— Naprawdę myślisz, iż będę płacić za twoich przyjaciół? — oburzyła się żona.
W „Krakowskim Zaułku” jak na czwartek było wyjątkowo tłoczno. Elżbieta skrzywiła się na dźwięk głośnego śmiechu dobiegającego z sąsiedniego stolika — grupa młodych ludzi świętowała czyjeś urodziny. Przeniosła wzrok na swoich znajomych: naprzeciw siedzieli Magda z mężem oraz Krzysiek — dawno niewidziani przyjaciele Piotra jeszcze z czasów studenckich.
Kelnerka, młoda dziewczyna z rudymi lokami, zgrabnie manewrowała między stolikami, niosąc tacę z ich zamówieniem. Elżbieta automatycznie zauważyła ceny w menu — z każdym miesiącem rosły coraz bardziej. Ale Piotr zdawał się tego nie dostrzegać, zamawiając jak zawsze hojnie dla całej grupy.
— A pamiętasz, jak na pierwszym roku uciekliśmy z filozofii? — Krzysiek klepnął Piotra po ramieniu, a kieliszek z winem niebezpiecznie się zachwiał.
— Jak mógłbym nie pamiętać! — Piotr szeroko się uśmiechnął. — Całą resztę dnia spędziliśmy w „Warszawiance”, wydając ostatnie grosze…
Elżbieta poczuła, jak coś w niej się zaciska. Już wiedziała, co nastąpi dalej. Kiedy kelnerka położyła na stole skórzaną teczkę z rachunkiem, Piotr zwyczajowym ruchem sięgnął po nią.
— Kochanie, może wystarczy? — powiedziała cicho Elżbieta, ale jej głos zabrzmiał nieoczekiwanie ostro w nagle zapadłej ciszy.
Magda z mężem niemal równocześnie zanurzyli się w swoich telefonach. Krzysiek z przesadną uwagą studiował obraz na ścianie. A Piotr… Piotr po prostu się roześmiał, jakby żona zrobiła żart:
— Daj spokój, Elka! Co w tym złego?
Elżbieta poczuła, jak gardło ściska jej złość i gorycz. Przez te wszystkie miesiące milczała, zliczała te nieskończone rachunki, patrzyła, jak topnieją ich oszczędności. Dziś jednak coś wewnątrz pękło.
— Naprawdę myślisz, iż będę płacić za twoich przyjaciół? — powiedziała to wyraźnie, patrząc prosto w oczy mężowi.
Zapanowała ciężka cisza. choćby śmiech przy sąsiednim stole jakby ucichł. Elżbieta wstała i na sztywnych nogach skierowała się do wyjścia. Kątem oka zauważyła, iż Magda chciała wstać, ale jej mąż powstrzymał ją za rękę.
Chłodne wieczorne powietrze uderzyło ją w twarz. Elżbieta zatrzymała się przy wejściu, opierając o zimną ścianę. Gdzieś nad nią migał neon „Krakowskiego Zaułku”, malując asfalt na czerwono i niebiesko. „Jak światła policji”, pomyślała gorzko się uśmiechając.
Trzask drzwi przerwał ciszę; jej dźwięk odbił się echem w salonie przypominając o kryształowym żyrandolu — ślubnym prezencie od rodziców Piotra. Elżbieta wzdrygnęła się, ale nie odwróciła, kontynuując układanie na stoliku wydruków z banku.
— To po prostu szczyt bezczelności! — Piotr wpadł do salonu, zrzucając w biegu marynarkę. — Urządzić taką scenę przy ludziach! Czy ty rozumiesz, jak wszystkim było niezręcznie?
Elżbieta powoli podniosła głowę. W jego głosie brzmiała stara pobłażliwość, która kiedyś sprawiała, iż czuła się niemądrze. Przestało to jednak na niej działać.
— Usiądź, — wskazała na fotel naprzeciwko. — Porozmawiajmy spokojnie.
— O czym tu rozmawiać? — Piotr machnął rękami. — Zawsze tak robiłem, i nikt nigdy…
— Sto dwadzieścia trzy tysiące czterysta złotych, — przerwała mu Elżbieta, układając pierwszy wydruk. — To marzec. Restauracja „Krakowski Zaułek”, trzy wizyty. „Czarny Bez” — dwa razy. „Starówka” — jeszcze cztery.
Piotr zamilkł. Elżbieta kontynuowała układanie kolejnych wydruków:
— Kwiecień — dziewięćdziesiąt siedem tysięcy. Maj — sto pięć… Zliczyłam to, — podniosła wzrok na męża. — W ostatnim roku wydałeś na restauracje z przyjaciółmi ponad trzysta tysięcy. To dwie wycieczki do Grecji, o których marzyliśmy. Albo remont pokoju dziecięcego, który ciągle odkładamy.
— Śledziłaś mnie? — Piotr w końcu opadł na fotel, ale siedział na krawędzi.
— Nasze wydatki, — poprawiła go cicho Elżbieta. — Jesteśmy rodziną. Mamy wspólny budżet. Czy już nie?
— Boże, Ela! — przetarł ręką twarz. — Co ty jak… jakbyś była skąpcem! To przecież przyjaciele! Znamy się od lat…
— Właśnie, — Elżbieta złożyła ręce na kolanach, aby opanować drżenie. — Od lat. I przez te wszystkie lata to ty decydujesz, jak wydawać nasze pieniądze. A ja mam po prostu się zgadzać, tak?
Piotr wstał, przeszedł się po pokoju:
— O co tu chodzi? Przecież nie wydaję na siebie? Na kochanki? Na kasyno? Spotykam się z przyjaciółmi! Z ludźmi, których znam całe życie!
— Którzy jakoś nigdy nie proponują płacić za siebie, — Elżbieta również wstała. — A wiesz co? Ja też chcę spotykać się z przyjaciółkami. Iść do teatru z Martą. Do spa z Anią. Po prostu posiedzieć w kawiarni z dziewczynami. Ale nie mogę sobie na to pozwolić, bo wszystkie nasze wolne pieniądze idą na twoich przyjaciół!
— Jaka drobnostkowość! — Piotr przewrócił oczami. — Nie poznaję cię! Nigdy taka nie byłaś!
— Naprawdę? — gorzko zaśmiała się Elżbieta. — Czy po prostu w końcu zaczęłam mówić to, o czym milczałam przez lata?
Ostrożnie zebrała wydruki, włożyła je do teczki:
— Wiesz, co jest najbardziej bolesne? Ty choćby teraz mnie nie słyszysz. choćby nie próbujesz zrozumieć. Łatwiej obwinić mnie o skąpstwo niż przyznać, iż to, co robisz, jest niewłaściwe.
Dzwonek do drzwi rozległ się dokładnie o siódmej. Elżbieta poprawiła obrus na stole i wzięła głęboki oddech. Przez ostatnie trzy dni prawie nie rozmawiali z Piotrem, ale wieczór był zaplanowany dawno temu — tradycyjna kolacja w ich domu.
— Elżbietko! — Magda, jak zawsze, pojawiła się pierwsza, roztaczając wokół zapach kwiatowych perfum. Za nią wszedł mąż, tradycyjnie unikając wzroku.
— Wejdźcie, — Elżbieta przyjęła bukiet, zauważając tanie goździki. „I to od głównego architekta miasta,” — przemknęło jej przez myśl.
Po pięciu minutach pojawili się pozostali. Krzysiek, jak zawsze, z butelką koniaku, którą od lat kupował w tym samym supermarkecie na promocji. Piotr uwijał się wokół gości, głośno żartując, ale Elżbieta widziała, jak drżą mu ręce, gdy nalewał wino.
— Za spotkanie! — wzniósł toast Krzysiek, podnosząc kieliszek.
— Chwileczkę, — Elżbieta wstała. W pokoju zapanowała cisza — nigdy wcześniej nie przerywała toastów. — Zanim zaczniemy, wyjaśnijmy jedną kwestię.
Wyjęła z kredensu teczkę — tę samą z wydrukami. Piotr poruszył się niespokojnie:
— Ela, nie trzeba…
— Trzeba, — spokojnie położyła teczkę na stole. — Jesteśmy dorośli. Porozmawiajmy jak dorośli.
Magda zaczęła przekopywać się w torebce, udając, iż szuka telefonu. Jej mąż stał z widelcem w zawieszeniu. Krzysiek po raz pierwszy od wielu lat wyglądał na całkowicie trzeźwego.
— Dziś każdy płaci za siebie, — Elżbieta powiedziała cicho, ale stanowczo. — I tak będzie również w przyszłości. Obliczyłam koszt produktów i przygotowania — po cztery tysiące na osobę.
— Co?! — Krzysiek zadławił się winem. — Mówisz poważnie?
— Jak najbardziej, — Elżbieta otworzyła teczkę. — Chcecie, pokażę wam, ile nasza rodzina wydała na wspólne spotkania w zeszłym roku?
— Ela, — Magda w końcu podniosła wzrok znad torebki, — przecież nie jesteśmy obcy…
— Właśnie dlatego mówię, — Elżbieta uśmiechnęła się, ale uśmiech nie sięgnął oczu. — Bo nie jesteśmy obcy. Bo szanuję naszą przyjaźń. Ale przyjaźń to równość. A nie ciche przyzwolenie jednych na finansowanie rozrywek innych.
Zapadła ciężka cisza. Elżbieta dosłownie czuła, jak napięty był przy niej Piotr. Jeszcze chwila, a wybuchnie, zacznie przepraszać za żonę, znów próbując wszystko obrócić w żart…
— Wiesz co, masz rację, — odezwał się nagle Krzysiek. Sięgnął do kieszeni, wyjął portfel. — Masz, proszę. I wybacz… wybaczcie nam obojgu. To faktycznie było niezręczne.
Magda z mężem wymienili spojrzenia. Potem ona również sięgnęła do torebki:
— Oczywiście, Elżbietko. Nie myśl sobie…
Piotr siedział nieruchomo, patrząc na pieniądze, które jego przyjaciele kładli na brzegu stołu. W jego oczach powoli pojawiało się zrozumienie — jakby po raz pierwszy zobaczył sytuację z boku. Zobaczył siebie, raz po raz sięgającego po rachunek. Swoich przyjaciół, którzy automatycznie odwracają wzrok. Żonę, która w milczeniu liczy wydatki.
Tydzień minął niepostrzeżenie. Elżbieta stała przy oknie, obserwując, jak ostatnie promienie słońca barwią niebo na różowo. W kuchni Piotr kończył rozmowę telefoniczną.
— Tak, o ósmej, — usłyszała jego głos. — Tylko wtedy ustalimy od razu: dziś każdy płaci za siebie.
Elżbieta zastygła. Te słowa, wypowiedziane przez męża, brzmiały naturalnie, bez cienia zmieszania czy niezręczności.
— Nie, Krzyśku, to nie Ela nalega, — w głosie Piotra pojawiły się twardsze nuty. — To ja mówię. Sam to zrozumiałem, wyobraź sobie.
Chwilę słuchał odpowiedzi przyjaciela, potem roześmiał się — swobodnie i szczerze:
— Wiesz, to naprawdę dziwne, jak to wyglądało. Tyle lat… Dobra, do wieczora.
Elżbieta poczuła, jak do oczu napływają jej łzy. Nie z powodu złości, ale ulgi. Przypomniała sobie tamten wieczór sprzed tygodnia, kiedy przyjaciele wyszli wcześniej niż zwykle. Piotr wtedy długo siedział w ciemności, obracając w dłoniach kieliszek z niepoczętym winem.
— Jesteś bardzo zła? — zapytał wtedy, siadając obok niej.
— Na ciebie? Nie, — pokręcił głową. — Na siebie — tak. Wiesz, naprawdę tego nie zauważałem… Albo nie chciałem zauważać. Wydawało mi się, iż jestem taki… hojny przyjaciel. A tak naprawdę…
Nie dokończył zdania, ale Elżbieta zrozumiała. Zrozumiała i milczała — czasami cisza mówi więcej niż słowa.
Dźwięk kroków za plecami sprowadził ją do rzeczywistości. Piotr objął ją za ramiona, też patrząc przez okno:
— O czym myślisz?
— O nas, — oparła się o jego ramię. — O tym, jak czasami ważne jest znalezienie odwagi, by powiedzieć to, o czym milczało się latami.
— A ja tak myślę, — lekko ścisnął jej ramię, — może naprawdę pojedziemy do tej twojej Grecji? Skoro teraz mamy na to pieniądze.
Elżbieta roześmiała się, czując, jak ciepło rozpływa się w jej wnętrzu. Nie z powodu jego słów, ale z powodu świadomości, iż w końcu mówią jednym językiem. Że już nie trzeba zbierać złości, zliczać cudzych wydatków, milczeć o tym, co naprawdę ważne.
— Wiesz, co jest najbardziej zaskakujące? — Piotr obrócił ją ku sobie. — Nasi przyjaciele… Oni naprawdę się nie zmienili. Wręcz przeciwnie, stało się jakoś… uczciwiej. Krzysiek wczoraj sam zaproponował, żeby złożyć się na nowy bar, wyobrażasz sobie?
— Wyobrażam, — uśmiechnęła się. — Bo prawdziwa przyjaźń nie polega na tym, kto płaci rachunki. Chodzi o umiejętność słuchania się nawzajem. O gotowość do zmiany. O…
Dzwonek do drzwi przerwał jej rozważania. Piotr cmoknął ją w nos:
— No to co, idziemy? Czeka nas wieczór z przyjaciółmi. Prawdziwymi przyjaciółmi…