Czysta kuchenka

twojacena.pl 8 godzin temu

Czysta kuchenka

Zosiu. Chodź tutaj.

Nie było proszę. Nie było jak skończysz. Po prostu chodź, jakby wołał psa.

Odłożyłam mop pod ścianę i weszłam do kuchni. Paweł siedział przy stole i wpatrywał się w telefon. Obok, w swoim stałym miejscu przy oknie, siedziała Jadwiga Pawłowna. Piła herbatę. W całym mieszkaniu pachniało gotowaną kapustą i jakimiś lekami, które teściowa łykała garściami od rana do wieczora.

Mama mówi, iż znowu nie umyłaś dobrze kuchenki rzucił Paweł, nie podnosząc wzroku znad ekranu.

Myłam wczoraj.

Źle myłaś.

Jadwiga odstawiła filiżankę na spodek z cichym stuknięciem.

Nie jestem przyzwyczajona, żeby w moim domu był brud powiedziała tonem, w którym nie było grama wątpliwości. U mnie zawsze był porządek. Dwadzieścia lat sama prowadziłam ten dom i nigdy nie było takich zaniedbań.

Miałam już pięćdziesiąt trzy lata. Stałam w kuchni w gumowych rękawiczkach, z mokrymi dłońmi, i słuchałam tego. Po raz kolejny.

Pokaż, gdzie widzisz brud powiedziałam Umyję raz jeszcze.

No właśnie, pokaż wtrącił Paweł. Sama nie widzisz, czy trzeba ci wszystko palcem pokazać?

Powiedział to cicho. Prawie spokojnie. Zawsze mówi tak: nisko, bez krzyku, ale z tonem, który wbija się jak szpilka.

Spojrzałam na kuchenkę. Błyszczała. Myłam ją wczoraj wieczorem, po kolacji, pół godziny szorowałam tłuszcz z palników. Była czysta.

I wtedy coś się stało.

To nie był wybuch. Ani łzy. Tylko spojrzałam na tą czystą kuchenkę, potem na Pawła z telefonem, potem na Jadwigę Pawłowną z jej herbatą i nagle w środku zrobiło się bardzo cicho. Tak, jak bywa tuż przed tym, jak coś w człowieku ostatecznie pęka.

Zsunęłam rękawice. Położyłam je na stole.

Słyszę to od dwudziestu ośmiu lat powiedziałam. Wystarczy.

Paweł spojrzał na mnie ponad telefonem. Jadwiga Pawłowna zamarła z filiżanką w powietrzu.

Co powiedziałaś? spytał Paweł.

Powiedziałam: wystarczy.

Wyszłam z kuchni. Weszłam do sypialni, wyjęłam z szafy duży worek z supermarketu i zaczęłam pakować rzeczy. Niewiele. Dokumenty, dwa swetry, bielizna na zmianę, ładowarka do telefonu. Ręce mi wcale nie drżały, co było zaskakujące. Byłam spokojna jak ktoś, kto w końcu podjął decyzję, która dojrzewała latami.

Z kuchni dobiegały głosy. Najpierw ciche, potem coraz głośniejsze.

Paweł, ty nie słyszysz? Idź ją zatrzymaj!

Idź sama, jeżeli chcesz

Zapięłam kurtkę, wzięłam worek i wyszłam do przedpokoju. Ubrałam buty. Otworzyłam drzwi.

Zosiu! zawołała teściowa z kuchni. Ty wiesz, co robisz? Dokąd pójdziesz? Nikim bez niego jesteś! Nikim!

Zamknęłam za sobą drzwi. Cicho, bez trzasku.

Na klatce czuć było kocią kuwetę od sąsiadów z trzeciego piętra i świeżą farbę z pierwszego. Zeszłam, wyszłam na zewnątrz. Był październik, zimny i mokry. Liście leżały na chodniku grubą, wilgotną warstwą. Przystanęłam przy wejściu i wyjęłam telefon.

Kasia odebrała po drugim sygnale.

Kasia powiedziałam Odeszłam.

Pauza.

Skąd odeszłaś?

Od Pawła. Na zawsze. Nie mam dokąd iść.

Milczenie trwało jakieś trzy sekundy. Potem Kasia powiedziała:

Pamiętasz adres? Daj mi dwadzieścia minut, będę w domu. Czekaj przy bramie, powiem ci kod do domofonu.

***

Kasia miała kawalerkę na ulicy Ogrodowej. Malutką, ale własną kupiła ją sama siedem lat temu, kiedy pracowała jako recepcjonistka w hotelu i skrzętnie odkładała każdą złotówkę. Wszędzie półeczki, kwiaty, w kuchni tablica z magnesami z różnych miast. Pachniało kawą i czymś słodkim, chyba cynamonem.

Siedziałam na kanapie z kubkiem gorącej herbaty, Kasia naprzeciwko, podwinęła nogi pod siebie, patrzyła uważnie, nie przerywała.

Opowiedz poprosiła.

Nie ma o czym mówić odparłam. To samo co zawsze. Kuchenka brudna. Zupa przesolona albo niedosolona. Podłoga źle umyta. I patrzą na mnie tak, jakbym… była narzędziem, które przestało działać.

Zosiu, przecież zawsze tak było. Co dziś się stało?

Pomyślałam chwilę.

Dziś spojrzałam na tą czystą kuchenkę i zrozumiałam, iż jeżeli teraz nie odejdę, to już nigdy nie odejdę. Tam umrę. Po prostu któregoś dnia pójdę spać i nie wstanę i powiedzą, iż sama sobie winna.

Kasia pokiwała głową. Nic nie powiedziała. Tylko dolała mi herbaty.

Nocą leżałam na jej kanapie, pod ciepłym pledem, i słuchałam ciszy. Prawdziwej ciszy. Żadnego telewizora zza ściany. Żadnego kaszlu Jadwigi Pawłownej. Żadnego poczucia, iż zaraz muszę coś zrobić.

Nie spałam do trzeciej. Nie ze strachu, po prostu nie wiedziałam, jak to jest leżeć i nie musieć za nic odpowiadać.

W końcu zasnęłam.

***

Telefon milczał dwa dni. Trzeciego dnia Paweł wysłał wiadomość: Kiedy wrócisz? Nie przepraszam. Nie musimy porozmawiać. Po prostu kiedy wrócisz?, jakbym wyjechała służbowo.

Przeczytałam i schowałam telefon do kieszeni.

Dobrze powiedziała Kasia, stojąc obok i widząc wszystko. Nie odpowiadaj. Niech się zastanowi.

On nie ma nad czym myśleć odpowiedziałam. On jest pewny, iż wrócę. Zawsze tak myślał. Że i tak nie mam dokąd iść.

A masz?

Spojrzałam przez okno. Za nim listopadowe podwórko, szare auta, nagie drzewa.

Mam. Jeszcze nie wiem dokąd, ale mam.

Pierwsze tygodnie były dziwne. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Przez całe życie wstawałam o siódmej, żeby przygotować śniadanie, posprzątać, wyprać, wyskoczyć do apteki po leki dla Jadwigi Pawłownej, zajść do sklepu, znowu coś ugotować, znowu sprzątać. Od rana do nocy. I zawsze było za mało i źle.

A teraz budziłam się, a dzień był pusty. Nic nie musiałam. To było prawie nie do zniesienia.

Kasia powiedziałam pewnego ranka, kiedy już wychodziła do pracy. Muszę coś robić, bo zwariuję.

Szukaj pracy.

Jakiej? Przez dwadzieścia osiem lat siedziałam w domu.

Przecież jesteś plastyczką.

Zaśmiałam się, krótko i bez radości.

Byłam. Dawno temu. Dwa lata po studiach pracowałam w wydawnictwie, potem wyszłam za Pawła, a on powiedział, iż nie trzeba, on zarobi. A jego matka iż porządne kobiety prowadzą dom, nie latają po biurach.

I się zgodziłaś.

Tak. Miałam dwadzieścia pięć lat, myślałam, iż to jest miłość. Że ktoś się tobą opiekuje.

Kasia zamilkła, ubierając płaszcz.

Zosiu, w szafce mam akwarele. Moja siostrzenica zostawiła. I papier też. Weź, spróbuj.

Po co?

Bo ręce pamiętają. Spróbuj.

***

Akwarele odnalazłam w dolnej szufladzie, owinięte w gazetę. Dziecięce, tanie, w plastikowym pudełku z wiewiórką na wieczku. Papier był obok, gruby, lekko zaczęty blok do akwareli. Zabrałam wszystko na kuchenny stół i długo patrzyłam na biały karton.

W końcu wzięłam pędzel.

Najpierw nie wychodziło. Farba wsiąkała źle, ręka drżała, proporcje rozjeżdżały się. Podarłam trzy strony. Potem się uspokoiłam i po prostu zaczęłam malować bez planu, bez zamysłu. Tylko kolor. Tylko forma.

Po godzinie miałam mały akwarelowy obrazek jesienne podwórko, które widziałam z okna u Kasi. Mokre drzewa, szare niebo z różową plamą na horyzoncie.

Patrzyłam i myślałam: to ja zrobiłam.

Nie zupę. Nie czystą kuchenkę. To.

Wieczorem Kasia wróciła z pracy, zobaczyła obrazek i przystanęła.

Ty to namalowałaś?

Ja.

Dobrze, naprawdę dobrze.

Nie dobrze, wszystko krzywo.

Ale żywe powiedziała. Tyle widziałam podwórek, a ten jakby naprawdę był. Czuć go.

Nic nie odpowiedziałam. Ale obrazka nie wyrzuciłam.

***

W mieszkaniu Pawła Stefana Nowakowskiego działo się to, czego zupełnie się nie spodziewał.

Przez pierwsze trzy dni czekał, iż wrócę. Bo gdzie pójdę? Nic nie umiem. Pieniędzy nie mam, pracy nie mam, mieszkania nie mam. Wracam, myślał, wracam prędzej czy później.

Nie wróciłam.

Czwartego dnia odkrył, iż lodówka jest pusta. Zupełnie. Otworzył rano, popatrzył na samotny kefir i zamknął. Do pracy poszedł głodny.

Wieczorem matka siedziała w kuchni i patrzyła na niego jak ktoś, kto wszystko przewidział, ale nie komentował z grzeczności.

Jadłeś?

Nie.

Ja też nie. Przyniosłeś coś z sklepu?

Nie zdążyłem.

Czyli nie jadłeś i nie przyniosłeś powiedziała Jadwiga Pawłowna. Pięknie. Siedemdziesiąt osiem lat przeżyłam i nie sądziłam, iż dożyję zwyczajnego braku chleba w domu.

Mama, idź sama do sklepu.

Długa pauza.

Siedemdziesiąt osiem lat, mam chore kolana. Mam ciśnienie. Chodzę z laską. I ty mi mówisz idź sama.

Nie miałem czasu, pracowałem.

A Zosia nie pracowała? Zosia harowała tu od rana do wieczora, a ty ją wygoniłeś.

Paweł podniósł głowę.

Ja wygoniłem? Sama odeszła!

Bo ją wykończyłeś! matka podniosła głos. Zawsze mówiłam z ludźmi delikatniej! Ale nie, ty zawsze wszystko wiesz najlepiej.

Sama jej codziennie marudziłaś! Kuchenka brudna, zupa zła, podłoga nieumyta!

Uwagi dawałam! Moje prawo w moim domu!

W moim domu, mamo! Moje mieszkanie!

Spojrzeli na siebie. Pierwszy raz od lat. Nie było między nimi Zosi, która przyjmowała wszystkie ciosy i chroniła ich nawzajem przed sobą.

Paweł wstał, ubrał kurtkę i wyszedł. Trzasnął drzwiami.

Jadwiga Pawłowna została sama w kuchni. Za oknem ciemno. Wstała, zapaliła światło, otworzyła lodówkę. Popatrzyła na kefir. Zamknęła.

Usiadła z powrotem.

Cicho było tak, jak nigdy dotąd.

***

Listopad przyniósł zimno i pierwszy śnieg. Od trzech tygodni mieszkałam już u Kasi, powoli dochodziłam do siebie, trochę jak ktoś długo trzymany w zamknięciu, kogo w końcu wypuszczono na świeże powietrze. Na początku razi, potem przywyka się.

Malowałam codziennie. Kupiłam porządne farby. Kasia znalazła ogłoszenie w internecie: mała pracownia do wynajęcia na ulicy Rzecznej, niedaleko parku. Pokój jakieś dwadzieścia metrów, wielkie okno na północ, drewniana podłoga. Taniej, bo bez remontu, odpadające tynki.

Pojechałam obejrzeć i od razu poczułam: to tu.

Będzie pani wynajmować? spytała właścicielka, starsza pani w szydełkowej czapce.

Będę.

Pieniędzy ledwo starczało. Sprzedałam złote kolczyki, które dostałam od rodziców na ślub. Zadrżałam wtedy, pamięć jednak ciąży. Ale przecież jaka pamięć? O czym?

Pracownia stała się moim miejscem. Przychodziłam rano, otwierałam okno i wlatywało powietrze pachnące śniegiem i wodą z rzeki. Pachniało farbą, olejem lnianym, drewnem. Ustawiałam słoiki, rozwijałam papier albo płótno i po prostu malowałam. Godzinami. Czasem zapominałam o jedzeniu.

Malowałam wszystko: pejzaże, miejskie podwórka, martwe natury z przypadkowych rzeczy filiżanka, jabłko, stary but. Wychodziło coraz lepiej. Ręce naprawdę pamiętały, tylko potrzebowały czasu po dwudziestu ośmiu latach milczenia.

Pewnego grudniowego dnia Kasia zadzwoniła prosto do pracowni.

Zosiu, w naszym hotelu planują zrobić wystawę lokalnych malarzy. Małą, w holu. Wspomniałam o tobie. Dasz kilka prac?

Kasia, ja nie jestem malarką. Dopiero zaczęłam.

Jesteś. Widziałam twoje obrazy.

To tylko amatorszczyzna.

Zosiu Kasia była cierpliwa jak wobec upornego dziecka od trzydziestu lat sobie powtarzasz, iż jesteś tylko tym, zaledwie tamtym. Dość. Dajesz obrazy?

Pomyślałam chwilę.

Dobra odparłam. Dam.

***

To właśnie tam poznałam pana Marka.

Przyszedł na wernisaż nie dla sztuki, tylko dlatego, iż zamówił pokój w hotelu i przypadkiem zjawił się w holu w odpowiedniej chwili. Wysoki, w kraciastej koszuli, siwiejące skronie, spokojne, szare oczy. Stał przed jednym z moich obrazów zimowy park, ławka, ślady na śniegu prowadzące do niej i z powrotem.

Podeszłam, bo chciałam poprawić ramkę. Usłyszałam, jak mówi do siebie cicho:

Tak bywa. Przyszli, posiedzieli, poszli.

To o śladach? spytałam.

Odwrócił się. Nie zawstydził, iż ktoś przyłapał go na rozmowie z obrazem.

Tak. Patrzę i myślę: przyszła para, posiedzieli, potem poszli każdy w swoją stronę. Może było miło, może się pokłócili, nie wiadomo.

Ja myślałam, iż to jedna osoba powiedziałam. Przyszedł, posiedział, wrócił do domu.

Samemu nie chodzi się tak klucząc stwierdził poważnie. Patrzy pani, jak ślad się wije? Dwoje.

Spojrzałam na obraz nowym okiem.

Może i dwoje przyznałam.

Potem rozmawialiśmy jeszcze z dwadzieścia minut. Okazało się, iż przyjechał z pobliskiego miasta załatwić remont u brata. Sam jest złotą rączką stolarka, elektryka, hydraulika. Wdowiec, dwóch dorosłych synów. Mało mówi, ale uważnie słucha to zwróciło moją uwagę. Nie przerywa, nie zerka w telefon. Patrzy na mnie, kiedy mówię.

Było to tak nowe, iż nie wiedziałam, jak się zachować.

Na końcu spytał:

Ma pani wizytówkę?

Nie zmieszałam się Nie robiłam.

To numer telefonu może?

Podałam. Potem długo zastanawiałam się po co może zechce kupić obraz.

Po trzech dniach napisał: Dobry wieczór. Marek, rozmawialiśmy o śladach na śniegu. Chciałbym kupić ten obraz, jeżeli nie sprzedany.

Nie sprzedałam. Przyjechał, zabrał, starannie zawinął w torbę, którą sam przyniósł. Spytał, czy nie mam jeszcze czegoś.

Pojechaliśmy do pracowni. Oglądał długo w milczeniu. Kupił jeszcze dwa małe pejzaże.

Ładnie pani maluje powiedział.

Długo nie malowałam odpowiedziałam.

Czemu?

Wzruszyłam ramionami. Nie opowiadałam. Nie wtedy.

Życie tak się ułożyło.

Skinął głową. Przyjął to i nie pytał dalej.

***

Paweł zadzwonił w styczniu. Mieszkałam u Kasi, trochę w pracowni. Oficjalnie dalej byliśmy małżeństwem, dokumentów jeszcze nie złożyłam.

Zadzwonił wieczorem, gdy kończyłam duży zimowy martwy naturę: gałązki świerku, szyszki, świeca w szklanym wazonie.

Zosia powiedział.

Tak?

Cisza.

Mama chora dodał w końcu.

Przykro mi.

Nie mogłabyś przyjechać? Choć raz w tygodniu pomóc trochę w domu?

Odłożyłam pędzel.

Pawle powiedziałam Odeszłam. Mieszkam osobno. Nie będę przyjeżdżać i pomagać.

Wciąż jesteś moją żoną.

Na razie. Ale to tymczasowe.

Zosia, nie przesadzaj. Wróć do domu. Porozmawiamy.

Nigdy nie rozmawialiśmy, Paweł. Przez dwadzieścia osiem lat mówiłeś ty i twoja matka, a ja słuchałam i robiłam co trzeba.

Wyolbrzymiasz.

Możliwe zgodziłam się spokojnie. Ale nie wrócę.

Odłożyłam telefon. Dłonie nie drżały. Aż się zdziwiłam.

A potem pomyślałam: ta historia z życia, o której prawie nikomu nie opowiadałam, pewnie wygląda jak banał: żona odeszła od męża. Ale w środku to nie była żadna oczywistość. To tak, jakby uczyć się chodzić na nowo. Codziennie.

***

Z finansami szło mi powoli. Obrazy kupowano rzadko i za niewielkie pieniądze. Czasem ktoś zamawiał kartkę, czasem mały pejzaż na prezent. Z pomocą Kasi założyłam profil w internecie, wrzucałam tam prace. Pojawiały się osoby, które śledziły moje prace, czasem pisały.

Na życie starczało ledwo. Pracownia, jedzenie, ubranie. Bez luksusów, ale na wszystko.

Nie spodziewałam się, iż to się będzie wydawało bogactwem. Ale właśnie tak było.

Marek przyjeżdżał co dwa-trzy tygodnie: załatwić coś u brata, a zawsze wpadał też do mnie. Piliśmy kawę w małej cukierni przy parku, chodziliśmy po zaśnieżonych uliczkach. Opowiadał o pracy, o synach, jeden właśnie się ożenił i spodziewał dziecka. Ja o obrazach, o tym, iż spróbuję malować olejem, nie tylko akwarelą.

Nigdy nie popędzał. Nie naciskał. Któregoś dnia zdałam sobie sprawę, iż czekam na jego wizyty. Że kiedy go nie ma, w pracowni jest ciszej.

Kasia powiedziałam pewnego razu Marek nie rozumiem tego.

Czego?

Jest taki dobry. To mnie przeraża.

Dlaczego dobre miałoby cię przerażać?

Bo zawsze po dobrym coś czai się za rogiem. Potem jest źle.

Kasia patrzyła na mnie długo.

Zosiu, może nie zawsze się coś czai?

Myślałam o tym przez kilka dni.

W końcu sama napisałam do Marka: Nie chciałby pan zajrzeć w sobotę? Zaczęłam nowy większy obraz, chciałam pokazać.

Przyjechał. Obejrzał. Powiedział, iż świetnie. Potem znowu poszliśmy do kawiarni, tam zaproponował:

Zosiu, nie chciałaby pani wybrać się gdzieś na weekend? Jest tu stary klasztor godzinę drogi stąd. Podobno zimą cudownie.

Zgodziłam się. Chciałam.

***

O tym, co się działo w mieszkaniu na ulicy Mickiewicza, słyszałam od sąsiadki. Pani Stanisława z czwartego piętra kiedyś często rozmawiałyśmy na schodach.

Zosiu, jak się masz? pytała. Słuchaj, u nich tragedia. Słychać przez ścianę, jak się kłócą. Jadwiga codziennie marudzi Pawłowi, iż cię nie zatrzymał. A on jej coś odpowiada. Wczoraj tak wrzeszczeli, iż chciałam dzwonić na policję.

Słuchałam tego bez emocji, z jakimś dalekim żalem. Nie miałam satysfakcji. Nie triumfowałam. Po prostu: tak bywa.

Bez mnie jest im źle nie dlatego, iż mnie brakuje. Źle im, bo nie mają w kogo już strzelać. Całe życie celowali w jedną stronę, a ta strona zniknęła trafiają w siebie nawzajem.

W lutym Stanisława zadzwoniła jeszcze: Jadwigę zabrali do szpitala. Ciśnienie, serce. Paweł siedzi sam, ponury.

Postawiłam wodę na herbatę i myślałam: powinnam zadzwonić. W końcu dwadzieścia osiem lat… Przecież to człowiek.

Ale potem pomyślałam jeszcze raz i zdecydowałam: nie. Nie zrobię tego, co wypada. Całe życie robiłam, co trzeba. Teraz niech sam sobie radzi.

***

Marzec przyniósł odwilż i zapach topniejącego śniegu. Szłam przez targ z płócienną torbą, szukałam czegoś na śniadanie. Zatrzymałam się przy stoisku z wczesnymi warzywami, kupowałam pomidory, planowałam, iż chciałabym namalować wiosenny targ te kolory, ten gwar.

Wtedy zobaczyłam Pawła.

Szła z siatką, patrzył w telefon, mnie nie zauważył. Zestarzał się tak mi się wydaje. Albo raczej nigdy nie patrzyłam na niego z boku. Ramiona zapadnięte, kurtka powycierana, twarz szara.

Stałam i czekałam, na co zareaguję. Strach? Gniew? Chęć ucieczki?

Nie czułam niczego z tych rzeczy.

Paweł podniósł głowę, zobaczył mnie. Zatrzymał się.

Patrzyliśmy na siebie przez trzy stragany.

Zosiu powiedział.

Głos jak zawsze cichy. Ale w nim było coś nowego niedowierzanie.

Pawle odparłam.

Podszedł bliżej. Sprzedawczyni udawała, iż jest bardzo zajęta jabłkami.

Jak się masz? spytał.

Dobrze.

Schudłaś.

Może.

Mama w szpitalu. Serce.

Wiem. Przykro mi.

Milczał. Przerzucił torbę w drugą rękę.

Naprawdę nie wrócisz?

Spojrzałam mu w oczy. Spokojnym, równym wzrokiem. Bez nienawiści, bez litości. Po prostu.

Nie, Pawle. Nie wrócę.

Przecież jakoś musimy żyć

Ty musisz. Ja już żyję.

Nie miał co odpowiedzieć. Wzięłam pomidory, zapłaciłam i poszłam dalej.

Serce biło równo. W tym tkwiło moje zwycięstwo w tym równym rytmie. Nie w tym, iż odeszłam. Nie w tym, iż nie wróciłam. Ale właśnie w tym, iż potrafię stać naprzeciw niego i nie boję się. Nie kulę się. Nie mówię sobie w głowie: bądź bardziej grzeczna, nie przesadzaj czy może on ma rację, może jestem przewrażliwiona. Patrzę jak na obcego.

Kupiłam jeszcze natkę, świeży chleb, poszłam do siebie. Do siebie, czyli do pracowni: już od dawna nazywałam ją domem.

***

W kwietniu złożyłam pozew o rozwód. Sama, bez prawnika, poszłam, wypełniłam co trzeba. Paweł nie protestował. Spotkaliśmy się raz u notariusza, podpisaliśmy dokumenty i poszliśmy każdy w swoją stronę.

Mieszkanie miał Paweł. Ja nie walczyłam o podział majątku za długo, za ciężko. Kasia mówiła, iż powinnam… Ale kręciłam głową.

Nie chcę tej klatki, Kasiu. Chcę dalej żyć.

Pieniądze by się przydały.

Będą mówiłam. Inne. Własne.

Latem z Markiem widywaliśmy się już co tydzień. Czasem ja do niego, czasem on do mnie. Miał mały dom na spokojnych obrzeżach miasta, z ogrodem, gdzie rosła porzeczka i stara jabłoń. Pierwszy raz pojechałam tam w maju i długo stałam, patrząc na kwitnące drzewo.

Ładnie powiedziałam.

Żona sadziła odpowiedział prosto, spokojnie. Osiem lat, jak jej nie ma. Ale jabłoń kwitnie.

Staliśmy obok siebie i patrzyliśmy na drzewo.

Marku spytałam cicho a pan się nie boi? Tak zbliżyć się znowu do kogoś…

Bycia z kimś blisko?

No tak.

Zastanowił się.

Boję się przyznał. Ale pani mi się podoba. Myślę, iż strach nie jest powodem, by nie żyć.

Zaśmiałam się. Byłam zaskoczona sobą.

Mądrze.

Jestem przyzwyczajony wbijać gwoździe wprost, bez kręcenia.

***

Jesienią minął rok od tamtego październikowego dnia, gdy spakowałam worek i wyszłam z mieszkania przy Mickiewicza. Siedzieliśmy z Markiem w jego kuchni późnym wieczorem. On majsterkował przy szufladzie, która się zacinała, ja siedziałam z kawą i szkicowałam coś w notesie.

Było ciepło. Cicho. Pachniało drewnem i kawą.

Zosiu powiedział Marek, nie odrywając się od śrubokrętu przeprowadzisz się kiedyś?

Podniosłam głowę.

Gdzie?

Tutaj. Do mnie.

Zamilkłam. On też milczał, skręcał coś przy szufladzie.

Mam pracownię tam powiedziałam.

Wiem. Ale tu też jest pokój, wielkie okno na wschód. Słońce rano. Mówiłem ci o tym?

Mówiłeś.

No i co?

Patrzyłam na szkic. Na stronie kuchnia, mężczyzna ze śrubokrętem, kobieta z filiżanką, okno. Za oknem ogród.

Muszę się zastanowić powiedziałam.

Zastanów się.

Nie będziesz naciskał?

Nie.

Dlaczego?

Odłożył śrubokręt, sprawdził szufladę. Zamknęła się gładko.

Bo mam czas powiedział. I nie ma sensu poganiać dorosłego człowieka.

Spojrzałam znowu na szkicownik.

Dobrze powiedziałam.

Dobrze się zastanowisz czy dobrze się wprowadzisz?

Dobrze się wprowadzę.

Skinął głową. Usiadł obok z herbatą. Siedzieliśmy w ciszy i ta cisza była dobra.

***

Minęło kolejne pół roku.

Mieszkałam u Marka, ale pracownię na Rzecznej zostawiłam. Przychodziłam trzy razy w tygodniu malowałam. Pokój z wschodnim oknem u Marka był moim drugim miejscem tam szkicowałam, zanim on szedł do pracy.

Coraz częściej ktoś kupował moje prace. Nie stałam się sławną malarką, nic z tych rzeczy. Ale powstało grono ludzi, którzy przychodzili właśnie do mnie, zamawiali właśnie moje obrazy. To nie było spektakularne, ale było naprawdę moje.

Czasem słyszałam o Pawle pani Stanisława dzwoniła od czasu do czasu. Jadwiga po szpitalu ruszała się źle, prawie nie opuszczała pokoju. Paweł zatrudnił opiekunkę. Chodził do pracy, wieczorami wracał do domu. Żył po swojemu.

Słuchałam tego i myślałam, iż kiedyś ten człowiek zajmował całe moje niebo. Jego humory były moją pogodą. Jego słowa moimi przepisami na życie. Los żony, który z zewnątrz wyglądał jak udane małżeństwo, wewnątrz był małym więzieniem bez klucza, bo najgorzej, gdy sama trzymasz klamkę z drugiej strony.

Teraz miałam inne niebo.

Pewnego grudniowego wtorku przyszłam do pracowni jeszcze przed świtem. Włączyłam światło, postawiłam wodę na herbatę. Za oknem sypał śnieg, miękki, powolny.

Zadzwoniła Kasia.

Zosiu, cześć. Jak się masz?

Dobrze. Pracuję.

Mam dla ciebie nowinę. Nie wiem, co powiesz.

Mów.

Moja znajoma w galerii w centrum szuka artystów na wiosenną wystawę. Nie duża galeria, ale porządna. Widziała twoje prace w necie, chce z tobą pogadać. Daję ci jej numer.

Zanotowałam do notesu.

Kasiu powiedziałam pewnie chcą coś poważnego. Ja nie mam nazwiska ani tytułów.

Pięć lat nie malowałaś. Teraz masz półtorej setki prac. To nie poważnie?

No

Zadzwoń, po prostu pogadaj.

Dobrze.

Odłożyłam telefon. Spojrzałam na numer. Potem w okno: śnieg ciągle padał gęsto, podwórko było już białe, czyste jak świeża kartka.

Zaparzyłam herbatę, wzięłam pędzel i zaczęłam malować. Zadzwonię. Później. Najpierw muszę uchwycić ten śnieg, póki taki.

***

Wieczorem Marek podjechał po mnie do pracowni. Zapukał, wszedł, zobaczył mnie przy płótnie.

Gotowa?

Jeszcze pięć minut.

Usiadł na taborecie przy ścianie, nie poganiał. Patrzył, jak maluję. Czasem łapałam jego spojrzenie uważne, spokojne. Tak patrzy się na coś, co się kocha.

Po pięciu minutach spakowałam pędzle, zamknęłam farby.

Już powiedziałam.

Ładnie wyszło wskazał na obraz.

Nie wiem. Śnieg trudno się maluje. Jest biały, ale tak naprawdę jest błękitny, szary, różowy wszystko, tylko nie biały.

interesujące powiedział poważnie. Nigdy bym nie pomyślał.

Właśnie. A na pierwszy rzut oka tylko biały. Patrzysz i nie widzisz.

Wyszliśmy z pracowni. Na dworze zimno i cicho, śnieg przestał padać, powietrze było czyste, takie, iż chciało się oddychać głęboko.

Marku powiedziałam, kiedy szliśmy przez ciemną ulicę dostałam telefon w sprawie wystawy. Galeria w centrum.

I co?

Myślę pójść czy nie.

A chcesz?

Zastanowiłam się.

Chcę powiedziałam. Ale się boję.

Czego?

Że powiedzą, iż się nie nadaję. Że nie jestem żadną malarką. Że to niepoważne.

Marek szedł obok, ręce w kieszeniach.

Zosiu powiedział. Wiesz, iż już nic strasznego cię nie czeka?

Jak to?

Najgorsze już za tobą. Przez dwadzieścia osiem lat żyłaś w miejscu, gdzie codziennie słyszałaś, iż jesteś nikim. Odeszłaś z jednym workiem. To było trudne. A wystawa? Niech powiedzą nie i co?

Zatrzymałam się. Roześmiałam się.

Tak masz w zwyczaju powiedziałam. Prosto do celu.

Staram się.

Uśmiechnął się lekko, w żółtym świetle latarni.

Chodźmy, zimno rzucił.

Szliśmy dalej. Śnieg skrzypiał pod butami. Latarnie odbijały się w cienkiej warstwie lodu. Przed nami świeciły się okna domu.

Marku powiedziałam.

Tak?

Dziękuję.

Za co?

Że nigdy mi nie mówisz powinnaś ani musisz.

Zamilkł na chwilę.

Dorosły człowiek sam wie, co trzeba odpowiedział. Czasem można tylko przypomnieć. Tyle.

Otworzył drzwi, wpuścił mnie przodem. Pachniało drewnem i lekko jabłkami trzymał je w piwnicy od jesieni.

Przeszłam do kuchni, włączyłam światło.

Wszystko było znajome: drewniany stół, dwa krzesła, okno na ogród. Na parapecie leżał mój szkicownik, zostawiony rano.

Otworzyłam szkicownik na wczorajszym rysunku: kuchnia, mężczyzna ze śrubokrętem, kobieta z filiżanką, okno, za oknem ogród.

Teraz zostało tylko dorysować śnieg.

Wzięłam ołówek.

Idź do oryginalnego materiału