Dziennik, 27 marca
Obudziłem się, jak zwykle bez budzika, o wpół do siódmej. W mieszkaniu panowała cisza, tylko lodówka buczała cicho w kuchni. Leżałem jeszcze chwilę, wsłuchując się w ten dźwięk, i sięgnąłem po okulary z parapetu. Za oknem szarówka, po mokrej jezdni sporadycznie przejeżdżały auta.
Dawniej o tej porze zbierałem się już do pracy. Wstawałem, szedłem do łazienki, słuchałem jak za ścianą sąsiad włączał radio. Teraz sąsiad dalej włączał radio, a ja leżałem i zastanawiałem się, co dziś zrobić. Oficjalnie jestem na emeryturze już trzeci rok, ale z przyzwyczajenia przez cały czas żyję według dawnego rytmu.
Wstałem, narzuciłem dresy, przeszedłem do kuchni. Nastawiłem czajnik, wyjąłem z chlebaka kromkę wczorajszego chleba. Podczas gotowania wody podszedłem do okna. Siódme piętro w bloku z wielkiej płyty, a pod nim podwórko z placem zabaw. Pod blokiem stoi mój stary Polonez, pokryty warstwą kurzu. Odnotowałem w myślach, iż wypadałoby zajrzeć do garażu, sprawdzić dach, czy woda nie przecieka po ostatnich deszczach.
Garaż mam w spółdzielni trzy przystanki tramwajem stąd. Dawniej spędzałem tam pół weekendu, grzebiąc w aucie, wymieniając olej, dyskutując z sąsiadami o cenach benzyny i meczach ekstraklasy. Potem świat się uprościł: serwisy, wulkanizacja, zakupy przez internet. Ale garażu nie porzuciłem. Tam trzymam narzędzia, stare opony, skrzynki z kablami, deskami “gospodarstwo”, jak mawiałem.
I jeszcze działka. Domek w ROD za Warszawą. Drewniany, z wąskim gankiem, dwoma pokojami i malutką kuchnią. Gdy zamknę oczy, widzę te deski, szpary między nimi, słyszę, jak deszcz bębni o blaszany dach. Działka przeszła na nas z żoną od jej rodziców. Dwadzieścia parę lat temu niemal co weekend jeździliśmy tam z dziećmi. Ryliśmy grządki, smażyliśmy kartofle, stawialiśmy magnetofon na taborecie.
Żony już od czterech lat nie ma. Dzieci dorosły, rozjechały się po swoich mieszkaniach, mają własne rodziny. Zostały mi działka i garaż. One trzymają mnie w jakimś domyślnym porządku. Jest mieszkanie. Jest działka. Jest garaż. Wszystko na swoim miejscu, wszystko wiadomo.
Czajnik zagwizdał. Zaparzyłem herbatę, usiadłem do stołu. Po drugiej stronie leżał upięty wczoraj sweter. Jadłem kanapkę, patrząc na sweter, myśląc o wczorajszej rozmowie.
Wczoraj wieczorem przyjechały dzieci. Syn z żoną i małym Bartkiem, wnukiem. Córka z mężem. Piliśmy herbatę, rozmawiali kto kiedy planuje urlop. Potem zeszło na pieniądze, jak to ostatnio bywa coraz częściej.
Syn narzekał, iż kredyt go dusi, raty rosną. Córka skarżyła się, iż przedszkole drogie, a tu jeszcze zajęcia, ubrania. Kiwałem głową, pamiętając, jak sam kiedyś liczyłem każdy grosz przed wypłatą. A wtedy nie miałem działki ani garażu tylko wynajmowany pokój i nadzieję.
Potem syn, kręcąc się na krześle, powiedział:
Tata, bo my z Anią myśleliśmy I z Martą też rozmawialiśmy. Może byś coś sprzedał? Działkę, na przykład. Albo garaż. I tak rzadko tam bywasz.
Zażartowałem, zmieniłem temat. Ale w nocy długo nie mogłem zasnąć. W głowie tłukło się to rzadko tam bywasz.
Zjadłem kanapkę, wypiłem herbatę, schowałem kubek do zlewu. Była ósma. Postanowiłem, iż dziś pojadę na działkę. Sprawdzę jak tam po zimie. I udowodnię coś sam sobie.
Ubrałem się cieplej, zabrałem klucze do działki i garażu, wsunąłem do kurtki. W korytarzu przystanąłem przy starym lustrze w wąskiej, złoconej ramie. W odbiciu widoczny szpakowaty facet, zmęczony, ale jeszcze sprawny. Nie dziadek. Poprawiłem kołnierz i wyszedłem.
Po drodze zajechałem do garażu, zabrać narzędzia. Zamek zaskrzypiał, drzwi otworzyły się jak zawsze z oporem. W środku pachniało kurzem, benzyną, starą szmatą. Na półkach słoiki z śrubami, pudła z kablami, stara kaseta z napisem flamastrem. Pająk pod sufitem.
Przesunąłem wzrokiem po półkach. Tam leżał lewarek, który kupiłem do pierwszego auta. Obok deski, z których miałem zrobić ławkę na działce. Nigdy nie zdążyłem, ale leżą, czekają.
Wziąłem skrzynkę narzędzi, kilka kanistrów, zamknąłem garaż i ruszyłem dalej.
Droga za miasto zajęła godzinę. Przy szosie leżały jeszcze resztki brudnego śniegu, miejscami czerniła ziemia. Na ogródkach działkowych cicho; jeszcze przed sezonem. Przy bramie siedziała znajoma stróżka w puchowej kurtce, skinęła mi głową.
Domek powitał mnie spokojem, jak zawsze na przełomie sezonów. Drewniane ogrodzenie, lekko zwichrowana furtka. Przeszedłem przez wąską ścieżkę pod ganek. Pod nogami szeleściły zeszłoroczne liście.
W środku czuć było tylko stęchliznę i drewno. Otworzyłem okna, żeby przewietrzyć. Z łóżka zdjąłem stare narzuty, wytrzepałem. W kuchence na stole stał emaliowany garnek, w którym dawniej gotowaliśmy kompot. Na gwoździu przy drzwiach pęk kluczy, w tym od szopki ogrodowej.
Przechodziłem przez pokoje, dotykałem ścian, klamek. Tam, gdzie dawniej spały dzieci, wciąż stało piętrowe łóżko. Na górnej półce pluszowy miś z naderwanym uchem. Pamiętam, jak Piotrek rozpaczał przez to ucho, a ja nie mogąc znaleźć kleju przymocowałem je taśmą izolacyjną.
Wyszedłem na ogród. Śnieg już prawie zniknął, grządki były czarne i mokre. W rogu rdzewiał stary grill. Przypomniało mi się, jak staliśmy przy nim z Małgosią, pijąc herbatę w szklankach, słuchając śmiechów z sąsiedztwa.
Westchnąłem i zabrałem się za robotę. Posprzątałem ścieżkę, poprawiłem chwiejącą się deskę w ganku. Obejrzałem dach szopki. W szopce odnalazłem plastikowe krzesło, wyniosłem na podwórko, usiadłem. Słońce wspięło się wyżej, zrobiło się cieplej.
Wyjąłem telefon, spojrzałem na listę połączeń. Syn dzwonił wczoraj. Córka pisała na komunikatorze, iż trzeba się spotkać i wszystko spokojnie omówić. Nie chodzi nam o działkę, tato, tylko zastanówmy się rozsądnie napisała.
Rozsądnie. Ostatnio to słowo słyszałem ciągle. Rozsądnie, to znaczy pieniądze nie mogą leżeć bezużytecznie. Rozsądnie, to znaczy starszy pan nie powinien się zajeżdżać ogródkiem i garażem. Rozsądnie, to pomóc młodym, dopóki sam mogę.
Rozumiem ich. Naprawdę. Ale tu, na plastikowym krześle, słuchając jak gdzieś daleko ujada pies, jak z dachu kapie woda, całe to rozsądnie gdzieś znika. Tu nie chodzi o kalkulacje.
Wstałem, przeszedłem przez działkę jeszcze raz, potem zamknąłem dom, założyłem ciężką kłódkę. Wsiadłem do auta, wróciłem do Warszawy.
W domu byłem koło południa. Zostawiłem w przedpokoju torbę z narzędziami, w kuchni włączyłem czajnik i wtedy zauważyłem karteczkę na stole. Krótka, wyrwana z zeszytu: Tato, wpadniemy wieczorem, pogadamy. P.
Usiadłem, oparłem dłonie o blat. Czyli dziś. Dziś porozmawiamy naprawdę.
Wieczorem przyszli całą trójką. Syn z żoną i córka. Wnuka zostawili u teściowej. Otworzyłem im, wpuściłem do korytarza. Syn, zdejmując kurtkę, odwiesił ją na haczyk, tak samo jak kiedyś, gdy był mały.
W kuchni zasiedliśmy przy stole. Postawiłem herbatę, herbatniki, czekoladki. Nikt nie jadł. Parę minut rozmawialiśmy o byle czym: co u Bartka, jak praca, korki w mieście.
Potem córka spojrzała na brata, on skinął i powiedziała:
Tato, porozmawiajmy szczerze. Nie chcemy wywierać presji, ale każdy z nas musi coś postanowić.
Poczułem napięcie w brzuchu. Kiwnąłem:
Mówcie.
Syn zaczął:
Zobacz, masz mieszkanie, działkę i garaż. Mieszkania nie ruszamy, to jest twoje. Ale działka Sam mówiłeś, iż ciężko. Grządki, dach, ogrodzenie. Co roku wydatki.
Byłem dziś tam, powiedziałem cicho. Wszystko w porządku.
Teraz tak, wtrąciła synowa. A co dalej? Za pięć, dziesięć lat? Przecież nie będziesz wieczny. Wybacz, ale musimy to brać pod uwagę.
Odwróciłem wzrok. Te słowa zabrzmiały ostro, choć pewnie nie chciała mnie zranić.
Córka odezwała się łagodniej:
Tato, nie mówimy, by wszystko rzucić. Myślimy, żeby sprzedać działkę i garaż, a pieniądze podzielić. Część dla ciebie, żebyś miał spokój, część dla nas z Piotrkiem. Spłacilibyśmy kawałek kredytu. Sam mówiłeś, iż chcesz nas wesprzeć.
To prawda. Tak mówiłem, gdy dopiero co poszedłem na emeryturę i jeszcze dorabiałem. Wtedy wydawało mi się, iż długo będę jeszcze sprawny.
Przecież pomagam, powiedziałem. Czasami zabieram Bartka, robię wam zakupy.
Syn się roześmiał nerwowo:
Tato, to miłe, ale teraz potrzebujemy większej kwoty. Sam widzisz, jak drenują nas raty. Nie prosimy cię o wszystko. Po prostu masz rzeczy, które stoją niewykorzystywane.
Słowo rzeczy zabrzmiało w mojej kuchni obco. Poczucie, jakby między nami stanął niewidzialny słup same cyfry, procenty, umowy kredytowe.
Sięgnąłem po herbatę, była już zimna.
Dla was to rzeczy zacząłem powoli. Dla mnie to
Zamilkłem, bo nie chciałem brzmieć patetycznie.
To kawałki życia, powiedziałem w końcu. Garaż budowałem własnymi rękami, z ojcem. Działka wychowaliście się tam. Wy.
Córka spuściła wzrok. Syn milczał chwilę, potem już łagodniej:
Rozumiemy. Naprawdę. Ale już prawie tam nie jeździsz. Wszystko stoi. Sam nie dasz rady.
Byłem tam dziś, powtórzyłem. Wszystko w porządku.
Dziś. A wcześniej? Jesienią? Tato, serio.
Zapadła cisza. Słyszałem tykanie zegara w pokoju. Jasno zobaczyłem nas przy kuchennym stole rozmawiamy o mojej starości jak o projekcie. Optymalizacja wydatków, rozporządzanie majątkiem.
No dobrze, powiedziałem. A co konkretnie proponujecie?
Syn wyraźnie się ożywił. Wiedziałem, iż już wcześniej to omówili.
Znamy pośredniczkę. Za działkę można dostać porządną sumę. Garaż też pójdzie. Weźmiemy na siebie wszystkie formalności, pokazy, papiery. Nie musisz nigdzie chodzić, tylko pełnomocnictwo trzeba zrobić.
A mieszkanie? spytałem.
Nie ruszamy, odparła córka szybko. To twój dom.
Kiwnąłem głową. Słowo dom zabrzmiało inaczej. Czy dom to tylko te ściany? Czy działka też dom? Garaż, gdzie ślęczałem nieraz na mróz?
Wstałem, podszedłem do okna. Latarnie już się paliły. Podwórko wyglądało jak dwadzieścia lat temu, tylko auta inne i dzieci z telefonami na placu.
A jeżeli nie chcę sprzedawać?
W kuchni zrobiło się jeszcze ciszej. Wreszcie córka ostrożnie:
Tato, to twoje. Ty decydujesz. Nie zmusimy cię. Po prostu martwimy się. Sam mówiłeś, iż masz mniej siły.
Mam mniej, zgodziłem się. Ale jeszcze sam decyduję, co robić.
Syn westchnął:
Tato, nie chcemy się kłócić. Ale naprawdę to wygląda, jakbyś kurczowo trzymał się rzeczy, a my mamy pod górkę. I finansowo, i psychicznie. Ciągle myślimy, co, gdy zachorujesz. Kto pojedzie na działkę, kto tym się zajmie?
Poczułem napływający żal. Sam o tym myślałem. Co, jeżeli mnie nagle zabraknie? Dzieci będą jeździć po urzędach, rozdzielać te domki, garaż. Będzie im trudno.
Wróciłem do stołu, usiadłem.
A jeżeli Jeśli przepiszę działkę na was, a sam będę tam jeździł, póki mogę?
Syn spojrzał na córkę, synowa zmarszczyła brwi.
Tato, ale to dalej problem. Nie damy rady jeździć, jak ty chcesz. Mamy dzieci, pracę.
Nie proszę o nic. Sam, póki będę zdolny. Później jak zdecydujecie.
To kompromis. Dla mnie możliwość zachować swoje miejsce. Dla nich pewność, iż już nie trzeba będzie się męczyć z papierami po mojej śmierci.
Córka się zamyśliła.
Może być Ale szczerze? Raczej nie będziemy tam jeździć. Mamy inne plany. Z Jarkiem myślimy może wyjechać do innego miasta. Taniej, praca jest.
Zadrżałem. Nie wiedziałem o tym. Syn aż podniósł brwi.
Nie mówiłaś mi, mruknął do niej.
Jeszcze tylko rozważamy, odpowiedziała. Nie o to chodzi. Po prostu dla nas działka nie znaczy tyle, co dla ciebie. Nie widzimy tam przyszłości.
Złapałem to słowo przyszłość. Dla nich przyszłość gdzieś w innym miejscu, innym mieszkaniu, pracy. Dla mnie skupia się w tych kilku punktach. Mieszkanie, garaż, działka. Tu wiem, gdzie co jest.
Dalej rozmawialiśmy jeszcze z dwadzieścia minut. Oni: cyfry, procenty; ja wspomnienia. Oni: zdrowie; ja iż bez celu uschnę. W końcu syn zirytowany krzyknął ostrzej niż chciał:
Tato, zrozum, nie będziesz wiecznie kopał tych grządek. Przyjdzie czas, iż nie będziesz mógł jeździć. I co? Wszystko zgnije? Raz do roku rzucimy okiem na ruinę?
Poczułem złość.
Ruina? To tam biegałeś w dzieciństwie, po tych ruinach.
W dzieciństwie, odparł syn. Teraz mam inne cele.
Słowa wisiały w ciszy. Córka próbowała łagodzić:
Piotrek, przestań
Za późno. Dotarło do mnie, iż rozmawiamy zupełnie innym językiem. Dla mnie czas na działce to czas życia. Dla nich przeszłość, miła, ale zbędna.
Wstałem.
Zróbmy tak. Muszę się zastanowić. Nie dziś, nie jutro. Potrzebuję czasu.
Tato, weszła córka, my też nie możemy czekać w nieskończoność. Następna rata za miesiąc
Rozumiem, przerwałem. Wy też zrozumcie. To nie jest stary szaflik do sprzedania.
Zamilkli. Szykowali się długo w korytarzu. Na pożegnanie córka przytuliła mnie, szepcząc do ucha:
Nie jesteśmy przeciwko, tato. Boimy się tylko o ciebie.
Skinąłem głową, nie ufając głosowi.
Jak wyszli, w mieszkaniu zapanowała cisza. Przeszedłem do kuchni, usiadłem. Na stole zostały niedopite kubki, talerz z resztkami ciastek. Patrzyłem na nie i poczułem zmęczenie.
Siedziałem tak długo, bez światła. Za oknem ciemniało, w oknach naprzeciwko zapalało się światło. W końcu wstałem, wszedłem do pokoju, wyjąłem z szafy teczkę z dokumentami. Dowód, akt własności na działkę, garaż. Przewertowałem, zatrzymałem się na planie ogródka.
Mały prostokąt podzielony na kwadraciki grządek. Przejechałem palcem po tych liniach, jakby po rzeczywistej ścieżce.
Następnego dnia pojechałem do garażu. Musiałem coś porobić. W środku chłodno. Otworzyłem szeroko bramę, żeby wpuścić światło. Rozłożyłem narzędzia, zacząłem przeglądać pudełka. Część starych gratów postanowiłem wyrzucić: połamane części, zardzewiałe śruby, kable na wszelki wypadek.
Zajrzał sąsiad Wojtek, starszy ode mnie.
Co, pozbywasz się rupieci? zagadnął.
Robię porządki, odpowiedziałem. Zastanawiam się, co mi jeszcze potrzebne, a co nie.
I słusznie, kiwnął głową. Ja sprzedałem swój garaż. Synowi na auto dałem pieniądze. Nie mam już, ale młody zadowolony.
Nie odpowiedziałem. Sąsiad poszedł. Stałem sam wśród swoich pudełek i myśli. Sprzedał syn zadowolony. Proste, jakby to była stara kurtka.
Wziąłem klucz nasadowy, ciężki, wygładzony od lat. Zakręciłem go w dłoni. Przypomniałem sobie, jak kiedyś syn stał obok, mały, prosił, by dać mu pokręcić. Myślałem wtedy, iż zawsze będziemy razem, iż garaż, działka, auto to język, który nas łączy.
Dziś okazuje się, iż dla niego jest już obcy.
Wieczorem znów wyjąłem dokumenty. Długo siedziałem nad nimi, potem zadzwoniłem do córki.
Zdecydowałem, powiedziałem. Przepiszemy działkę na ciebie i Piotrka, po równo. Ale teraz nie sprzedajemy. Będę jeździł, póki mogę. Potem zdecydujecie sami.
Po drugiej stronie chwila ciszy.
Tato, jesteś pewny?
Tak, odpowiedziałem, choć w środku czułem tylko smutek. Jakby przeciął coś w sobie. Ale trzeba.
Dobrze. Spotkajmy się jutro i dogadajmy szczegóły.
Odłożyłem słuchawkę i usiadłem znów. W pokoju cicho. Poczułem nie tylko zmęczenie, ale też pewnego rodzaju ulgę. Jakby zaakceptowałem to, co nieuniknione.
Za tydzień poszliśmy do notariusza. Przekazałem działkę dzieciom. Podpisując papiery czułem, jak dłoń mi lekko drży. Notariuszka spokojnie tłumaczyła, gdzie podpisać. Dzieci dziękowały.
Tato, dziękuję, bardzo nam pomogłeś.
Kiwnąłem tylko głową, wiedząc, iż to też dla mnie pomoc. Teraz już potem zapisane w papierach.
Garaż postanowiłem sobie zostawić. Na razie. Dzieci wspomniały, iż można by sprzedać, ale powiedziałem stanowczo nie. Garaż przez cały czas mi potrzebny żebym nie siedział tylko przed telewizorem. To zrozumieli.
Codzienność się nie zmieniła. Wciąż mieszkałem sam, czasem jeździłem na działkę, już formalnie nie moją. Ale klucze zostały, nikt mi nie zabraniał.
Pierwszy raz po przepisaniu pojechałem tam sam, w ciepły kwietniowy dzień. W drodze myślałem, iż już nie mam tego domku. Obca własność. Ale gdy otworzyłem furtkę, usłyszałem skrzypienie, zobaczyłem znajomą ścieżkę poczucie obcości zniknęło.
Wszedłem do środka, powiesiłem kurtkę na gwoździu. W pokoju wszystko jak dawniej: łóżko, stół, miś z przymocowanym uchem.
Usiadłem na taborecie pod oknem. Słońce rozjaśniło parapet, wydobywając kurz. Przejechałem dłonią po desce, czując każdą nierówność.
Myślałem o dzieciach. O ich mieszkaniach, ratach, planach. O sobie iż moje plany ograniczają się do sezonów: doczekać wiosny, jeszcze raz przekopać grządki, jeszcze raz posiedzieć latem na ganku.
Wiedziałem, iż sprzedaż tego domku kiedyś nadejdzie. Za rok, pięć lat gdy już nie będę mógł jeździć. Dla dzieci trzymanie pustego domu nie będzie miało sensu. I będą mieli rację.
Dziś jednak domek stał. Dach trzymał. W szopie narzędzia, na grządkach kiełkowała już zielenina. przez cały czas mogłem się schylać, podnosić coś z ziemi.
Wyszedłem, obszedłem dom. Zatrzymałem się przy płocie, spojrzałem na działki sąsiadów. U jednych ktoś sadził rozsady, u innych wisiało pranie. Życie swoje.
Uświadomiłem sobie, iż moje lęki to nie tylko działka i garaż. Po prostu boję się być zbędny. Dla dzieci, dla siebie. Te miejsca były dowodem, iż jeszcze mogę coś zrobić.
Teraz ten dowód jest kruchy. Notarialne papiery mówią jedno, przyzwyczajenia drugie. Ale siedząc na ganku zrozumiałem, iż nie wszystko zależy od papierów.
Wyjąłem termos, nalałem sobie herbaty do kubka. Upiłem łyk, wsłuchując się w siebie. W środku wciąż było trochę goryczy, ale już bez tego bolesnego ścisku jak wtedy przy stole. Decyzja zapadła. Zapłaciłem cenę. Oddałem dzieciom kawałek tego, co było moje, ale dostałem coś jeszcze prawo być tu nie z tytułu, ale z pamięci.
Spojrzałem na drzwi, zamek, klucz w dłoni. Stary, wytarty. Ścisnąłem go w garści. Kiedyś trafi do syna albo córki, albo kogoś, komu sprzedadzą ten dom. Będą go wkładali w zamek, nie wiedząc, ile wszystko znaczył.
Od tej myśli zrobiło mi się i smutno, i dziwnie spokojnie. Świat się zmienia, rzeczy przechodzą z rąk do rąk. Najważniejsze, zdążyć jeszcze pożyć na swoich miejscach. Dopóki naprawdę należą do ciebie, nie na papierze, tylko w odczuciu.
Dopiłem herbatę, wstałem. Poszedłem po łopatę do szopy. Trzeba przekopać choć jedną grządkę. Dla siebie. Nie dla nowych właścicieli, nie dla dzieci, które może w myślach już liczą złotówki. Dla siebie by poczuć ziemię pod sobą i w dłoniach.
Wbiłem łopatę, nacisnąłem nogą. Ziemia ustąpiła. Pierwsza skiba wywróciła się, ukazując wilgotną, czarną warstwę. Wciągnąłem ten zapach.
Szło powoli. Plecy bolały, ręce mdlały. Ale z każdym ruchem robiło mi się trochę lżej, jakby razem z ziemią odkopywał własne lęki.
Do wieczora usiadłem na ganku, otarłem czoło. Przed grządką równo leżały wywrócone bruzdy. Nad działką różowawe niebo. Gdzieś krzyknął ptak.
Spojrzałem na dom, ślady butów, łopatę opartą o ścianę. Pomyślałem o tym, co będzie jutro, za rok, pięć. Odpowiedzi nie ma. Ale mam poczucie, iż właśnie teraz jestem na swoim miejscu.
Podniosłem się, zgasiłem światło w domu, zamknąłem drzwi. Na ganku zatrzymałem się jeszcze sekundę, słuchając ciszy. Potem przekręciłem klucz. Metal zagrzechotał.
Schowałem klucz do kieszeni i poszedłem do auta, ostrożnie omijając przekopane grządki.
Czasami trudno pogodzić się z przemijaniem i wpuścić innych do swojego świata. Ale czasem trzeba zrobić krok w bok nie dla spokoju dzieci czy własnej wygody, tylko po to, by to, co ważne, zdążyć przeżyć jeszcze na własnych warunkach. Dla siebie.














