Basia wróciła do domu trzy dni wcześniej, objuczona prezentami od rodziców. Miała nadzieję zrobić mężowi niespodziankę, ale Piotrek zamiast ciepłego powitania wysłał żonę do sklepu. Skutki okazały się zaskakujące.
Ciężka torba prawie urwała jej ramię, aż Basia syknęła z bólu. Kręgosłup bolał ją tak, iż myślała, iż to już jej nowy towarzysz do końca życia. Delikatnie odstawiła siaty na wyboisty chodnik pod przystankiem.
Westchnęła głęboko. Dziecko w środku nie było zachwycone i zaczęło się wiercić. Szósty miesiąc ciąży to nie żarty, zwłaszcza gdy człowiek porywa się na niespodzianki i wraca do Warszawy od rodziców z Krakowa trzy dni przed terminem. Tęskniła tak bardzo, iż w autobusie ostatnie sto kilometrów liczyła dosłownie słupy energetyczne.
Co teraz wyprawia Piotrek? prawdopodobnie choćby nie śni mu się, iż już jest zaledwie dziesięć minut piechotą od mieszkania. Po drodze siaty z domowymi przysmakami słoiki z ogórkami, domowa śliwka, jabłka z sadu ciążyły jak worki ziemniaków.
Przeszła może pięćdziesiąt metrów, zanim zrozumiała, iż dalej nie da rady. Kręgosłup zwyczajnie odmówi.
Wyciągnęła telefon i wybrała numer męża.
Piotrku, cześć wyszeptała, gdy podniósł.
Basia? Co się stało? Piotrek aż się przestraszył.
Nic się nie stało, po prostu już jestem. Stoję na przystanku przed blokiem. Wyjdź mi proszę na spotkanie, nie dam rady sama tych tobołów dźwigać. Mama tyle rzeczy naładowała…
W słuchawce zawisła cisza. Basia sprawdziła, czy połączenie nie zostało zerwane.
Ty jesteś już tutaj? jego głos wskoczył co najmniej o oktawę wyżej. Przecież mieliśmy się widzieć dopiero w czwartek!
Chciałam zrobić ci niespodziankę Basia się zmarszczyła. Ty się nie cieszysz? Jestem totalnie padnięta, wyjdź no już!
Poczekaj! aż się wydarł. Broń Boże nie idź jeszcze do domu tzn. możesz, ale… Basiu, rozumiesz, mamy w domu pustki, zjadłem wszystko, co było. Wpadnij do tego nocnego sklepu za rogiem i kup mięso najlepiej wołowinkę. Dziś zostałem w domu z wolnej, więc ogarnęłem, iż zrobię ci normalny obiad, jak na gospodarza przystało.
Piotrek, słychać mnie? Jestem w szóstym miesiącu ciąży, z dwoma gigantycznymi torbami po ośmiogodzinnym autobusie Chcesz, żebym jeszcze teraz do sklepu łaziła?
W domu ziemniaki są, jajka też, chodź i pomóż mi dotrzeć do mieszkania, głodna jestem.
Basiu, nie rozumiesz Piotrek gadał już jak karabin maszynowy. Chciałbym, żeby wszystko było tip-top. Sklep jest pod nosem, kup mięso, weź trochę młodych ziemniaków, bo stare już wyglądają jak rekwizyty z horroru. Poproś kogoś, żeby ci pomógł, albo stopniowo sobie przenieś Kochanie, no dla nas, obiad będzie jak u mamy!
Basia popatrzyła na czerwone knykcie. Poczuła w sercu falę goryczy.
Ty na głowę upadłeś?! głos jej zadrżał. Chcesz, żebym w tym stanie, z torbami, biegła do sklepu, bo ty chcesz zrobić obiad? A sam zejść po mnie nie możesz?
Już zacząłem przygotowanie! Przecież jak teraz pójdę, wszystko pójdzie na marne! Basieńko, tylko dla mnie… kup te 800 gramów wołowiny i mały woreczek ziemniaków! Proszę, ja czekam!
I rozłączył się.
Basia patrzyła na wygaszony ekran. Rozpłakać się można było już na samą myśl, iż zamiast powitania i pościeli czeka ją rajd po mięso pod nocną Biedronkę. Może on naprawdę coś fantastycznego szykuje? Westchnęła, złapała siaty i powlokła się do sklepu.
W środku pchała wózek pomiędzy regałami, czując na sobie współczucie kasjerki z miną człowiek, nie dzień. Wołowina była ciężka, a worek ziemniaków nie do podniesienia. Po wyjściu z marketu dłoni już normalnie nie czuła, palce wygięte jak u rzeźbiarza.
Telefon znów zadzwonił.
Kupiłaś? Piotrek głos jak po energetyku.
Kupiłam przez zęby syknęła Basia. Jestem już pod klatką. Otwieraj.
Stój! Nie wchodź jeszcze! Daj mi jeszcze 10 minut, usiądź sobie na ławce.
TY ŻARTUJESZ?! aż się wydarła, nie oglądając się na przechodniów. Piotrek, ja nie mam nóg, nie będę stać!
No bo niespodzianka niegotowa! upierał się. Weź odpocznij na powietrzu, pięć minut, przysięgam! Muszę kończyć, bo nie zdążę!
Basia usiadła ciężko na zgrzytliwej ławce przed blokiem, siaty z hukiem obok. Miała ochotę rzucić to mięcho na trzecie piętro prosto przez okno.
Minęło dziesięć minut. Potem dwadzieścia. Basia czuła, jak w środku gotuje się złość. Przed oczami miała już obrazy kwiaty, śniadanie do łóżka, skrzypek w kącie Ale do jasnej cholery, żadne z tych rzeczy nie usprawiedliwiały tego, iż musi marznąć pod blokiem po ośmiu godzinach autobusu.
Trzydzieści pięć minut później drzwi skrzypnęły i wypadł Piotrek. Komiczny widok: koszulka na lewą stronę, pot na czole, włosy w stanie wojennym.
O jesteś! wyszczerzył się dziwnie. Czemu taka zła? Zobacz, jaka piękna pogoda. Chodź szybciej!
Czemu jesteś cały mokry? Basia aż zmrużyła oczy, wstając z trudem. I co tak od ciebie jedzie Ludwikiem?
Zobaczysz! Piotrek aż podskakiwał do windy.
Weszli do mieszkania, Piotrek rozsunął drzwi z miną, jakby wręczał Oscara. Basia weszła i natychmiast uderzył ją zapach chloru i spreju morska bryza.
Obeszła mieszkanie: rzeczy ze stołów zniknęły, dywan właśnie odkurzony (tu i ówdzie mokre placki po mopie), kurz wytarty, ulubione figurki samotnie w kącie.
No i co? Piotrek błyszczy jak pięciozłotówka. Niespodzianka!
Basia obróciła się powoli.
I to wszystko? pyta cicho.
Jak to wszystko?! Piotrek aż przysiadł z oburzenia. Basia, popatrz, harowałem tu TRZY godziny! Podłogi, pod kanapą, gary pozmywane, sedes iż błyszczy. Chciałem, żebyś weszła i tylko odpoczywała, a nie chodziła po mieszkaniu i narzekała. Przez ten czas ty latałaś po sklepie!
W gardle Basi rośnie gula.
Ty dla tej podłogi zacięła się i walczyła z łzami. Zmuszasz mnie, żebym targała do domu kilogramy, bo mop jest ważniejszy niż przyjść po ciężarną żonę z dwoma siatami?
Przecież chciałem dobrze! Piotrek aż uderzył się w czoło. Cały dzień marudzisz, żebym się wziął za sprzątanie! No to wziąłem! Ty wcześnie przyjechałaś i musiałem kombinować! Zamiast się cieszyć, iż mam niespodziankę, wyglądasz, jakbym ci do zupy napluł.
Basia nie wytrzymała i podniosła głos.
Piotrek, mam gdzieś twoje podłogi! Mnie plecy bolą, torby ważą tonę! Ja dziecko noszę! Potrzebowałam kogoś, kto mnie weźmie za rękę i zaprowadzi do łóżka, a nie biegającego po domu z mopem!
Piotrek się zaczerwienił, rzucił ścierą w zlew.
Oho, zaczyna się! Od piątej rano tyrtam po mieszkaniu, żeby żonie dogodzić. A ona zaraz tylko krzyczy! Widzisz ten porządek? Tak choćby na ślub nie było!
A po co mi taki porządek?! Basia ledwo łapała oddech. Kazałeś mi siedzieć na ławce pół godziny! Nogi mam jak balerony! Mięso i ziemniaki nosiłam, choć nogi z waty! To nie jest niespodzianka, tylko sabotaż rodzinny!
Sabotaż?! Piotrek już łazi po kuchni i wymachuje łapami. Inna by się cieszyła! Ty tylko swoje: Ojej, moja ciąża, moja spina!. Może ja też zmęczony, noc nie spałem i kombinowałem, jak ci dogodzić!
Basia zakryła twarz rękami.
Nic nie rozumiesz zaszlochała. Zamieniłeś moje samopoczucie na błyszczący listwę.
Ale tu nie chodzi o listwę! Piotrek znów wybuchł. Gdybyś była jak w planie, w czwartek, wszystko byłoby gotowe i happy end! Ale nie musiałaś zrobić akcję, przez co to ja jestem winny! Niewdzięczna jesteś, Basiu. Po prostu niewdzięczna.
Wyleciał z kuchni, trzasnął drzwiami do sypialni.
Dziecko znów się poruszyło. Basia wolno osunęła się na krzesło, patrząc na torbę z mięsem, której Piotrek choćby nie wrzucił do lodówki. Żołądek ściągał jej mdłością.
Dziesięć minut później drzwi kuchni znów się uchyliły.
No to gotować to mięso, czy nie? warknął Piotrek. Czy teraz zemścisz się, nie jedząc?
Nic nie gotuj, po prostu zostaw mnie, chcę się zdrzemnąć.
No i bardzo dobrze! trzasnął drzwiami.
Basia wstała i poszła się umyć. Spojrzała w lustro: blada, pod oczami sińce, włosy rozczochrane.
Przypomniała sobie, jak w autobusie wyobrażała sobie powitanie: Piotrek ją tuli, całuje, mówi: Całe szczęście, iż już jesteś. A tu… Tulił ją tylko mop.
Kiedy wyszła z łazienki, awantura rozgorzała na nowo. Piotrek narzekał jeszcze o jakąś bzdurę.
Basia wyszła z domu w tym, co miała, choćby się nie przebrała. I wróciła do rodziców.
Rozwodzić się ją próbowali odwieść wszyscy: teściowa, szwagierka, choćby kuzynka z Nowego Sącza. Piotrek dzwonił, prosił, iż już zrozumiał, obiecywał poprawę. Jednak Basia podjęła decyzję: nie chce męża, dla którego umyta podłoga jest ważniejsza niż zdrowie ich wspólnego dziecka. Ona już wie, iż ślubnego klamkowego mopa nie wybaczy.



