# Darowała wszystko kobiecie, której nienawidził

newsempire24.com 5 dni temu

Pracuję w domu opieki w Oświęcimiu dwanaście lat. Widziałam, jak umierają ludzie samotni i jak kłócą się rodziny przy łóżku chorego. Ale czegoś takiego jak historia pani Anieli nikt by nie wymyślił.

Zaczęło się we wtorek, po obiedzie. Wciąż pamiętam zapach ziemniaków z koperkiem i to, iż pani Halina z pokoju obok pytała po raz piąty, gdzie jest pilot od telewizora. Weszłam do pokoju pani Anieli z lekami.

Siedziała na łóżku, a na kolanach trzymała starą teczkę z dokumentami. Obok stał jej zięć, Arkadiusz. Wysoki mężczyzna w skórzanej kurtce, z kluczykami od audi na palcu. Kręcił nimi, jakby się spieszył.

— Niech pani podpisze, to pojedziemy do notariusza — mówił do niej. — Przez te schody w kamienicy nie wejdzie pani po powrocie. A ja zaopiekuję się mieszkaniem.

Pani Aniela patrzyła w okno. Za szybą padał deszcz, a na parapecie stał doniczkowy figowiec z pożółkłymi liśćmi. Nikt go nie podlewał od tygodnia.

— Arek, przecież ja tam mieszkam — powiedziała cicho.

— Mama mieszka. Ale po operacji trzeba będzie coś zmienić. Rozumie pani? Trzecie piętro bez windy to nie żarty.

Wtedy zobaczyłam, iż trzyma w palcach długopis. Biały, reklamowy, z napisem „Skup złomu Oświęcim”. Wcisnął go jej do ręki, a ona siedziała tak, jakby ten długopis parzył.

Nie znałam wcześniej pani Anieli. Trafiła do nas po złamaniu szyjki kości udowej. Zięć sam ją przywiózł. Mówił, iż tymczasowo, iż tylko na rehabilitację. Minęły trzy miesiące i nikt jej nie zabrał.

Wieczorem, gdy roznosiłam herbatę, pani Aniela zatrzymała mnie w drzwiach.

— Proszę pani, ile kosztuje to miejsce? — zapytała.

Powiedziałam: cztery tysiące złotych za miesiąc.

Pokręciła głową. Potem wyjęła z szuflady notes w kratkę i zaczęła coś liczyć. Liczyła długo, przekreślała, liczyła od nowa. Na końcu napisała na marginesie: „emerytura 3800, czynsz 900, mieszkanie dwa pokoje, Krakowska 14”.

Zięć przyjechał w piątek. Padało tak mocno, iż woda stała na podjeździe. Zaparkował audi tak, iż zablokował karetkę. Wszedł do pokoju i położył na łóżku dokument.

— Niech pani podpisze darowiznę dla mnie i Lidki. Połowa wasza, połowa nasza. Będziemy mogli zaciągnąć kredyt na remont. Mama wróci do wyremontowanego mieszkania.

Pani Aniela przesunęła palcem po krawędzi strony. Zapach — świeży tusz z drukarki, taki chemiczny. Spojrzała na mnie.

— Pani Krystyno, a pani by podpisała?

Arkadiusz przerwał:

— Pani Krystyna nie ma nic do rzeczy. To sprawa rodzinna.

Zabrał dokument i wyszedł, trzaskając drzwiami tak mocno, iż figowiec zsunął się z parapetu. Ziemia wysypała się na podłogę. Pani Aniela patrzyła na tę ziemię, a potem powiedziała:

— On już raz kazał mi podpisać. W zeszłym roku. Pełnomocnictwo do konta. Potem zniknęło sześćdziesiąt tysięcy.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Podałam jej szklankę wody. Wypiła do dna i poprosiła o drugą.

W sobotę rano, po śniadaniu, pani Aniela poprosiła o rozmowę z panią dyrektor. Zamknęły się w gabinecie na godzinę. Nie wiem, co tam ustaliły. Ale po wyjściu pani Aniela miała w ręku żółtą karteczkę samoprzylepną z dwoma numerami telefonu.

Zadzwoniła z automatu na korytarzu, bo w pokoju nie miała zasięgu. Mówiła szeptem, a słuchawkę przyciskała do ucha tak, jakby bała się, iż ktoś usłyszy. Kiedy wróciła na salę, usiadła na łóżku i zaczęła przekładać papiery w teczce. Układała je w stosy: rachunki, pisma z urzędu, wycinki z gazety.

Arkadiusz przyjechał w niedzielę po południu. Nie czekał na krześle jak inni. Wszedł bez pukania, w butach, z których ściekała woda.

— Mama podpisała? — zapytał, nie patrząc na mnie.

— Niech pan sam zapyta — odpowiedziałam.

Pani Aniela leżała na łóżku, twarzą do ściany. Na szafce nocnej stał kubek z niedopitą herbatą. Parapet był pusty — figowiec po tym, jak spadł, wyrzuciłam do śmieci, a pani Aniela nie chciała nowego.

— Mama, proszę. Lidka czeka. Musimy załatwić to przed końcem miesiąca, bo bank dał nam termin.

Pani Aniela choćby się nie obróciła.

— Daj mi umrzeć spokojnie — powiedziała.

W pokoju zapadła taka cisza, iż słyszałam, jak w sąsiedniej sali ktoś kaszle.

W poniedziałek rano zastałam panią Anielę ubraną. Siedziała na skraju łóżka w płaszczu, a na nogach miała kapcie, bo butów nie miała. Przyszedł po nią młody mężczyzna z brodą, którego wcześniej nie widziałam. Pomógł jej wstać i powiedział:

— Pani Anielo, samochód czeka.

To był pracownik z kancelarii notarialnej. Pani Aniela poprosiła, żeby ją zawieźć do mieszkania. Po drodze mieli wstąpić do banku i do urzędu skarbowego.

Kiedy wróciłyśmy na salę, pani Aniela usiadła przy oknie i wyjęła z torebki plik papierów. Położyła je na stoliku. Były tam: akt notarialny, zaświadczenie z banku o zamknięciu konta, nowa karta do lokalu.

— Co pani zrobiła? — zapytałam.

— Oddałam mieszkanie — powiedziała. — Ale nie Lidce. Pani Halinie z dwójki.

Pani Halina z dwójki to sąsiadka, która codziennie podlewała jej kwiaty, gdy pani Aniela leżała w szpitalu. Biedna kobieta, mieszka z dorosłą córką z porażeniem mózgowym. Arkadiusz nigdy jej nie lubił. Nazywał ją „ta głupia z dołu”.

Pani Aniela podarowała jej całe mieszkanie. Całe, bez żadnej połówki. Jednocześnie złożyła w banku dyspozycję, iż jej konto zostaje zamknięte, a oszczędności — sto dwadzieścia tysięcy złotych — przechodzą na konto pani Haliny.

— A zięć? — zapytałam, bo inaczej nie umiałam.

— Powiedział, iż po powrocie mama wróci do mieszkania. No to wróci. Do pani Haliny. A on niech spłaca kredyt.

We wtorek po południu wjechał na podjazd audi. Arkadiusz wbiegł po schodach, nie czekając na windę. W korytarzu minął panią Halinę, która wychodziła z pokoju pani Anieli. choćby na nią nie spojrzał.

— Co pani zrobiła?! — krzyknął już od progu. — Lidka płacze! Kredyt wzięty! Bank nie cofnie!

Pani Aniela siedziała przy stoliku i rozwiązywała krzyżówkę. Długopis trzymała w palcach — ten sam biały, reklamowy, z napisem „Skup złomu Oświęcim”. Wzięła go wtedy do ręki i schowała do torebki. Nie oddała.

— Arek — powiedziała, nie podnosząc wzroku — zapomniałeś, iż ja widziałam, jak wywoziłeś meble z salonu, kiedy byłam w sanatorium. Zabrakło tylko fortepianu.

Fortepian. Rzeczywiście, pani Aniela grała kiedyś na pianinie. W pokoju trzymała stare nuty, żółte kartki z odręcznymi zapisami. Arkadiusz skrzywił się, jakby go uderzono.

— To było tymczasowo! — krzyknął. — Meble w magazynie!

— Wiesz, co jest w magazynie? — Pani Aniela odłożyła krzyżówkę. — Rachunki. Za przechowalnię. Płacone z mojego konta.

Zięć stał pośrodku pokoju, a z jego kurtki wciąż kapała woda. Na podłodze tworzyły się małe kałuże. Nikt go nie zapraszał. Nikt nie podstawił krzesła.

— Tak pani zostawi? — zapytał. — Bez mieszkania, bez oszczędności? Pani jest nienormalna!

Pani Aniela wstała z krzesła. Powoli, opierając się o stolik. Podeszła do drzwi i otworzyła je szeroko.

— Moja emerytura to trzy tysiące osiemset złotych. Opłata za ten pokój to cztery tysiące. Ale nie martw się, starczy mi. Pani Halina zaproponowała, żebym zamieszkała w salonie.

Arkadiusz chciał coś powiedzieć, ale pani Aniela podniosła dłoń.

— A ty, Arek, masz teraz dług. Czterysta osiemdziesiąt tysięcy. I nie masz mojego mieszkania jako zabezpieczenia. Spłać sam.

Tego wieczoru, kiedy roznosiłam herbatę, minęłam go w korytarzu. Stał przy oknie i patrzył na swój audi, na którym już leżały liście. W dłoni ściskał kluczyki. Nie wsiadał do samochodu. Stał i patrzył.

Pani Aniela siedziała w pokoju przy włączonej lampce. Rozwiązywała krzyżówkę. Na szafce nocnej leżała żółta karteczka z numerem telefonu do kancelarii notarialnej. A obok niej, na podłodze, stała teczka z dokumentami — pusta.

Nie zapytałam jej, czy dobrze zrobiła. Nie miałam prawa oceniać. Podałam herbatę i wyszłam.

Na korytarzu minęłam panią Halinę, która niosła do swojego mieszkania dwie reklamówki z zakupami. Zatrzymała się i powiedziała:

— Pani Krystyno, niech pani powie pani Anieli, iż w piątek po południu przyjadą po nią. Moja córka już przygotowała pokój.

Tej nocy, zamykając dyżur, usłyszałam z pokoju pani Anieli cichą melodię. Wstała z łóżka, podeszła do szafy i wyjęła z niej starą, składaną nutę. Rozłożyła ją na kolanach i nuciła coś pod nosem. Coś, czego nie słyszałam od bardzo dawna.

Za oknem padał deszcz, a na parapecie znów stał figowiec. Tym razem przyniosła go pani Halina. Zielone, zdrowe liście.

Pan Arek już więcej nie przyjechał.

Idź do oryginalnego materiału