Czysta kuchenka
Jadzia, chodź tu.
Nie proszę. Nie jak skończysz. Po prostu chodź tu, jakby wołali psa.
Odłożyłam mop i weszłam do kuchni. Michał siedział przy stole, wpatrzony w telefon. Obok, na swoim ulubionym miejscu przy oknie, siedziała Teofila, jego matka, z kubkiem herbaty. W kuchni czuć było zapach gotowanej kapusty i jakichś lekarstw, które teściowa łykała garściami od rana do wieczora.
Matka mówi, iż znowu nie domyłaś kuchenki powiedział Michał, nie odrywając wzroku od telefonu.
Myłam wczoraj.
Źle myłaś.
Teofila postawiła filiżankę na spodeczku, aż cicho stuknęło.
U mnie w domu zawsze był porządek odezwała się tonem, jakby mówiła coś oczywistego. Dwadzieścia lat sama prowadziłam dom i nigdy nie było takiego bajzlu.
Mam pięćdziesiąt trzy lata. Stałam w kuchni w gumowych rękawiczkach, mokre dłonie, słuchałam tego po raz kolejny.
Pokaż, gdzie jest ta brudna kuchenka powiedziałam w końcu. Umyję jeszcze raz.
No właśnie, pokaż wtrącił się Michał. Sama nie widzisz? Trzeba ci palcem pokazać?
Powiedział to cicho. Bez krzyku, ale z tą intonacją szpilki prosto w punkt.
Spojrzałam na kuchenkę. Lśniła. Myłam ją wczoraj przez pół godziny po kolacji, szorowałam palniki z tłuszczu. Była czysta.
Wtedy coś się we mnie przełamało.
Nie był to wybuch, nie łzy. Po prostu spojrzałam na tę kuchenkę, potem na Michała z telefonem, potem na Teofilę z jej herbatą i wewnątrz mnie wszystko ucichło. Tak, jak bywa, zanim coś ostatecznie pęknie.
Zsunęłam rękawiczki. Położyłam je na stole.
Słyszę to od dwudziestu ośmiu lat powiedziałam. Wystarczy.
Michał podniósł wzrok znad telefonu. Teofila zastygła z filiżanką.
Co powiedziałaś? zapytał.
Mówię: wystarczy.
Wyszłam z kuchni. Weszłam do sypialni, wyjęłam z szafy dużą reklamówkę z Biedronki i zaczęłam pakować rzeczy. Mało. Dokumenty, dwa swetry, zmiana bielizny, ładowarka do telefonu. Nie trzęsły mi się ręce, co samo mnie zdziwiło. Byłam spokojna, jak ktoś, kto w końcu podjął decyzję, która dojrzewała od lat.
Z kuchni dobiegały głosy. Najpierw cicho, potem głośniej.
Michał, nie słyszysz? Idź, zatrzymaj ją!
Sama idź, jak chcesz.
Zapięłam kurtkę, wzięłam reklamówkę i wyszłam do przedpokoju. Założyłam buty. Otworzyłam drzwi.
Jadwiga! krzyknęła Teofila z kuchni. Wiesz, co robisz?! Dokąd pójdziesz? Bez niego jesteś nikim! Nikim!
Cicho zamknęłam za sobą drzwi. Bez trzaskania.
Na klatce schodowej pachniało kuwetą kota sąsiadów z trzeciego piętra i farbą z pierwszego. Zeszłam i wyszłam na ulicę. Był październik, zimno i wilgoć, liście leżały jak mokra warstwa na chodniku. Zatrzymałam się przed blokiem i wyjęłam telefon.
Krysia odebrała po drugim sygnale.
Krysia powiedziałam. Odeszłam.
Cisza.
Skąd odeszłaś?
Od Michała. Na stałe. Nie mam dokąd pójść.
Miała krótką pauzę, trzy sekundy. Potem powiedziała:
Pamiętasz adres? Dwadzieścia minut i jestem w domu. Poczekaj przed blokiem, powiem ci kod do domofonu.
***
Krysia mieszkała sama w kawalerce na ulicy Sadowej. Mała, ale własna kupiła ją sama siedem lat temu, gdy pracowała jako recepcjonistka w hotelu, odkładając każdą złotówkę. Całe mieszkanie zawieszone półkami, wszędzie kwiaty, magnesy z różnych miast na lodówce, w kuchni pachniało kawą i czymś słodkim, chyba cynamonem.
Siedziałam na jej kanapie, z kubkiem gorącej herbaty w ręku, a Krysia naprzeciwko, podciągnęła nogi i patrzyła na mnie uważnie, nie przerywając.
Opowiedz powiedziała.
Nie ma co odparłam. To samo. Brudna kuchenka. Zupa za mało słona. Podłoga źle umyta. Patrzą na mnie jak na popsutą rzecz.
Jadzia, zawsze tak było. Czemu dziś?
Zastanowiłam się.
Dziś spojrzałam na czyściutką kuchenkę i zrozumiałam, iż jeżeli nie wyjdę teraz, to nie wyjdę nigdy. Tam umrę. Po prostu pewnego dnia się położę i nie wstanę, a oni powiedzą, iż sama sobie winna, nie dbałam wystarczająco o siebie.
Krysia pokiwała głową, nie skomentowała, tylko dolała mi herbaty.
Nocą leżałam na jej kanapie, pod ciepłym pledem, wsłuchana w ciszę. Prawdziwą ciszę. Bez telewizora z sąsiedniego pokoju. Bez kaszlu Teofili za ścianą. Bez poczucia, iż coś jeszcze powinnam.
Nie spałam do trzeciej. Nie dlatego, iż się bałam po prostu nie znałam uczucia, iż naprawdę leżę i nic mnie nie goni.
W końcu zasnęłam.
***
Przez dwa dni telefon milczał. Trzeciego dnia Michał wysłał SMS-a: Kiedy wrócisz? Nie przepraszam. Nie musimy porozmawiać. Po prostu kiedy wrócisz, jakby wyjechałam w delegację.
Przeczytałam i schowałam telefon do kieszeni.
Dobrze skomentowała Krysia, która widziała wszystko Nie odpisuj. Niech się martwi sam.
On nie ma o czym myśleć odparłam. On zawsze sądzi, iż wrócę. Że nie mam dokąd pójść.
A masz?
Spojrzałam przez okno. Na zewnątrz szary, jesienny plac, mokre samochody, gołe drzewa.
Mam. Chociaż jeszcze nie wiem dokąd.
Pierwsze tygodnie były dziwne. Nie wiedziałam, co ze sobą począć. Całe życie wstawałam o siódmej, szybkie śniadanie, sprzątanie, pranie, apteka po tabletki dla Teofili, sklep, znów gotowanie, znów sprzątanie. Od rana do nocy. A i tak zawsze za mało, zawsze źle.
A teraz budziłam się i dzień był pusty. Nic nie musiałam. To było niemal nieznośne.
Krysia powiedziałam któregoś ranka, gdy wychodziła do pracy Muszę coś robić. Inaczej zwariuję.
Poszukaj pracy.
Kim? Siedziałam w domu dwadzieścia osiem lat.
Przecież jesteś plastyczką.
Parsknęłam śmiechem, ale bez radości.
Byłam. Dawno. Po ASP dwa lata pracowałam w wydawnictwie, potem wyszłam za mąż, Michał powiedział, po co mam pracować, skoro on zarabia. A jego matka: porządna kobieta dom prowadzi, a nie po biurach lata.
I zgodziłaś się.
Miałam dwadzieścia pięć lat, myślałam, iż to miłość. Że się mną opiekuje.
Krysia, zakładając płaszcz, zawiesiła się na chwilę.
Jadzia powiedziała W szafie trzymam farby akwarelowe. Moja siostrzenica zostawiła. Papier też jest. Spróbuj.
Po co?
Ręce pamiętają. choćby jeżeli ty zapomniałaś.
***
Znalazłam farby w dolnej szufladzie szafy, owinięte w gazetę, dziecięce, plastikowa kasetka z wiewiórką. Papier leżał obok, gruby, jeszcze blok ledwo zaczęty. Siadłam przy kuchennym stole i długo patrzyłam na pustą kartkę.
W końcu wzięłam pędzel.
Na początku nic nie wychodziło. Farba się rozlewała, ręka drżała, wszystko krzywe. Podarłam trzy kartki. Potem uspokoiłam się i zaczęłam malować dla samego koloru, dla ruchu, bez planu. Po prostu plama, kształt.
Godzinę później na stole leżała mała akwarela: jesienny podwórzec widziany z okna Krysi. Mokre drzewa, szare niebo z różowym śladem na horyzoncie.
Patrzyłam i myślałam: to ja to namalowałam.
Nie zupę, nie czystą kuchenkę. To.
Wieczorem Krysia wróciła z pracy, zobaczyła rysunek na stole i przystanęła.
Jadzia, to ty?
Ja.
Dobre. Naprawdę dobre.
Krzywe wszystko.
Ale żywe powiedziała. Przeszłam przez sto takich podwórek, a ten wydaje się prawdziwy. Czuję go.
Nie odpisałam. Ale rysunku nie wyrzuciłam.
***
W mieszkaniu Michała na ulicy Lipowej zaczęło się dziać coś, czego się nie spodziewał.
Trzy dni czekał, aż wrócę. To przecież oczywiste: dokąd pójdę? Niczego nie umiem. Nie mam pieniędzy, pracy, mieszkania. Przyjdę, nie mam wyjścia.
Nie przyszłam.
Czwartego dnia odkrył, iż lodówka jest pusta. Nic. Otworzył ją rano, popatrzył na samotny kefir, zamknął. Poszedł do pracy głodny.
Wieczorem matka siedziała przy kuchennym stole, patrzyła na niego spojrzeniem człowieka, który dawno wszystko wiedział, ale z grzeczności milczał.
Jadłeś?
Nie.
Ja też nie. Przyniosłeś coś z Biedronki?
Nie, nie miałem czasu.
To znaczy nie jadłeś i nie przyniosłeś powiedziała Teofila. Przepięknie. Siedemdziesiąt osiem lat żyję i takiej nędzy w domu nie widziałam.
Mamo, idź sama do sklepu.
Pauza była bardzo długa.
Siedemdziesiąt osiem lat mam powiedziała powoli. Nogi ledwie niosą. Ciśnienie. Laskę mam. I ty mi mówisz idź sama?
Nie miałem czasu, pracowałem.
A Jadwiga pracowała? Pracowała od rana do nocy dla ciebie, a ty ją wygoniłeś z domu.
Michał podniósł głowę.
Przestań, sama odeszła!
Bo ją doprowadziłeś! głos matki zdenerwowany Mówiłam: trzeba z ludźmi spokojniej. Nie, lepiej wiesz.
Ty też jej codziennie suszyłaś głowę! Kuchenka brudna, zupa nie taka, podłoga źle umyta!
Miałam prawo zwrócić uwagę! Mój dom!
Mój dom, mamo! To moja własność!
Patrzyli na siebie pierwszy raz od lat, bez pośrednika, którym byłam ja ta, co przyjmowała wszystkie ciosy i nie dopuszczała do konfrontacji.
Michał wstał, założył kurtkę i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Teofila została sama w kuchni. Za oknem ciemno. Wstała, włączyła światło, otworzyła lodówkę. Popatrzyła na kefir. Zamknęła.
Usiadła z powrotem.
Nigdy w tej kuchni nie było tak cicho, póki tam mieszkałam.
***
Listopad przyniósł chłody i pierwszy śnieg. Od trzech tygodni mieszkałam u Krysi, powoli dochodziłam do siebie jak ktoś, kogo długo trzymano w ciemnej piwnicy, a potem wypuszczono na powietrze. Najpierw oślepia, potem człowiek przywyka.
Malowałam codziennie. Kupiłam dobre farby, nie dziecięce. Krysia znalazła w internecie ogłoszenie: malutka pracownia na wynajem przy ul. Młyńskiej, blisko parku. Pokój dwadzieścia metrów, z dużym północnym oknem, drewniane podłogi. Tania, bo nie po remoncie, ściany obdrapane.
Poszłam zobaczyć i od razu wiedziałam: to miejsce dla mnie.
Wynajmujesz? zapytała właścicielka, starsza pani w wełnianej czapce.
Wynajmuję.
Prawie nie miałam pieniędzy. Sprzedałam złote kolczyki od rodziców z wesela. Trochę mnie to zabolało, sentyment. Ale potem pomyślałam: jaka to pamiątka? Od kogo? Po co?
Pracownia stała się moim miejscem. Przychodziłam rano, otwierałam okno, zimne powietrze pachnące śniegiem i wodą wdzierało się do środka. Pachniało farbami, lnianym olejem, drewnem. Rozstawiałam słoiki, rozwijałam papier albo płótno i po prostu malowałam. Czasem tyle godzin, iż zapominałam o jedzeniu.
Malowałam wszystko: pejzaże, podwórka, martwe natury co pod ręką: kubek, jabłko, stary but. Szło coraz lepiej. Ręce naprawdę pamiętają, choć potrzebują czasu po dwudziestu ośmiu latach zastoju.
W grudniu Krysia zadzwoniła do pracowni.
Jadzia, w naszym hotelu będą małą wystawę lokalnych plastyków robić. Mówiłam o tobie. Dasz parę prac?
Krysia, ja nie jestem artystką. Ja dopiero zaczęłam.
Jesteś. Widziałam twoje obrazy.
To amatorka.
Jadwiga Krysia mówiła łagodnie, jak do upartego dziecka Od trzydziestu lat sobie mówisz: tylko i zaledwie. Daj te prace, proszę.
Westchnęłam.
Dobrze.
***
To wtedy poznałam pana Zbigniewa.
Przyszedł na wernisaż przypadkiem. Zarezerwował nocleg w hotelu i trafił na salę w czasie otwarcia. Wysoki, w kraciastej koszuli, z siwymi włosami przy skroniach, spokojne szare oczy. Stał przed moją akwarelą: zimowy park, ławka, ślady na śniegu, prowadzące do niej i z powrotem.
Podeszłam, chciałam poprawić ramkę. Usłyszałam, jak półgłosem mówi do siebie:
Tak to właśnie bywa. Przyszli, posiedzieli i poszli.
O śladach pan mówi? zapytałam.
Odwrócił się. Nie zmieszał się, iż przyłapałam go na rozmowie z obrazem.
Tak. Patrzę, myślę: przyszli we dwoje. Posiedzieli razem. Rozeszli się każdy w swoją stronę. Może się pokłócili, może po prostu skończyli rozmowę.
Myślałam raczej o kimś, kto przyszedł samotnie Posiedział, wrócił do domu.
Samemu się nie chodzi tak zygzakiem stwierdził serio. Widać, ślady się plączą. Tu musiało być dwóch.
Spojrzałam na obraz świeżym wzrokiem.
Może i tak przyznałam.
Porozmawialiśmy potem jeszcze dwadzieścia minut. Okazało się, iż przyjechał z sąsiedniego miasteczka, pomagać bratu w remoncie. Z zawodu złota rączka: stolarz, elektryk i hydraulik w jednym. Wdowiec, dwóch dorosłych synów. Małomówny, ale patrzył z uwagą to mnie uderzyło. Nie przerywał. Nie zerkał na telefon. Po prostu słuchał.
Takie słuchanie było mi zupełnie nieznane.
Przed odejściem spytał:
Ma pani może wizytówkę?
Nie zmieszałam się. Nigdy nie miałam.
To chociaż numer telefonu?
Podałam. Myślałam potem: po co? Może obraz będzie chciał kupić.
Trzy dni później napisał SMS: Dobry wieczór. Tu Zbigniew rozmawialiśmy o śladach na śniegu. Chciałbym odkupić ten obrazek, jeżeli jeszcze jest.
Nie był sprzedany. Przyjechał, zabrał akwarelę, delikatnie owinął ją w papier, przywiózł własną torbę. Spytał, czy mam więcej prac do obejrzenia.
Poszliśmy do pracowni. Długo oglądał, spokojnie, milcząco. Kupił jeszcze dwa małe pejzaże.
Pięknie pani maluje powiedział na odchodne.
Przez wiele lat nie malowałam odrzekłam.
Czemu?
Wzruszyłam ramionami. Nie tłumaczyłam. Jeszcze nie wtedy.
Tak się życie ułożyło.
Kiwnął głową, uszanował to i nie dociekał.
***
Michał zadzwonił w styczniu. Już od miesięcy mieszkałam głównie u Krysi albo w pracowni. Formalnie byliśmy jeszcze małżeństwem, papierów nie złożyłam.
Zadzwonił wieczorem, malowałam właśnie duży zimowy martwy pejzaż świerkowe gałązki w szklanym wazonie, szyszki, świeca.
Jadwiga odezwał się.
Tak?
Cisza.
Mama chora powiedział w końcu.
Przykro mi.
Mogłabyś chociaż raz w tygodniu przyjechać? Pomóc w domu?
Odłożyłam pędzel.
Michał powiedziałam łagodnie Już tu nie mieszkam. Nie będę przyjeżdżać pomagać ci w domu.
Wciąż jesteś moją żoną.
Jeszcze tak. Ale to chwilowe.
Nie rób tego. Wróć do domu. Możemy pogadać.
My nigdy nie rozmawialiśmy, Michał. Przez dwadzieścia osiem lat mówiłeś ty i twoja matka, a ja robiłam, co kazaliście.
Wyolbrzymiasz.
Może powiedziałam cicho. Ale nie wrócę.
Rozłączyłam się. Ręce miałam spokojne. Wciąż mnie to zaskakiwało.
Pomyślałam: historia jakich wiele, kobieta odeszła od męża. Prosta rzecz. Ale w środku to nie była prosta rzecz. To była nauka chodzenia od nowa. Każdego dnia.
***
Z pieniędzmi szło mi średnio. Obrazy kupowali rzadko, tanio. Czasem zamawiali kartki, czasem małe pejzaże na prezent. Krysia pomogła mi założyć stronę w internecie, wrzucałam tam prace powoli pojawiały się osoby, które śledziły, czasem pisali.
Na życie starczało ledwo-ledwo. Pracownia, jedzenie, ubranie bez luksusów, ale wystarczało.
Nie spodziewałam się, iż będzie to się wydawało bogactwem. A jednak.
Zbigniew wpadał raz na dwatrzy tygodnie, zawsze po pracy u brata, zawsze zahaczał o mnie. Piliśmy kawę w małej kawiarni przy parku lub chodziliśmy zaśnieżonymi ulicami. Opowiadał o pracy, o synach jeden miał się żenić, czekał na dziecko. Ja o obrazach, o tym, iż chcę spróbować oleju, nie tylko akwareli.
Nigdy mnie nie poganiał, nie naciskał. Aż pewnego razu zorientowałam się, iż wyczekuję tych spotkań, a gdy go nie ma, robi się pusto.
Krysia powiedziałam jej kiedyś Zbigniew sama nie wiem.
Co nie wiesz?
Jest bardzo dobry. To trochę przeraża.
Czemu dobroć ma przerażać?
Bo zawsze za dobrym coś się czaiło. Po czymś dobrym było złe.
Krysia patrzyła na mnie długo.
Jadzia, może nie u wszystkich tak jest?
Długo o tym myślałam.
W końcu sama napisałam do Zbyszka: Może wpadłby pan w sobotę? Zaczęłam nową większą pracę, chciałam pokazać.
Przyszedł w sobotę. Obejrzał obraz. Powiedział, iż świetny. Potem poszliśmy znów na kawę, on wtedy zaproponował:
Jadwiga, a nie pojechalibyśmy gdzieś na weekend? Jest stary klasztor za miastem, pięknie zimą.
Zaraz się zgodziłam.
***
O tym, co słychać w mieszkaniu na Lipowej, dowiadywałam się kątem ucha. Czasem dzwoniła sąsiadka, pani Zofia z czwartego piętra, z którą niejedną kawę wypiłam na klatce.
Jadzia, jak się trzymasz? Słuchaj, tam u nich istny dramat. Przez ścianę słychać, jak się żrą. Teofila codziennie Michałowi wypomina, iż cię nie zatrzymał. On jej coś odpowiada. Wczoraj tak wrzeszczeli, iż bałam się, iż policja przyjedzie.
Wysłuchiwałam tego i czułam wcale nie satysfakcję. Tylko jakąś daleką, obcą melancholię. Ot, bywa i tak.
Beze mnie było im źle nie dlatego, iż brakowało im mnie, tylko dlatego, iż nie było już między nimi tarczy. Umieli całe życie strzelać w jednym kierunku. Kiedy ten ktoś zniknął, strzelali w siebie.
W lutym Zofia zadzwoniła, iż Teofilę zabrało pogotowie. Ciśnienie, serce. Michał siedzi w szpitalu sam, ponury jak burza.
Nastawiłam czajnik i myślałam: powinnam zadzwonić. Dwadzieścia osiem lat razem, człowiek to człowiek.
Pomyślałam jeszcze chwilę i wiedziałam: nie. Właśnie nie. Całe życie robiłam to, co trzeba. Teraz niech radzi sobie sam.
***
Marzec przyniósł odwilż i zapach mokrego śniegu. Sobotę spędzałam na targu, z płócienną torbą, wybierałam warzywa na śniadanie. Zatrzymałam się przy stoisku szklarniowe pomidory, wybieram, myślę, iż chcę kiedyś namalować taki wiosenny targ: kolory, ruch, gwar.
Nagle zobaczyłam Michała.
Szedł z reklamówką, patrzył w telefon, nie zauważył mnie. Wydawał się starszy. Albo po prostu nigdy nie patrzyłam na niego z boku teraz miał opuszczone ramiona, zmiętą kurtkę, poszarzałą twarz.
Stałam i czekałam, co poczuję. Strach? Złość? Niepokój, żeby mnie nie zauważył?
Nie. Nic z tych rzeczy.
Podniósł głowę, zobaczył mnie. Zatrzymał się.
Patrzyliśmy na siebie przez trzy stoiska.
Jadwiga odezwał się.
Jego głos jak zawsze cichy, ale coś w nim się zmieniło. Może niepewność.
Michał odpowiedziałam.
Podszedł bliżej. Sprzedawczyni udawała, iż bardzo zajęta sortowaniem jabłek.
Jak się trzymasz? zapytał.
Dobrze.
Schudłaś.
Może i tak.
Mama leży w szpitalu. Serce.
Słyszałam. Przykro mi.
Zamilkł. Przełożył reklamówkę z ręki do ręki.
Ty naprawdę nie wrócisz?
Patrzyłam na niego spokojnie, bez nienawiści, bez żalu. Po prostu patrzyłam.
Michał, nie wrócę.
A przecież musimy jakoś żyć
Ty musisz. Ja już żyję.
Nie miał odpowiedzi. Zapłaciłam za pomidory, poszłam dalej.
Serce biło mi równo. W tym była moja wygrana. Nie w tym, iż odeszłam. Nie w tym, iż nie wróciłam. Tylko iż stałam naprzeciw niego spokojna, nie musząc być już grzeczniejsza, bardziej wyrozumiała, może on ma rację, może ja przesadzam. Rozmawiałam z prawie obcym człowiekiem.
Na następnym stoisku kupiłam zieleninę, potem chleb i poszłam do domu. Tak, mówiłam już tak o swojej pracowni: dom.
***
Pozew o rozwód złożyłam w kwietniu. Wszystko załatwiłam sama przyszłam gdzie trzeba, wypełniłam papier. Michał nie protestował. Spotkaliśmy się jeden raz u notariusza, podpisaliśmy, tyle.
Nie miałam własnego mieszkania. Michał został w swoim. Nie walczyłam o podział majątku. Krysia mówiła, iż to błąd, iż można byłoby coś dostać. Kręciłam głową.
Nie chcę tego mieszkania, Krysia. Chcę żyć dalej.
Zawsze by się przydały pieniądze.
Będą, swoje.
Latem ze Zbigniewem widywaliśmy się już co tydzień. Czasem jechałam do niego, czasem on do mnie. Miał mały dom na obrzeżach miasta, z ogrodem: porzeczki i stara jabłoń. Pojechałam tam w maju, długo stałam w ogrodzie, podziwiając kwitnącą jabłoń.
Pięknie powiedziałam.
Żona posadziła odpowiedział. Bez bólu, zwyczajnie. Osiem lat już jej nie ma. Jabłoń dalej kwitnie.
Staliśmy obok siebie, patrząc na drzewo.
Zbigniewie, pan się nie boi? Znowu tak blisko z człowiekiem?
Na chwilę się zamyślił.
Boję się powiedział szczerze. Ale pani też mi się podoba. I myślę, iż strach to nie powód, żeby nie żyć.
Zaśmiałam się niespodziewanie.
Mądrze.
Ja po prostu przywykłem wbijać gwoździe prosto.
***
Jesienią, równo rok po tamtym październikowym dniu, kiedy zamknęłam drzwi na Lipowej za sobą, siedzieliśmy ze Zbigniewem w jego kuchni późnym wieczorem. On naprawiał szufladę, która się zacinała, ja rysowałam szkice do notesu, z kubkiem kawy.
Było ciepło, cicho, pachniało drewnem i kawą.
Jadzia odezwał się znad śrubokręta przeprowadzisz się do mnie?
Podniosłam wzrok.
Dokąd?
Tutaj, do mojego domu.
Zamilkłam. Też milczał, kręcąc śrubokrętem.
Tam mam pracownię.
Wiem. U mnie też jest pokój, duże okno na wschód. Rankiem słońce. Mówiłem?
Mówiłeś.
No więc?
Patrzyłam na swój szkic: kuchnia, mężczyzna przy szufladzie, kobieta z kawą; za oknem ogród.
Muszę się zastanowić.
Zastanów się.
Nie będziesz poganiał?
Nigdy. Głupio poganiać dorosłego człowieka.
Odłożył śrubokręt, sprawdził szufladę działała normalnie.
No to dobrze powiedziałam.
Dobrze pomyślisz, czy dobrze się przeprowadzisz?
Dobrze się przeprowadzę.
Kiwnął głową, usiadł obok z herbatą. Siedzieliśmy w milczeniu i to było dobre milczenie.
***
Minęło pół roku.
Mieszkałam u Zbigniewa, ale pracowni przy Młyńskiej nie oddałam. Chodziłam tam trzy razy w tygodniu, malowałam. Wschodni pokój u Zbigniewa stał się moim drugim miejscem szkicowałam tam rano, gdy wychodził do pracy.
Moje obrazy zaczęły się sprzedawać częściej. Nie była to wielka sława. Po prostu moi ludzie, którzy zamawiali moje prace. Cicho, nieduże, ale własne.
O Michale słyszałam czasem od pani Zofii. Teofila po szpitalu chodziła źle, prawie nie opuszczała pokoju. Michał zatrudnił opiekunkę, pracował i wracał wieczorem. Żył.
Gdy słuchałam tych wieści, myślałam: kiedyś ten człowiek był całym moim niebem. Jego nastrój był moją pogodą, jego słowa prawem. Życie, które z zewnątrz wydawało się dobrą rodziną, w środku było klatką bez klucza najgorsza z tych, których drzwi trzymasz sama.
Teraz niebo było inne.
Któregoś grudniowego wtorku przyszłam do pracowni jeszcze przed brzaskiem. Zapaliłam światło, nastawiłam czajnik. Za oknem padał śnieg, miękki i powolny.
Zadzwoniła Krysia.
Jadzia, jak tam? zapytała.
Dobrze, pracuję.
Słuchaj, mam wieści. Moja znajoma powiedziała, iż galeria w centrum szuka artystów na wiosenną wystawę. Mała galeria, ale porządna. Widziała twoje prace w internecie i chce się spotkać. Daję ci namiar.
Zanotowałam numer.
Krysia, oni pewnie chcą czegoś konkretnego. Nie mam nazwiska, żadnych dyplomów.
Jadzia, pięć lat nie malowałaś. Potem zaczęłaś. Teraz masz półtorej setki prac. To poważne?
No nie wiem
Zadzwoń. Po prostu zadzwoń.
Dobrze.
Odłożyłam telefon. Spojrzałam na kartkę z numerem. Potem przez okno śnieg sypał spokojnie, na podwórku już biało, czysto, jak na nowej kartce.
Zaparzyłam herbatę, wzięłam pędzel i zaczęłam malować. Zadzwonię. Później. Teraz muszę uchwycić właśnie ten śnieg.
***
Wieczorem Zbigniew przyszedł po mnie do pracowni. Zapukał, wszedł, zobaczył mnie przy płótnie.
Gotowa?
Jeszcze pięć minut.
Usiadł na taborecie przy ścianie, nie ponaglał. Patrzył, jak pracuję. Czasem łapałam to jego spojrzenie: uważne, ciepłe. Tak się patrzy na coś swojego.
Po pięciu minutach zamknęłam farby.
Gotowe powiedziałam.
Ładnie ci wyszło wskazał na płótno.
Sama nie wiem. Śnieg trudno malować, jest biały, ale de facto błękitny, szary, różowy, nigdy biały.
interesujące stwierdził poważnie. Nigdy bym nie pomyślał.
O, a na pierwszy rzut oka tylko biel. Patrzysz i nie widzisz.
Wyszliśmy. Na dworze zimno i cicho, śnieg przestał, powietrze czyste, chciało się oddychać głęboko.
Zbyszek powiedziałam, gdy szliśmy ciemną ulicą Dzwonili z tej galerii w centrum.
I co?
Zastanawiam się, czy iść.
Chcesz?
Zamilkłam na chwilę.
Chcę ale się boję.
Czego?
Że powiedzą, iż nie, nie tak, nie jestem prawdziwą artystką. Że to śmieszne.
Zbigniew szedł obok, ręce w kieszeniach, patrzył przed siebie.
Jadwiga, wiesz, już najgorsze masz za sobą?
W jakim sensie?
Żyłaś z ludźmi, którzy ci wmawiali, iż jesteś nikim. Przez dwadzieścia osiem lat. I odeszłaś, tylko z torbą. To było trudne. A galeria choćby jeżeli powiedzą: nie, to tylko galeria.
Zatrzymałam się.
Umiesz trafić w sedno powiedziałam. Wprost, jak gwoździem.
Staram się.
Uśmiechnęłam się, on też w świetle latarni delikatnie się rozjaśnił.
Chodźmy, zimno mruknął.
Poszliśmy dalej. Śnieg skrzypiał pod butami. Wtańczące światła lamp odbijały się w lekkim lodzie. Przed nami świeciły się okna domu.
Zbyszku powiedziałam.
Tak?
Dziękuję.
Za co?
Że nigdy nie mówisz mi musisz i powinnaś.
Zamyślił się chwilę.
Dorosły człowiek sam wie, co musi rzekł. Najwyżej przypomnieć czasem można.
Doszliśmy do domu. Otworzył drzwi, wpuścił mnie pierwszą. W przedsionku pachniało drewnem i lekko jabłkami trzymał je w piwnicy od jesieni.
Weszłam do kuchni, zdjęłam buty, zapaliłam światło.
Wszystko na swoim miejscu: drewniany stół, dwa krzesła, okno na ogród. Na parapecie leżał mój szkicownik zostawiony rano.
Otworzyłam, spojrzałam na wczorajszy szkic: kuchnia, mężczyzna ze śrubokrętem, kobieta z kawą. Za oknem ogród.
Teraz trzeba było dorysować śnieg.
Sięgnęłam po ołówek.











