpokoju obce buty. Męskie, rozmiar czterdzieści cztery, z zaschniętą gliną na podeszwach. Postawiła resztę zakupów na podłodze i nasłuchiwała. Z salonu dobiegały głosy. Jeden kobiecy, ostry, znajomy do bólu zębów. Drugi męski, obcy, mówiący coś o metrach kwadratowych. Siatka z pomidorami przechyliła się na bok. Basia złapała ją, przycisnęła do biodra i ruszyła korytarzem. Minęła wieszak z kurtką męża, minęła lustro, w którym mignęła jej blada twarz. Cienkie nadgarstki, ciemny blond do ramion, przyklejony do czoła od upału na targu w Radomiu.
W salonie stała Renata. Szwagierka przyszła w skórzanej kurtce, z rudymi włosami ułożonymi tak, jakby wybierała się nie do domu brata, tylko na wesele. Obok, przy ścianie, gdzie kiedyś wisiało zdjęcie teściowej, stał mężczyzna w szarym garniturze. W ręku trzymał żółty metr budowlany, rozłożony i wparty w kąt pokoju.
– O, Basiu. My tu w sprawie.
Renata uśmiechnęła się tak, jak uśmiecha się na cudzych imieninach: szeroko i o niczym. Palce Basi zrobiły się wilgotne, folia ślizgała się w dłoniach.
– W jakiej sprawie?
Mężczyzna skinął głową jak obcej osobie. Zawodowo i pusto. W pokoju wisiał zapach cudzej wody kolońskiej, ostry, słodkawy. Żaden mężczyzna w tym domu tak nie pachniał.
– To pan Bogusław, rzeczoznawca. Muszę wiedzieć, ile jest wart dom. Nie masz nic przeciwko, prawda?
Siatka wyślizgnęła się z rąk. Pomidor potoczył się po podłodze, uderzył o nogę krzesła i znieruchomiał. Czerwony na białych kafelkach. Basia nie schyliła się po niego.
Ten dom znała lepiej niż własną twarz. Każdą rysę na tynku, każdą skrzypiącą deskę, każdy centymetr tapety, którą kleili z mężem pięć lat temu w Głogowie Małopolskim, zanim przeprowadzili się tutaj, do rodzinnego domu pod Radomiem. Teściowa, Halina, mieszkała w tym domu ponad czterdzieści lat. Niska, przygarbiona, z rękami wiecznie umazanymi ziemią z ogródka. Mówiła mało. „No dobrze już", „Siadaj, zjedz", „Zostaw, sama zrobię". Więcej słów nie tratowała.
Basia wprowadziła się tu po ślubie z Marcinem. Pokój na piętrze, wąskie łóżko, tapeta w drobne kwiatki. Halina przyjęła synową bez entuzjazmu, ale i bez wojny. Po prostu zrobiła miejsce, tak jak robi się miejsce na ławce, kiedy siada obok ktoś obcy. Pierwsze lata były ciasne. Jedna kuchnia, jedna łazienka, teściowa wstawała o piątej rano i grzechotała garnkami. Basia leżała i słuchała tego hałasu, aż się przyzwyczaiła. A kiedy się przyzwyczaiła, zrozumiała: hałas oznacza, iż śniadanie gotowe. Że ktoś się zatroszczył.
Pamiętała pierwsze śniadanie w tym domu. Owsianka, gęsta, z masłem. Halina postawiła talerz bez słowa, a łyżka leżała po lewej stronie, bo teściowa nie wiedziała, iż Basia jest praworęczna. Taki drobiazg. Ale z takich drobiazgów układały się lata.
Każdego września Halina gotowała powidła z czarnej porzeczki z krzaków przy płocie. Duży miedziany kocioł na kuchence, drewniana łyżka, poczerniała od owoców. Para stała w kuchni, szyby zachodziły mgłą, a zapach był tak gęsty, iż potem żył w ścianach aż do listopada. Basia najpierw patrzyła, potem pomagała, potem gotowała sama, podczas gdy teściowa dyrygowała ze stołka: „Nie mieszaj tak często. Daj mu odetchnąć".
W szafie, na górnej półce, za stosem pościeli, leżała niebieska teczka z gumką. Basia wkładała tam wszystkie rachunki za remont: rury, piec, okna, dach. Marcin mówił, iż to zbędne. Ona i tak wkładała. Latami. Na wszelki wypadek.
Potem Halina zaczęła słabnąć. Nogi, plecy, ogród zarósł chwastami. Basia wzięła grządki na siebie. Nie dlatego, iż lubiła grzebać w ziemi, tylko dlatego, iż teściowa stawała przy oknie i patrzyła na zarośnięte grządki tak, jakby odebrano jej kawałek ciała.
Halina zmarła osiemnaście miesięcy temu. Cicho, we śnie, w pokoju na parterze, gdzie pachniało koperkiem i starym drewnem. Basia znalazła ją rano. Kołdra starannie podwinięta. Jakby ktoś zatroszczył się do samego końca. Ale nikogo obok nie było.
Testamentu Halina nie zostawiła. Do notariusza nie chodziła, papierów nie załatwiała. Tylko kartka w komodzie, między stosami ręczników. Basia znalazła ją miesiąc po pogrzebie. Rozwinęła, przeczytała, złożyła z powrotem. Ręce jej się trzęsły. Ale Marcinowi powiedziała nie od razu.
Wieczorem tego dnia, kiedy w domu pojawił się rzeczoznawca, Marcin wrócił z pracy o siódmej. Pracował jako brygadzista w tartaku pod Skarżyskiem, i zawsze pachniał trocinami i lakierem. Wysoki, z zakolami, z nawykiem pocierania nasady nosa, kiedy się denerwował. Basia siedziała w kuchni. Zupa stała na kuchence, palnik dawno wyłączony.
– Co się stało?
Marcin usiadł obok, położył dłonie na stole.
– Renata przyszła. Z rzeczoznawcą. Facet z metrem chodził po salonie i zapisywał liczby. Bez telefonu, bez pytania.
Potarł nasadę nosa. Wstał, otworzył lodówkę, wyjął kefir, nalał do szklanki.
– Dzwoniła do mnie w zeszłym tygodniu. Mówiła, iż chce swoją część.
Zacisnął szczękę. Kości policzkowe zabolały.
– I mi nie powiedziałeś?
– Myślałem, iż pogada i jej przejdzie.
– Nie przeszło jej, Marcin. Wprowadziła obcego człowieka do naszego domu.
Kefir chlusnął, kiedy odstawił szklankę. Biała kropla została na ceracie.
– To też jej dom.
Słowa zawisły w powietrzu. Basia spojrzała na męża. Siedział, obejmując szklankę, i nie potrafił spotkać jej wzroku. Przez dwadzieścia jeden lat nauczyła się czytać jego milczenie. To milczenie znaczyło: wiem, iż masz rację, ale nie umiem wybrać.
Basia wstała. Odsunęła krzesło tak, iż nogi zaskrzypiały o podłogę. I wyszła. Zupa została nietknięta.
Następnego ranka Renata wysłała wiadomość: „Basiu, dogadajmy się po dobroci. Potrzebuję mojej części. Mama chciała po równo".
Basia przeczytała i schowała telefon do szuflady komody. Kiedy w środku wszystko się ściska, ręce muszą mieć zajęcie. Zmywanie naczyń, obieranie ziemniaków, przecieranie stołu. Cokolwiek. Gorąca woda leciała na talerze. Para unosiła się do twarzy, policzki płonęły. Naczynia piszczały pod palcami, a Basia nie zmniejszała naporu wody.
Dwadzieścia jeden lat w tym domu. Podłogi, płot, ściany, hydraulicy w styczniu. A Renata mieszkała w Radomiu, w dwupokojowym mieszkaniu na Ustroniu. Przyjeżdżała do matki raz na trzy miesiące. Ciasto z cukierni, cztery godziny, taksówka na dworzec PKS. Kiedy Halinie zrobiło się naprawdę źle, kiedy leki i nocne czuwania stały się codziennością, Renata dzwoniła raz w tygodniu. „Jak mama? No, trzymaj się. W przyszłym tygodniu przyjadę". I nie przyjeżdżała.
Basia nie traktowała tego jako krzywdy. Traktowała to jak pogodę. Ale stojąc przy zlewie z mokrymi rękami, pierwszy raz pomyślała: przecież nigdy nie powiedziałam jej tego na głos. Może niesłusznie.
W nocy Basia przeszła się po domu. Bose stopy na zimnej podłodze. Korytarz, salon, pokój teściowej. W pokoju Haliny nic się nie zmieniło. Łóżko zasłane kapą w niebieskie kwiaty, na szafce nocnej zdjęcie: Halina młoda, z dwojgiem dzieci. Marcin, sześcioletni, poważny. Renata, dziesięcioletnia, z kokardą.
Basia usiadła na skraju łóżka. Kapa pachniała mydłem lawendowym, którym teściowa prała wszystko. Zapach wsiąkł w tkaninę i nie wywietrzał. Pomyślała o Renacie-dziewczynce. O dziewczynce z kokardą, która mieszkała w tym domu, biegała po tym korytarzu, spała w tym pokoju. Która wyjechała i nie wróciła. I która teraz przyszła po swoją część. Po co jej pieniądze? Mieszkanie ma. Pracę ma. Syn dorosły, mieszka osobno.
Na górze, w pokoju Kacpra, było cicho. Basia uchyliła drzwi. Chłopiec spał, rozrzucając ręce, kołdra zsunięta do stóp. Przez okno w skosie dachu widać było gwiazdy, dalekie i obojętne. Poprawiła kołdrę, a on się nie obudził, tylko odwrócił głowę do ściany.
O to właśnie chodziło. O tę ciszę, o te gwiazdy, o kołdrę, którą można poprawić.
Basia zeszła do kuchni, nalała wody. Piła, stojąc przy oknie, a szklanka postukiwała o zęby. Może nie chodzi o pieniądze. Może chodzi o dom, w którym pachnie mamą. O dom, który Renata straciła, kiedy wyjechała.
W pracy, w miejskiej bibliotece przy rynku, Basia układała książki na półkach. Grzbiet do grzbietu, alfabet, porządek. Pachniało papierem, klejem i kurzem. Ewa zajrzała do czytelni.
– Basiu, herbaty? Przyniosłam ciastka owsiane.
– Daj.
W zapleczu ciasno: dwa krzesła, stolik, czajnik z kamieniem. Herbata gorąca, ciastka kruche. Ewa żuła i opowiadała o wnuczce, która pomazała tapetę flamastrami i nie przyznała się, chociaż flamaster przez cały czas trzymała w ręce.
– Coś jesteś nieswoja – powiedziała Ewa, przestając żuć.
– Szwagierka chce dzielić dom.
– Ten, w którym mieszkacie?
– Ten sam.
– A dokumenty na remont masz?
– Zbierałam. Latami.
– No to wszystko masz. Znajdź prawnika i się nie trzęś.
Basia objęła kubek dłońmi. Napis na nim zatarł się od mycia, została tylko litera „B". Jak początek czegoś.
– Nie trzęsę się.
– Trzęsiesz. Widzę przecież.
Ewa wyjęła cukierka i położyła obok filiżanki. Bez słowa. Basia rozwinęła papierek, a czekolada na języku była gorzka. Trochę pocieszająca.
Trzy dni później Renata przyjechała ponownie. Tym razem z papierami. Siedziała przy kuchennym stole, rozkładając dokumenty na ceracie. Kości policzkowe ostrzejsze niż zwykle. Schudła. Albo złość tak zmienia twarz.
– Wypis z księgi wieczystej. Dom zapisany na mamę. Dwóch spadkobierców: ja i Marcin. Z ustawy mi połowa.
Marcin stał przy oknie, plecami do obu kobiet. Pocierał nasadę nosa.
– Renia, tu nie wszystko jest takie proste…
– A co jest skomplikowane, Marcin? Dom, według wstępnej wyceny, jest wart czterysta pięćdziesiąt, może pięćset tysięcy. Moja połowa, dwieście dwadzieścia pięć minimum. Wykupujecie mnie, albo sprzedajemy i dzielimy.
Basia stała przy kuchence i mieszała ryż, którego nie trzeba było mieszać. Drewniana łyżka krążyła. Ryż przywierał do dna, a zapach spalenizny cienką nitką napływał po kuchni.
– Osiemnaście… nie, dwadzieścia jeden lat tu nie mieszkałaś.
Basia powiedziała to, nie odwracając się.
– I co z tego? To nie znosi moich praw.
– Ty liczysz metry, Renia. A ja liczę lata.
– Lata nie są warte pieniędzy.
– Naprawdę? A kto zmieniał pieluchy twojej mamie? Kto siedział po nocach, kiedy ciśnienie skakało?
Renata zbladła. Świeży lakier błysnął, kiedy zacisnęła palce na krawędzi stołu.
– To nie ma nic wspólnego ze spadkiem.
– Może z prawa nie ma. Ale po ludzku ma.
Marcin odwrócił się od okna.
– Słuchajcie, uspokójmy się wszyscy…
– Jestem spokojna, Marcin – powiedziała Basia. – Bardzo spokojna.
Renata wstała.
– Wy oboje uważacie, iż porzuciłam matkę. Że jestem złą córką.
– Nikt tak nie mówi.
– Ale myślicie. Widzę to.
Zebrała papiery. Krzesło zaszurało po podłodze.
– Złożę pozew. Skoro po ludzku nie rozumie.
Obcasy zastukały w korytarzu. Drzwi trzasnęły. Marcin stał przy oknie i się nie ruszał. Basia wyłączyła kuchenkę. Otworzyła okno. Zimne powietrze wlało się do kuchni, a zapach spalenizny zaczął znikać. Ryż był zepsuty.
W nocy Basia nie spała. Leżała na boku, słuchała oddechu męża. Równy, powolny. On spał, a ona patrzyła w ciemność i myślała o tym, iż dom można stracić. Nie w przenośni. Dosłownie. Sprzedać, podzielić, wyjechać. Kacper spał na górze. Jego pokój urządzili ze strychu: ocieplili, obili boazerią, wstawili okno dachowe. Chłopak zasypiał, patrząc na gwiazdy. A te gwiazdy, być może, niedługo staną się cudze.
Myśl przyszła nad ranem, kiedy za oknem odezwały się ptaki na kasztanie przy płocie. Teczka. Niebieska, wytarta, z gumką. Górna półka. Basia wstała, starając się nie budzić męża. Otworzyła szafę. Sięgnęła na palcach. Palce natrafiły na tekturę. Teczka ciężka. Basia usiadła na łóżku i rozłożyła ją na kolanach.
Rachunki. Dziesiątki rachunków. Pokwitowania. Umowy. Wymiana dachu. Nowy piec gazowy. Pięć okien z montażem. Rury. Ocieplenie elewacji. Instalacja elektryczna. Każdy papierek podpięty, z datą i kwotą. Każdy rachunek pamiętała. Dach: Marcin stał na dachu trzy dni z rzędu, pilnując ekipy, i poparzył się do pęcherzy na słońcu. Piec: wybierali razem, pół dnia w sklepie budowlanym w Radomiu, sprzeczali się o moc. Okna: teściowa siedziała w fotelu, otulona kocem, kiedy montowano, i mówiła: „Wieje".
Przebierała kartki, a palce jej drżały. Nie ze strachu. Jakby znalazła w kieszeni klucz, który nosiła latami i o nim zapomniała. Suma w głowie rosła. Ponad sto tysięcy złotych. Bliżej stu pięćdziesięciu.
Kacper pojawił się na schodach. W bokserkach i koszulce, bosy.
– Mamo, czego szeleścisz?
– Śpij.
– A co to?
– Papiery na dom.
– Przez ciocię Renię?
– Śpij, Kacper.
Postał chwilę, podrapał się po kolanie.
– A my się nie wyprowadzimy?
– Nie.
– Na pewno?
– Na pewno.
Poszedł. Schody skrzypnęły dwa razy. Basia słuchała, aż na górze trzasnęły drzwi. Marcin stanął w progu. Zaspany, w wymiętej koszulce.
– Co się stało, iż nie śpisz?
– Usiądź.
Marcin usiadł na skraju łóżka. Basia położyła teczkę między nimi.
– Chcesz wiedzieć, ile ten dom kosztował nas przez dwadzieścia jeden lat? Nie w sensie pieniędzy z wyceny pana Bogusława. W sensie tego, co tu jest udokumentowane.
Otworzyła teczkę na pierwszej stronie. Marcin patrzył, milczał.
– To wszystko robiliśmy razem, Marcin. Ale każdy rachunek jest na moje nazwisko, bo to ja płaciłam przelewem z mojego konta w banku, kiedy ty dawałeś gotówkę do ręki fachowcom. Prawnik mi to wytłumaczy dokładnie, ale wiem jedno: to są nakłady na wspólny majątek, poczynione po śmierci twojej matki, kiedy dom był już częścią spadku. Renata ma prawo do połowy wartości domu sprzed remontów. Nie do połowy tego, co ty i ja w niego włożyliśmy.
Marcin przesunął palcem po jednym z rachunków. Za dach.
– Myślisz, iż to coś zmieni?
– To zmieni kwotę. I to zmieni rozmowę.
W poniedziałek Basia poszła do kancelarii przy ulicy Żeromskiego, między apteką a sklepem zoologicznym. Mecenas Kowalczyk, kobieta koło sześćdziesiątki, w okularach na łańcuszku, przeglądała teczkę przez czterdzieści minut, robiąc notatki czerwonym długopisem.
– Dobrze pani zrobiła, iż to zbierała. Nakłady poniesione przez małżonków po otwarciu spadku podlegają rozliczeniu osobno, przy podziale majątku wspólnego i spadkowego. To nie jest prosta sprawa "połowa domu", proszę pani. To jest sprawa, w której siostra męża dostanie połowę wartości domu w stanie sprzed remontu, pomniejszoną jeszcze o nakłady konieczne, jakie ponosiła pani teściowa wcześniej. Realnie mówimy o kwocie znacznie niższej niż dwieście dwadzieścia pięć tysięcy.
– O jakiej?
– Trzeba zrobić rzetelną wycenę biegłego sądowego, nie od pana z ulicy z metrem. Ale szacunkowo, licząc nakłady z tej teczki plus dwadzieścia jeden lat zamieszkiwania i opieki nad spadkodawczynią bez rekompensaty od drugiego spadkobiercy, mówimy raczej o osiemdziesięciu, może stu tysiącach. Nie o dwustu dwudziestu pięciu.
Basia wyszła z kancelarii i usiadła na ławce przy przystanku, chociaż autobus miała za dwadzieścia minut. Telefon wibrował w torebce. Renata.
Spotkały się dwa tygodnie później, nie w domu. W kawiarni na rynku, przy stoliku pod parasolem, bo wrzesień był ciepły. Renata przyszła bez lakieru na paznokciach tym razem. Bez kurtki skórzanej. W zwykłym swetrze.
– Adwokat powiedział mi to samo, co pewnie powiedział tobie. Że będę miała mniej, niż myślałam.
– Wiem.
– Nienawidzę tego domu, wiesz? – Renata mieszała kawę, nie pijąc. – Wyjechałam stąd w wieku osiemnastu lat i nigdy nie chciałam wrócić. Ale kiedy mama umarła, a wy tam wszyscy zostaliście, ja nagle poczułam, iż nie mam nic. Ani domu, ani mamy, ani tego wszystkiego.
– To nie były pieniądze.
– Nie wiem, co to było. – Renata w końcu podniosła filiżankę. – Chciałam chociaż na papierze mieć jakiś kawałek tego, co ty masz na co dzień.
Basia wyjęła z torby kopertę. W środku był wydruk z konta, propozycja: sześćdziesiąt pięć tysięcy złotych, rozłożone na dwa lata, plus zdjęcia domu teściowej sprzed remontów, zebrane z telefonu, i kserokopie pierwszych stron z teczki.
– To jest to, co mogę zapłacić bez sprzedawania domu i bez zabierania Kacprowi jego pokoju na strychu. Więcej nie mam i więcej brać nie będę. jeżeli chcesz iść do sądu i walczyć o więcej – idź. Ale wiedz, iż w sądzie te rachunki będą przeciwko tobie, nie za tobą.
Renata wzięła kopertę, przejrzała kartki. Długo patrzyła na zdjęcie kuchni sprzed remontu, tej z popękanymi kafelkami przy oknie.
– Pamiętam te kafelki.
– Ja też.
Renata odłożyła kopertę na stolik, przesunęła palcem po krawędzi.
– Dobrze. Sześćdziesiąt pięć. Podpiszę.
Trzy tygodnie później u notariusza przy alei Wojska Polskiego Renata podpisała zrzeczenie się roszczeń do udziału w domu w zamian za ustaloną kwotę, rozłożoną na raty przez bank spółdzielczy w Radomiu. Basia patrzyła, jak notariusz stempluje ostatnią stronę, jak Marcin podpisuje obok, ręka mu drży trochę przy zawijasie podpisu. Renata wyszła pierwsza, nie żegnając się dłużej niż zwykle, ale przy drzwiach odwróciła się.
– Powiedz Kacprowi, iż jak przyjadę na Boże Narodzenie, niech mi pokaże te swoje gwiazdy przez to okno w dachu.
– Powiem.
Wieczorem Basia schowała niebieską teczkę z powrotem na górną półkę szafy, ale tym razem dołożyła do niej kopię aktu notarialnego i kopertę z harmonogramem rat. Zamknęła szafę. Na dole, w kuchni, Kacper robił lekcje przy stole, a Marcin krążył wokół garnka z zupą, próbując nie przypalić drugiego dania z rzędu.












