Alicja wróciła do domu wcześniej niż planowano, z torbami pełnymi smakołyków od rodziców. Chciała sprawić mężowi niespodziankę, ale zamiast ciepłego powitania Wiesiek wysłał ją do sklepu. Skutki były nieoczekiwane.
Ciężka torba tak ciągnęła jej ramię, iż Alicja niechcący jęknęła. Od jakiegoś czasu dokuczały jej lędźwie przez ostatnie dwa miesiące ból nie opuszczał jej prawie wcale. Ostrożnie odstawiła siatki na popękaną kostkę przy przystanku.
Oddychając głęboko, spróbowała się uspokoić. Dziecko w jej brzuchu niespokojnie się poruszyło. Szósty miesiąc ciąży to nie żarty. Szczególnie gdy chcesz zrobić mężowi niespodziankę i wracasz od rodziców trzy dni wcześniej, niż się umówiliście. Tak bardzo się stęskniła, iż przez ostatnie sto kilometrów w autobusie liczyła niemal każdy słup przy drodze.
Ciekawe, co robi teraz Wiśek? Pewnie choćby się nie domyśla, iż już jest w Warszawie stąd przecież do domu zaledwie dziesięć minut pieszo. Droga do klatki schodowej wydawała się teraz nieskończona. Torby wypchane domowymi wyrobami słoikami konfitur, wędzonym boczkiem, ciężkimi jak ołów jabłkami ważyły z pewnością tonę.
Po pięćdziesięciu metrach wiedziała, iż dalej nie da rady. Kręgosłup tego nie wytrzyma.
Wyciągnęła telefon i wybrała numer męża.
Witaj, Wiśku powiedziała cicho, gdy w końcu odebrał.
Alicja? Co się stało? zaniepokoił się.
Nic się nie stało. Wróciłam! Jestem na naszym przystanku. Wyjdź po mnie, proszę. Torby są nie do uniesienia mama tyle napakowała
W słuchawce zapadła dziwna cisza. Alicja zerknęła na ekran, by sprawdzić, czy połączenie nie zostało rozłączone.
Jesteś już na przystanku? Wiesławowi głos zadrżał. Teraz? Ale przecież mówiłaś, iż wracasz w czwartek!
Chciałam ci zrobić niespodziankę Alicja się lekko skrzywiła. Nie cieszysz się? Wiśku, jestem wykończona. Wyjdź, proszę.
Poczekaj chwilę! nagle niemal wykrzyknął. Ale nie idź do domu. Tzn… idź, ale w naszym mieszkaniu nie ma nic do jedzenia. Wczoraj wszystko zjadłem Pójdziesz do spożywczaka, co jest za rogiem? Kup schab, dobrze, taki lepszy kawałek. Dziś mam wolne, chcę przygotować porządny obiad i powitać cię jak należy.
Schab, Wiśku? spojrzała na torby. Słyszysz mnie? Jestem w szóstym miesiącu ciąży, stoję na ulicy z dwoma wielkimi torbami!
Kręgosłup mnie boli! Coś ci się pomyliło? W domu jest ziemniaki i jajka. Proszę wyjdź po mnie, jestem głodna i chcę spać.
Ale nie rozumiesz, przerwał jej, mówiąc coraz szybciej. Chcę, żeby było idealnie! To tylko sklep za rogiem. Weź mięso, ziemniaki nasza pietruszka już się sypie. Poproś kogoś o pomoc, albo powoli… No proszę! To dla nas. Ja tu wszystko zorganizuję.
Alicja patrzyła na swoje spuchnięte dłonie. Czuła, jak żółć goryczy podchodzi jej do gardła.
Czy ty się dobrze czujesz? głos jej zadrżał. Chcesz, żebym poszła do sklepu po mięso zmęczona, z tymi torbami, bo ty masz ochotę na obiad?
Sam nie możesz zejść i pójść?
Już zacząłem eee… przygotowania! Jak teraz wyjdę, wszystko się popsuje. Ala, na litość boską! Kupiłaś mięso? Daj z osiemset gram, pieczarek, ziemniaków… Czekam tu!
Rozłączył się. Alicja patrzyła tępo w czarny ekran. Miała wrażenie, iż za chwilę się rozpłacze na pustym przystanku pod bladoniebieską latarnią. Zamiast uścisków i czułego słowa zwiastun rajdu na mięsny.
Może on rzeczywiście wymyślił coś wyjątkowego? Westchnęła, złapała torby i powłócząc nogami poszła do sklepu.
W sklepie przepychała się wózkiem między regałami, łapiąc współczujące spojrzenie sennej kasjerki.
Schab był ciężki, a ziemniaki w siatce wręcz nie do niesienia. Gdy wyszła, nie czuła już palców u rąk, zesztywniałych od wysiłku.
Telefon zabrzęczał ponownie.
Kupiłaś? zapytał radośnie Wiesiek.
Kupiłam, wysyczała przez zęby. Już stoję przy klatce.
Nie wchodź jeszcze! zawołał. Poczekaj na ławce, tylko dziesięć minut. Proszę!
Żartujesz chyba? podniosła głos. Jakie dziesięć minut? Nogi mi puchną, nie mogę stać!
Muszę dokończyć niespodziankę! uparł się. Usiądź, odpocznij. Pięć minut, Ala, słowo harcerza! Muszę się sprężyć!
Z trudem opadła na ławkę pod klatką. Torby runęły obok. Najchętniej rzuciłaby nieszczęsny pakunek z mięsem w ich okno na trzecim piętrze.
Dziesięć minut minęło. Potem dwadzieścia. Alicja siedziała i czuła, iż zaraz wybuchnie. Wyobrażała sobie, iż wejście do mieszkania i co? Morze kwiatów? Romantyczny śniadanie przy świecach? Skrzypek w rogu? Nic z tych rzeczy nie było warte wymuszonego oczekiwania na mrozie po długiej podróży.
Po trzydziestu pięciu minutach drzwi klatki skrzypnęły. Zjawił się Wieśek roztrzęsiony i spocony, włosy we wszystkie strony, t-shirt na lewej stronie.
Siedzisz tu jeszcze? uśmiechnął się nerwowo, łapiąc torby. Czemu taka zła? Pogoda piękna no, chodźmy!
Czemuś taki mokry? zmrużyła oczy, podnosząc się z trudem. I czemu śmierdzi od ciebie domestosem?
Zobaczysz! podskakiwał wesoło, idąc do windy.
Wnieśli wszystko na górę. Wiesiek teatralnie otworzył drzwi, wyczekując reakcji. Alicja weszła do przedpokoju i poczuła uderzenie ostrego zapachu chloru i taniego odświeżacza „morska bryza”.
Przeszła do pokoju. Potem do kuchni. Zerknęła do łazienki. Mieszkanie było czyste. A adekwatnie jakby puste. Rzeczy zwykle walające się po stołkach, zniknęły. Dywan odkurzony, tu i ówdzie zostały jeszcze ślady wilgotnej szmatki, a z półek zniknął kurz. Jej figurki stały samotnie w kącie.
No i co? Wiesiek świecił oczami. Niespodzianka!
Alicja odwróciła się do niego powoli.
I to wszystko? spytała cicho.
Jak to wszystko? aż przysiadł z oburzenia. Ala, spójrz! Trzy godziny tu śmigałem! Umyłem podłogi, choćby pod wersalką! Wszystkie garnki wypłukane, sedes lśni. Chciałem, byś wróciła do czystego mieszkania, by nie musiała nic robić. Zapracowałem się, gdy ty chodziłaś po sklepie.
Czuła, jak rośnie jej gula w gardle.
Żeby umyć podłogę, zmusiłeś mnie dźwigać zakupy i chodzić do sklepu?
Nie wyszedłeś po mnie na przystanek, bo myłeś podłogę?
No tak! rozłożył ręce. Chciałem, byś wreszcie przestała narzekać, iż w domu nie pomagam. Ty przyjechałaś za wcześnie i nie zdążyłem! Musiałem cię zatrzymać, by skończyć. Zamiast „dziękuję” patrzysz, jakbym ci w zupę napluł!
Ty chyba żartujesz! nie wytrzymała, głos jej przypominał krzyk. Nie obchodzi mnie idealna podłoga! Kręgosłup mnie boli, dźwigałam wszystko! Dziecko noszę, Wiśku! Potrzebowałam, byś mnie przytulił i zaniósł do domu, a nie machał mopem.
Twarta niego zsiniała. Rzucił ścierką w zlew.
No pięknie, zaczyna się! wrzasnął. Nigdy nie docenisz, co robię! Od piątej rano się ślęczę tu, sprzątam, a ty przychodzisz i krzyczysz! Widzisz, jak tu czyściutko? choćby w dzień ślubu nie było!
A po co mi taki porządek? łzy podchodziły jej do oczu. Kazałeś mi marznąć na ławce pół godziny. Nogi mi puchną! Kazałeś dźwigać mięso i kartofle, chociaż ledwo stoję! To nie niespodzianka, tylko bzdury.
A ty myślisz tylko o sobie! machał rękami. „Moje samopoczucie, mój kręgosłup”. A ja nie mogłem spać całą noc, czekałem, główkowałem jak cię uszczęśliwić!
Alicja przykryła twarz dłońmi.
choćby nie rozumiesz szlochała. Zamieniłeś moje zdrowie i komfort na czystą listwę przypodłogową.
A to niby przez kogo?! znów wrzeszczał. Wróciłaś nie w umówionym terminie! Zepsułaś niespodziankę! Gdybyś przyjechała w czwartek, wszystko byłoby gotowe. Teraz jeszcze robisz ze mnie potwora! To ty jesteś niewdzięczna, Alicjo. Niewdzięczna!
Z trzaskiem zamknął się w sypialni.
Dziecko w brzuchu znów dało o sobie znać. Alicja powoli usiadła przy kuchennym stole, patrząc na siatkę z mięsem, którą Wiesiek zostawił nieodłożoną do lodówki. Mdłości narastały.
Po dziesięciu minutach drzwi lekko się uchyliły.
To gotować mięso? rzucił oschle. Czy już nic nie zjesz, żeby mi na złość zrobić?
Nie trzeba, Wiśku, odparła cicho. Daj mi spokój, chcę spać.
Jak sobie chcesz! znów trzasnął drzwiami.
Alicja chwyciła pidżamę, poszła do łazienki. W lustrze zobaczyła bladą twarz z ciemnymi worami pod oczami.
Przypomniała sobie powrotną podróż autobusem. Jak wyobrażała sobie jego uścisk i słowa: „Na szczęście wróciłaś”. Jasne. Przytulił mop.
Kłótnia wybuchła ponownie o jakąś drobnostkę.
Z domu wyszła tak, jak stała choćby nie zdążyła się przebrać. I wróciła do rodziców.
Wszyscy odradzali rozwód: teściowie, szwagierka, dalsza rodzina. Wiesiek też błagał, telefonował i obiecywał, iż wszystko zrozumiał. Ale Alicja już wiedziała, co wybrać: nie chciała takiego męża. Rozwód był pewny. Po co jej ktoś, kto czyściejsze mieszkanie stawia wyżej niż zdrowie ich dziecka?














