Dom pełen nieproszonych gości, co nigdy nie wyjeżdżają – czyli jak to jest mieszkać z całym tabunem …

polregion.pl 9 godzin temu

Dziennik Julii, 6 grudnia

Czasem mam wrażenie, iż nasz dom zamienił się w stację Warszawa Centralna podczas długiego weekendu. Gości całe mnóstwo, jedni wyjeżdżają, zaraz na ich miejsce wpadają nowi! Czy te wszystkie miłe osoby nie mogą mieszkać gdzieś indziej? Przecież pensjonatów i agroturystyk wokół pełno!

Paweł zawsze powtarza, iż oni tu nie są bez powodu i gwałtownie wymeldują się, jak tylko rozwiążą swoje sprawy. Ale przecież jedni odjeżdżają, a kolejni już czekają z walizkami pod drzwiami! Wczoraj słyszałam na klatce, iż niejaki pan Stanisław Nowicki (nie mam pojęcia, kto to!) mieszka tu już drugi rok! A jeszcze się okazało, iż łapie fuchę w spożywczaku w naszej wiosce jako księgowy, a ciocia Zosia, której serniczki niedawno pałaszowałam, sprząta trzy domy sąsiadów jak rasowa pokojówka!

„Paweł, ile to jeszcze potrwa?” zapytałam dzisiaj przy śniadaniu. A śniadanie jak zwykle ktoś zdołał już zająć kuchnię, szykując bigos „dla wszystkich”. Przeszliśmy korytarzem pustym jak nigdy i na chwilę poczułam, iż jesteśmy tu sami, jak kiedyś, tylko we dwoje…

„Tak już widać musi być u nas w tej rodzinie powiedział Paweł z uśmiechem. Przecież to prawie wszyscy nasi! I ci dalsi, i całkiem obcy, no ale serce się kraje, żeby nie pomóc, prawda?”

Miałam wczoraj kaprys policzyć ich na palcach. W połowie trzeciego tuzina pomyliłam rachubę Trzydzieści osób pod naszym dachem, każdy z jakąś historią! Zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie życie rodzinne.

Wzięło mnie na wspominki jak to się wszystko zaczęło. Paweł był ode mnie starszy o dziesięć lat, ja już po studiach, architektka, zawsze chciałam być niezależna. Nie spieszyłam się z zamążpójściem, bo zależało mi na swojej pracy i reputacji. Do tej pory mieszkałam sama w małym mieszkaniu na Mokotowie. Poznaliśmy się przez wspólnego znajomego, gwałtownie przypadliśmy sobie do gustu. Mimo różnicy wieku i zupełnie innego podejścia do życia, zaiskrzyło.

Po pół roku pobraliśmy się i zamieszkaliśmy u mnie. Paweł zresztą nigdy nie miał swojego mieszkania wynajmował, bo nie wiedział, gdzie się osiedlić na stałe. „Gdzie powiesz, tam kupię” uśmiechał się.

Miałam wtedy wielką ochotę spróbować życia poza miastem, może w domku pod Warszawą. Chciałam pracować zdalnie, ale szefostwo nie chciało o tym słyszeć, choćby kiedy najmłodsi byli już na home office. Paweł przekonywał, żebym się postawiła. „Albo pozwalają, albo idź do konkurencji! A jak nie, zawsze możemy założyć swoją firmę!” żartował. A potem powiedział, iż właśnie stał się właścicielem dużego domu z ogrodem pod Otwockiem po swoim bracie, który z rodziną chciał się przenieść na Mazury. Był tylko jeden warunek: „Gdyby przyjechała rodzina Kasi (żony brata), daj im kąt na kilka dni”.

„Jak to kilka pomyślałam wtedy. Jak się potem okazało na bardzo długo!

Już pierwszego dnia, gdy przeprowadzaliśmy się do willi, przywitał nas tłum ludzi liczniejszy niż obsada serialu. Przychodzili z pomocą, uśmiechali się, przynosili herbatniki, pytali, czy czegoś nie potrzeba. Każdy miał swoją historię: ktoś rozwód, ktoś uciekł od tyrana, ktoś stracił mieszkanie przez oszustów, ktoś czekał na zakończenie remontu, a profesorek biologii czekał, aż mu mieszkanie przepiszą, bo studentka, z którą odszedł od żony, w końcu go wyrzuciła

Atmosfera była zwykle życzliwa i choćby pomocna. Ale czasem, zwłaszcza rano, miałam dosyć wiecznego zgiełku i szumu. Co innego wyobrażałam sobie pod pojęciem „życie na wsi”.

Dzisiaj znowu od rana zapanował gwar na boisku pod oknem zaczęli grać w siatkówkę! Słyszałam jak Paweł śmieje się pod nosem: „Jak nie ma mrozu, można grać!”. Zasłoniłam rolety nie zamierzałam dziś podziwiać sportowych popisów, bo wiedziałam, iż za chwilę kolejna szyba pójdzie w drzazgi.

I tak, kiedy już miałam rzucić wszystko i wrócić na Mokotów, Paweł usiadł naprzeciw mnie i zaczął tłumaczyć spokojnie:

„Wiesz, iż nowy dom gościnny postawiony po pożarze został sfinansowany przez samych mieszkańców? Wszystko sami zrobili zapłacili materiał, pracowali po godzinach, nikt nie chciał ani grosza z naszej strony!”

Okazało się, iż ci, którzy u nas mieszkają, sami pokrywają rachunki, załatwiają zakupy, gotują, sprzątają, choćby naprawiają, jeżeli się coś zepsuje w domu! My praktycznie mogliśmy się nie przejmować niczym poza własną pracą.

Wśród gości są inżynierowie, księgowi, prawnicy, hydraulik, elektryk i choćby profesor biologii, a do tego, oczywiście, starszy architekt pan Kazimierz który uratował mi projekt i zaimponował doświadczeniem. Dzięki rozmowom z nimi Paweł podwoił zyski firmy, a ja zyskałam wartościowe podpowiedzi do projektów dla moich klientów.

Co najśmieszniejsze nikt nie żąda w zamian niczego wielkiego. Po prostu żyją tu z nami, jak jedna wielka rodzina!

A kiedy wpadł do kuchni mały Wojtek z piłką w ręku i pełen skruchy zakomunikował, iż nowe szkło już jedzie z miasta i przeprasza tylko wzruszyłam ramionami. Cóż, w domu zawsze ktoś wybije szybę Ale zaraz pojawi się nowa.

Może w końcu się przyzwyczaję do tego gwaru i zamieszania? Po miesiącu coraz mniej przeszkadza mi tłum dookoła. Coraz częściej myślę o naszym domu pod Otwockiem nie jak o hotelu, ale jak o wielkim, ciepłym domu, w którym każdy ma swoje miejsce I razem tworzymy całkiem ciekawą rodzinę.

Idź do oryginalnego materiału