— Naprawdę myślisz, iż będę płaciła za twoich znajomych? — żona zapytała z oburzeniem.
W „Krakusie” było wyjątkowo tłoczno jak na czwartek. Elżbieta skrzywiła się na dźwięk głośnego śmiechu zza sąsiedniego stolika — grupa młodzieży świętowała urodziny. Spojrzała na swoich rozmówców: naprzeciwko siedzieli Marzena z mężem oraz Kostek — starzy znajomi Igora jeszcze z czasów studiów.
Kelnerka, młoda dziewczyna z rudymi loczkami, zwinie manewrowała między stolikami, niosąc tacę z ich zamówieniem. Elżbieta mimowolnie rzuciła okiem na ceny w menu — co miesiąc rosły coraz bardziej. Jednak Igor zdawał się tego nie zauważać, jak zawsze hojnie zamawiając dla całego towarzystwa.
— Pamiętasz, jak na pierwszym roku urwaliśmy się z filozofii? — Kostek klepnął Igora w ramię, a kieliszek wina niebezpiecznie się zakołysał.
— Jak mógłbym zapomnieć! — Igor roześmiał się szeroko. — Siedzieliśmy potem pół dnia w barze, wydając ostatnie grosze…
Elżbieta poczuła, jak coś w jej wnętrzu się ściska. Wiedziała, co będzie dalej. Gdy kelnerka położyła rachunek na stole, Igor, jak zawsze, sięgnął po niego bez wahania.
— Kochany, może wystarczy? — powiedziała cicho Elżbieta, ale jej głos zabrzmiał ostro, przerywając nagłą ciszę.
Marzena z mężem schowali się w swoich telefonach. Kostek zaczął wpatrywać się z przesadnym zainteresowaniem w obraz na ścianie. A Igor… Igor tylko się roześmiał, jakby żona żartowała:
— No proszę cię, Ela! Co w tym złego?
Elżbieta poczuła, jak w gardle narasta jej kulka urazy i złości. Przez te miesiące milczała, liczyła te nieskończone rachunki, patrzyła, jak ich oszczędności się kurczą. I teraz coś w niej po prostu pękło.
— Naprawdę myślisz, iż będę płaciła za twoich przyjaciół? — powiedziała to wyraźnie, patrząc prosto w oczy mężowi.
Zapadła ciężka cisza. choćby śmiech przy sąsiednim stoliku przycichł. Elżbieta wstała i niepewnym krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Kątem oka zauważyła, jak Marzena chciała wstać, ale jej mąż powstrzymał ją za rękę.
Chłodny wieczorny wiatr uderzył ją w twarz, kiedy zatrzymała się przy murze. Gdzieś wysoko migotał neon „Krakusa”, koloryzując asfalt na czerwono i niebiesko. „Jak policyjna syrena”, pomyślała z gorzkim uśmiechem.
Drzwi wejściowe trzasnęły tak, iż żyrandol, podarunek ślubny od rodziców Igora, zabrzęczał. Elżbieta drgnęła, ale nie odwróciła się, metodicznie układając na stoliku wydruki z wyciągów bankowych.
— To naprawdę szczyt bezczelności! — Igor wpadł do salonu, ściągając marynarkę na wejściu. — Zrobić takie przedstawienie przy ludziach! Czy ty rozumiesz, jak niezręcznie było wszystkim?
Elżbieta powoli uniosła głowę. W jego głosie brzmiała ta znajoma pobłażliwość, która wcześniej sprawiała, iż czuła się jak głupia histeryczka. Ale nie dziś.
— Usiądź, — wskazała na fotel naprzeciwko. — Porozmawiajmy spokojnie.
— O czym tu mówić? — Igor machnął rękami. — Zawsze tak było i nigdy nikt…
— Sto dwadzieścia trzy tysiące czterysta złotych, — przerwała mu Elżbieta, wyciągając pierwszy wydruk. — To jest za marzec. Restauracja „Krakus”, trzy wyjścia. „Zamek” — dwa razy. „Stare miasto” — jeszcze cztery.
Igor zamarł w pół słowa. Elżbieta kontynuowała układanie kartek jedna po drugiej:
— Kwiecień — dziewięćdziesiąt siedem tysięcy. Maj — sto pięć… Zrobiłam obliczenia, — spojrzała na męża. — W ciągu ostatniego roku wydałeś na restauracje z przyjaciółmi ponad trzysta tysięcy. To są dwie wycieczki do Grecji, o których marzyliśmy. Lub remont pokoju dziecięcego, który ciągle odkładamy.
— Czyli śledziłaś mnie? — Igor w końcu opadł na fotel, ale siedział na samym brzegu, gotów zerwać się na nogi. — Grzebałaś w moich wydatkach?
— Naszych wydatkach, — cicho poprawiła Elżbieta. — Jesteśmy rodziną. Mamy wspólny budżet. Czy już nie?
— Boże, Ela! — przetarł twarz ręką. — Aż taka z ciebie skąpica! To są przyjaciele! Jesteśmy razem od lat…
— No właśnie, — Elżbieta splotła ręce na kolanach, aby opanować drżenie. — Od lat. I przez te wszystkie lata to ty decydujesz, jak wydawać nasze wspólne pieniądze. A ja mam się cicho zgodzić, tak?
Igor zerwał się, przechadzał po pokoju:
— Co masz na myśli? Czy ja wydaję na siebie? Na kochanki? Na hazard? Spotykam się z przyjaciółmi! Z ludźmi, których znam całe życie!
— Którzy nigdy nie oferują, iż zapłacą za siebie, — Elżbieta również wstała. — Wiesz co? Ja też chcę się spotykać z przyjaciółkami. Chodzić do teatru z Natalią. Do spa z Weroniką. Siedzieć w kawiarni z dziewczynami. Ale nie mogę sobie na to pozwolić, bo wszystkie nasze wolne pieniądze idą na przyjęcia z twoimi przyjaciółmi!
— Boże, jaka drobnostkowość! — Igor przewrócił oczami. — Nie poznaję cię! Nigdy taka nie byłaś!
— Naprawdę? — zapytała z goryczą Elżbieta. — Czy po prostu w końcu zaczęłam mówić na głos to, o czym milczałam przez lata?
Zebrała wydruki, złożyła je do teczki:
— Wiesz, co jest najgorsze? Że choćby teraz mnie nie słyszysz. Nie próbujesz zrozumieć. Łatwiej oskarżyć o skąpstwo, niż przyznać, iż to, co robisz, jest nie w porządku.
O siedemnastej dokładnie zadzwonił dzwonek do drzwi. Elżbieta poprawiła obrus na stole i wzięła głęboki oddech. Przez ostatnie trzy dni ledwie rozmawiali z Igorem, ale dzisiejszy wieczór był zaplanowany od dawna — tradycyjne spotkania u nich w domu.
— Elu! — Marzena, jak zawsze, pojawiła się pierwsza, obsypując przedpokój wonią kwiatowych perfum. Za nią wszedł mąż, ukrywając wzrok.
— Proszę, — Elżbieta przyjęła bukiet, zauważając tanie goździki. „I to od głównego architekta miasta,” pomyślała.
Po pięciu minutach dołączyli pozostali. Kostek, jak zawsze, z butelką koniaku kupioną w tej samej promocji w supermarkecie. Igor uwijał się wokół gości, głośno żartując, ale Elżbieta widziała, jak jego ręce drżą, gdy nalewa wino.
— No to za spotkanie! — ogłosił Kostek, podnosząc kieliszek.
— Zaczekajcie, — Elżbieta wstała. W pokoju zapanowała cisza — nigdy dotąd nie przerywała toastu. — Zanim zaczniemy, chcę wyjaśnić jedną rzecz.
Wyjęła z kredensu teczkę — tę z wydrukami. Igor drgnął:
— Ela, nie trzeba…
— Trzeba, — spokojnie położyła teczkę na stole. — Jesteśmy dorosłymi ludźmi. Rozmawiajmy jak dorośli.
Marzena zaczęła grzebać w torebce, udając, iż szuka telefonu. Jej mąż zamarł z widelcem w dłoni. Kostek pierwszy raz od wielu lat wyglądał na całkowicie trzeźwego.
— Dziś każdy płaci za siebie, — Elżbieta mówiła cicho, ale stanowczo. — I tak będzie w przyszłości. Obliczyłam koszt produktów i przygotowania — po cztery tysiące od osoby.
— Co?! — Kostek zakrztusił się winem. — Mówisz poważnie?
— Absolutnie, — Elżbieta rozłożyła teczkę. — Chcecie zobaczyć, ile nasza rodzina wydała na wspólne spotkania w ciągu ostatniego roku?
— Ela, — Marzena w końcu podniosła wzrok z torebki, — przecież nie jesteśmy obcymi ludźmi…
— Właśnie dlatego mówię, — Elżbieta uśmiechnęła się, ale uśmiech nie dosięgnął oczu. — Bo nie jesteśmy obcy. Bo pielęgnuję naszą przyjaźń. Ale przyjaźń to równość. A nie milcząca zgoda jednych na opłacanie rozrywek innych.
Zapadła ciężka cisza. Elżbieta fizycznie wyczuwała napięcie Igora. Jeszcze sekunda i wybuchnie, zacznie przepraszać za żonę, spróbuje obrócić wszystko w żart…
— Wiesz, masz rację, — powiedział nagle Kostek. Sięgnął do kieszeni, wyciągnął portfel. — Proszę, weź. I przepraszam… przepraszam za nas oboje. To naprawdę było nie w porządku.
Marzena z mężem spojrzeli na siebie. Potem i ona sięgnęła do torebki:
— Oczywiście, Elu. Tylko nie myśl…
Igor siedział nieruchomo, patrząc na pieniądze, które jego przyjaciele kładli na skraju stołu. Jego oczy zaczęły wyrażać zrozumienie — jakby właśnie zobaczył sytuację z innej perspektywy. Zobaczył siebie, raz po raz sięgającego po rachunek. Swoich przyjaciół, którzy przyzwyczaili się odwracać wzrok. Żonę, która po cichu liczy wydatki.
Tydzień minął niepostrzeżenie. Elżbieta stała przy oknie, obserwując, jak ostatnie promienie słońca barwią niebo na różowo. Igor kończył rozmowę telefoniczną w kuchni.
— Tak, o ósmej, — jego głos dobiegał z kuchni. — Ale uzgodnijmy od razu: dziś każdy płaci za siebie.
Elżbieta zamarła. Te słowa, wypowiedziane przez męża, brzmiały tak naturalnie, bez cienia zakłopotania czy niewygody.
— Nie, Kostek, to nie Ela nalega, — w głosie Igora pojawiły się zdecydowane nuty. — To ja mówię. Sam do tego doszedłem, wyobraź sobie.
Zatrzymał się, słuchając odpowiedzi przyjaciela, a potem roześmiał się — szczerze, otwarcie:
— Wiesz, to rzeczywiście dziwnie wyglądało. Tyle lat… Dobra, do wieczora.
Elżbieta poczuła, jak do jej oczu napływają łzy. Nie z urazy — z ulgi. Przypomniała sobie ten wieczór sprzed tygodnia, kiedy przyjaciele rozeszli się wyjątkowo wcześnie. Igor wtedy długo siedział w ciemności, obracając w rękach nietknięty kieliszek wina.
— Bardzo się złościsz? — zapytała wtedy, siadając obok niego.
— Na ciebie? Nie, — pokręcił głową. — Na siebie — tak. Wiesz, naprawdę nie zauważałem… Albo nie chciałem zauważać. Wydawało mi się, iż jestem takim… hojnym przyjacielem. A tak naprawdę…
Nie dokończył zdania, ale Elżbieta zrozumiała. Zrozumiała i milczała — czasem cisza jest bardziej wymowna niż słowa.
Dźwięk kroków za plecami przywrócił ją do rzeczywistości. Igor objął ją za ramiona, także patrząc przez okno:
— O czym myślisz?
— O nas, — przytuliła się do jego ramienia. — O tym, jak ważne jest czasem mieć odwagę powiedzieć to, o czym milczy się latami.
— A ja myślę, — delikatnie ścisnął jej ramię, — iż może naprawdę pojedziemy do tej twojej Grecji? Teraz, kiedy wreszcie mamy na to środki.
Elżbieta roześmiała się, czując, jak wewnątrz wypełnia ją ciepło. Nie od jego słów — od zrozumienia, iż w końcu mówią jednym językiem. Że już nie potrzebuje gromadzić urazy, liczyć cudzych wydatków, milczeć o tym, co naprawdę ważne.
— Wiesz, co jest najbardziej zaskakujące? — Igor obrócił ją ku sobie. — Nasi przyjaciele… Oni naprawdę się nie zmienili. Wręcz przeciwnie, teraz jest jakby… uczciwiej. Kostek wczoraj sam zaproponował złożenie się na nowy bar, wyobrażasz sobie?
— Wyobrażam sobie, — uśmiechnęła się. — Bo prawdziwa przyjaźń — nie tkwi w tym, kto płaci rachunki. Jest w umiejętności słuchania się nawzajem. W gotowości do zmian. W…
Zadzwonił dzwonek do drzwi, przerywając jej filozoficzne rozmyślania. Igor pocałował ją w nos:
— No chodźmy? Czeka nas wieczór z przyjaciółmi. Prawdziwymi przyjaciółmi.