Jagoda przyjechała do domu wcześniej, z darami od rodziców. Marzyła o niespodziance dla męża, ale Janek, zamiast ciepłego powitania, wysłał żonę do sklepu. Skutki były zaskakujące.
Torba była tak ciężka, iż Jagoda aż jęknęła. Martwił ją kręgosłup od dwóch miesięcy ból nie odstępował jej na krok. Ostrożnie postawiła wielkie wypchane reklamówki na popękanym chodniku przystanku.
Jagoda westchnęła głęboko, próbując pogodzić się z losem. Maluch w środku niezadowolony poruszył się szósty miesiąc, to już nie przelewki. Tym bardziej, gdy postanowisz wrócić do domu trzy dni wcześniej niż zaplanowano, bo tęsknota nie pozwala znieść rozłąki. Ostatnie kilometry w autobusie liczyła niemal co do słupa, odliczając oddechy.
Ciekawe, co Janek teraz robi? Pewnie choćby nie podejrzewa, iż już tu jestem tylko dziesięć minut pieszo od mieszkania. Droga na osiedle ciągnęła się jak makaron. Torby nabite przetworami, domowymi wędlinami, słoikami z dżemem i jabłkami, zdawały się ważyć niemal tonę.
Po pięćdziesięciu metrach Jagoda zrozumiała, iż nie da rady dalej. Z plecami nie miała żartów.
Wyjęła telefon i zadzwoniła do męża.
Janku, dzień dobry, wyszeptała do słuchawki.
Jagódko? Co się stało?! wykrzyknął przestraszony głos.
Nic się nie stało. Już jestem. Jestem na przystanku pod naszym blokiem. Wyjdź po mnie, proszę, nie dam rady donieść tych wszystkich toreb, mama znów napchała pół sklepu…
Zapadła złowroga cisza Jagoda zerknęła na ekran, czy połączenie się nie przerwało.
Ty jesteś na przystanku? Właśnie TERAZ? Czemu nie dałaś znać? Przecież ustaliliśmy czwartek!
Chciałam niespodziankę, burknęła pod nosem. Ja już naprawdę nie mam siły. Wyjdź!
Czekaj! krzyknął nagle. Nie idź tutaj. To znaczy… idź, ale może lepiej… Jagoda, w domu nie ma nic do jedzenia. Jadłem wczoraj wszystko. Zeskocz do Żabki za rogiem, kup mięsa, najlepiej wołowiny. Nie poszedłem dziś do pracy, mam wolne. Zrobię obiad, chciałem cię ugościć jak należy.
Jakie mięso, Janek? zamrugała. Słyszysz mnie? Jestem w ciąży, szósty miesiąc, stoję na środku ulicy z tym wszystkim! Kręgosłup mi odpada! W domu jest ziemniaki, są jajka. Po prostu przyjdź. Jestem głodna. Chcę się położyć.
Nie rozumiesz, chcę żeby wszystko było idealne, zaczął szybciej. Sklep jest zaraz obok, kup trochę wołowiny, ziemniaków świeżych, bo nasze zwiędły. Może ktoś pomoże ci zanieść, albo powoli, po trochu… Dla nas to robię. Już szykuję całą niespodziankę.
Jagoda spojrzała na czerwone od wysiłku dłonie. W środku wzburzyła się gorzka fala.
Jesteś poważny? Chcesz, żebym w tym stanie, z moimi tobołami poszła teraz jeszcze do sklepu po mięso, bo chcesz zrobić obiad?!
Nie możesz zejść na dół i sam pójść po zakupy?
Już zacząłem… no wiesz, przygotowania! Uciekłby efekt! Weź tę wołowinę, z osiemset gram, woreczek ziemniaków. Czekam!
Rozłączył się. Jagoda wpatrywała się w ciemny ekran. Nie mieściło jej się w głowie to wszystko. Najchętniej rozpłakałaby się na pustym przystanku pod zimnym światłem latarni. Zamiast ciepłego powitania wyprawa do sklepu mięsnego. Może faktycznie szykuje coś niezwykłego? przyszło jej do głowy. Westchnęła, chwyciła torby i, kulejąc, ruszyła do sklepu.
Popychała wózek między regałami, czując litościwe spojrzenia znudzonej kasjerki.
Wołowina okazała się ciężka, woreczek ziemniaków nie do uniesienia. Gdy wyszła ze sklepu, palców prawie już nie czuła. Zrobiły się sztywne jak haki.
Telefon zadzwonił ponownie.
Kupiłaś? Janek triumfował w słuchawce.
Kupiłam, syknęła przez zęby. Idę pod blok. Otwieraj.
Stój! prawie się zadławił. Nie wchodź jeszcze! Poczekaj na ławce, dosłownie dziesięć minut.
Ty sobie żartujesz? krzyknęła, już nie patrząc na przechodniów. Nogi mi spuchły, nie mam siły stać!
Niespodzianka niegotowa! Proszę, pięć minut, Jagódko, przysięgam! Po prostu usiądź na powietrzu, zaraz cię zawołam!
Opadła ciężko na drewnianą ławkę pod swoim blokiem. Torby z łoskotem runęły na chodnik. Najchętniej rzuciłaby tę wołowinę w okno na trzecim piętrze.
Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Jagoda siedziała i czuła, jak kipi w niej żal. Wyobrażała sobie, co zobaczy po wejściu morze kwiatów? Śniadanie przy świecach? Skrzypek w kącie? Nic nie było warte tych minut na zimnie po długiej drodze.
Po trzydziestu pięciu minutach drzwi klatki jęknęły. Wyskoczył Janek: w koszulce na lewej stronie, z kropelkami potu na czole, włosy sterczące w każdą stronę.
O, jesteś! uśmiechnął się wymuszenie i chwycił za tobołki. A skąd ta mina? Popatrz, jaka pogoda… no tak. Chodź!
Dlaczego jesteś cały mokry? I czemu pachniesz domestosem na cały blok? Jagoda z trudem podniosła się z ławki, wspierając na poręczy.
Zaraz zobaczysz! podskakiwał w euforii.
Wjechali windą. Janek otworzył drzwi z miną artysty czekającego na brawa. Jagoda weszła do przedpokoju w nos uderzył ją ostry zapach chloru i taniego odświeżacza bałtycka bryza.
Obeszła salon, kuchnię, łazienkę. Mieszkanie czyste, nienaturalnie puste. Rzeczy zwykle walające się po krzesłach, poznikały. Dywan odkurzony, gdzieniegdzie choćby mokre ślady jeszcze zostały. Proszek starty. Jej figurki stłoczone w kącie.
No? błyszczał jak nowozłotowa moneta. Niespodzianka!
Jagoda obróciła się powoli.
I to wszystko? zapytała szeptem.
Jak to wszystko? Jagódko, spójrz! Całe mieszkanie wysprzątałem! Podłoga umyta choćby pod kanapą! Wszystko wymyte, choćby sedes jak nowy! Chciałem, byś wróciła i mogła odpocząć w czystości, żebym nie musiał cię prosić o pomoc. Gdy byłaś w sklepie, wszystko dopinałem!
Czuła ściskanie w gardle.
Dla tego… Dla zmytej podłogi musiałam iść z tym wszystkim po mięso?
Nie przyszedłeś po mnie, bo… myłeś podłogę?
No tak! Przecież zawsze narzekasz, iż w domu balagan, więc chciałem pokazać, iż potrafię! Nie zdążyłbym, gdybyś przyszła na czas, jak mówiłaś! Musiałem cię trochę powstrzymać. A ty zamiast dziękuję od razu z fochem stoisz jak przed sądem!
Janku, chyba ci odbiło? nie wytrzymała, głos jej się załamał. Wszystko mi jedno na tę podłogę! Mam rozwalony kręgosłup, torby uginają mi ręce! Dziecko noszę! Miałeś mnie po prostu przytulić i zaprowadzić do domu, a nie zamieniać się w mopowego komandosa!
Janek zrobił się czerwony, miotnął ścierką do zlewu.
No super! wykrzyknął, rozkładając ręce. Widzisz, nigdy ci nie dogodzę! Ja tu od piątej rano śmigam, chcę zrobić dobrze, szykuję niespodziankę, a ty jak zwykle narzekasz! Widzisz jaki porządek? choćby w dzień ślubu tak nie było!
Po co mi ten porządek za taką cenę? łkała już prawie. Siedziałam na ławce pół godziny, zmarzłam! Kazałeś mi chodzić po mieście z bolącymi plecami, kupować mięso i ziemniaki! To nie niespodzianka, to tortura!
Ach, tortura? z furią miotał rękami. Przepraszam, iż nie jestem ideałem! Inna by się cieszyła facet odkurza, gotować chce, a ty tylko swoje: oj, mój stan, oj, moje plecy. Ja też się zmęczyłem! Po nocach nie spałem, rozmyślałem, jak cię ucieszyć!
Jagoda zasłoniła twarz dłońmi.
choćby nie rozumiesz… Nic nie rozumiesz. Zamieniłeś moje zdrowie na czysty dywan.
Ale po co to wszystko! Janek znowu krzyczał. Przyjechałaś nie w terminie! Sama namieszałaś! Gdybyś była w czwartek, wszystko by się udało, byłoby idealnie. Ale nie! Wsadź sobie tę niewdzięczność…
Wypadł z kuchni trzaskając drzwiami.
Mały w brzuchu znów kopnął. Jagoda opadła na stołek, patrząc jak woreczek z mięsem leży samotnie na stole, Janek choćby nie schował go do lodówki. Źle jej się zrobiło mdłości nachodziły falą.
Po kwadransie drzwi kuchni uchyliły się.
Robić te mięso? fuknął. Czy i tak nie będziesz jeść, żeby mi zrobić na złość?
Nie rób, Janek, wyszeptała bez sił. Zostaw mnie w spokoju. Położę się.
Proszę bardzo! znów trzasnął drzwiami.
Jagoda podniosła się i zataczając się, poszła do łazienki. Spojrzała w lustro: blada, sińce pod oczami, włosy rozczochrane.
Wspomniała jazdę w autobusie, jak wyobrażała sobie Janka: wybiega, przytula, mówi: Dzięki Bogu, jesteś w domu. Tak bardzo na to czekała… Teraz: kłótnia o byle co, płacz, rozgoryczenie. Kiedy po chwili wyszła z łazienki, awantura rozgorzała na nowo. Janek wrzeszczał kolejną bzdurę.
Wyszła z mieszkania w tym, w czym była. Dobrze, iż nie zdążyła się przebrać. Wróciła do rodziców.
Do rozwodu odradzali jej wszyscy: i teściowie, i szwagierka, i ciotki spod Lublina. Janek dzwonił, prosił, przepraszał, twierdził, iż zrozumiał wszystko. Ale Jagoda już podjęła decyzję: nie chce takiego męża, rozwód jest pewny. Po co jej ktoś, kto sprzątanie stawia wyżej niż zdrowie ich dziecka?



