W marcu 1971 roku lało tak, iż tramwaj linii 8 stanął na Starowiślnej i nie ruszył przez dwadzieścia minut. Edyta Majewska wpadła do Starego Teatru w Krakowie z parasolem, który złamał się przy drzwiach. Czekała na reżysera, a ten przyprowadził ze sobą dziewczynę w sztruksowych spodniach i zamszowych botkach. Janina Kowalczyk trzymała pod pachą maszynopis, kartki nasiąkły deszczem, tusz rozmazał się na marginesach. Edyta pomogła rozłożyć je na kaloryferze. Janina powiedziała tylko: „Szkoda, bo to była moja jedyna kopia”.
Edyta nie znała jej, nie czytała ani jednego zdania. Ale wiedziała, iż nie wyjdzie z tego pokoju do końca próby. Nie wyjaśniła tego. Po prostu usiadła na krześle i zaczęła czytać z rozmazanych kartek. W tym momencie zrozumiała, iż ma przed sobą kogoś, kto pisze o ludziach z marginesu lepiej niż ktokolwiek, kogo znała.
— Nie pokazuj tego dyrektorowi — powiedziała. — Ja to zagram.
Janina uniosła brew.
— Ty? Jesteś aktorką?
— A ty myślałaś, iż sprzątaczką?
To było pierwsze zdanie, które Edyta powiedziała bez żadnego planu. Potem wyjechała na zdjęcia do Łodzi i przez dwa tygodnie nosiła pod swetrem mokry maszynopis. Po powrocie zaprosiła Janinę do Piwnicy pod Baranami, gdzie miała recital. Janina przyszła w tym samym sztruksowym ubraniu, z torbą, z której wystawała nowa kopia. Po występie Edyta zagrała monolog, którego nikt nie słyszał — o kobiecie, która stoi w kulisach i boi się wyjść na scenę. Janina siedziała przy stoliku pod ścianą, obracała w palcach łyżeczkę. Po trzecim bisie podeszła do Edyty.
— Kto to napisał?
— Ty — odpowiedziała Edyta. — Ja tylko dodałam pauzy.
Od tamtej nocy nie rozstali się. No, prawie.
W 1975 roku „Przekrój” zaproponował Edycie okładkę. Redaktor dzwonił przez telefon w przedpokoju, Janina kroiła chleb w kuchni i słyszała każde słowo.
— To będzie hit — mówił redaktor. — Kobieta, która rozśmiesza Polskę.
— Pod jednym warunkiem — powiedział po chwili. — Opowiesz o swoim życiu osobistym.
— Nie — odparła Edyta.
— To nie musi być prawda. Wystarczy sugestia.
— Powiedziałam nie.
Odłożyła słuchawkę. W mieszkaniu przy ulicy Długiej pachniało kapustą i tanim tytoniem z klatki. Janina położyła nóż na desce.
— Dlaczego?
— Bo nie będę udawać. Ani twojej sekretarki, ani mojej żony.
— A kim jestem?
— Moim scenarzystą.
— To wystarczy?
Edyta milczała. Janina włożyła kurtkę i wyszła. Wróciła po tygodniu po resztę rzeczy. Zastała Edytę w przedpokoju z kartką.
— Napisałam coś dla ciebie — powiedziała Edyta.
Janina wzięła kartkę, przeczytała monolog o aktorce, która całe życie gra kogoś innego, a po spektaklu wraca do pustego mieszkania. Złożyła kartkę na cztery części, wsunęła do kieszeni.
— Zostanę. Ale nie dla twojej kariery.
W 1981 roku stan wojenny zamknął teatry. Siedziały przy kaflowym piecu, piły herbatę z cytryną i paliły stare gazety. Edyta powiedziała, iż nigdy nie żałowała tej odmowy. Janina nie odpowiedziała. Położyła dłoń na jej dłoni — i to było wszystko.
W 1986 roku Edyta odbierała nagrodę na Festiwalu Teatralnym w Opolu. Kiedy podeszła do mikrofonu, powiedziała:
— Chcę podziękować osobie, która pisze mi życie. Ona wie, iż to o niej.
Janina siedziała na balkonie. Nie biła brav. Po wyjściu czekała na nią przed teatrem, z dwoma papierowymi kubkami kawy. Szły w stronę Wisły, a woda pachniała ropą i jesienią.
I tak minęło czterdzieści lat.
W sylwestra 2013 roku, w kuchni przy ulicy Długiej, Janina układała na stole czarno-białe zdjęcia. Edyta wróciła z notariusza z teczką pod pachą. W przedpokoju od lat paliła się goła żarówka — sąsiad z dołu obiecywał wymienić, ale nigdy nie znalazł drabiny.
— Musimy porozmawiać — powiedziała Janina.
Edyta powiesiła płaszcz na haczyku. Usiadła naprzeciwko.
— Nie chcę już być twoim cieniem — zaczęła Janina. — Ludzie myślą, iż jestem twoją menedżerką. Albo kuzynką, która trzyma ci portfel.
— To nieprawda.
— To prawda. Trwa czterdzieści dwa lata.
Edyta położyła teczkę na stole, obok zdjęcia z 1971 roku, na którym obie stały przed wejściem do Piwnicy pod Baranami. Janina otworzyła teczkę. Wyciągnęła akt notarialny.
To była darowizna połowy mieszkania przy ulicy Długiej 15. Wartość: czterysta tysięcy złotych.
— Nie chcę twojego mieszkania — powiedziała Janina.
Edyta wyciągnęła długopis z torby, podpisała swój egzemplarz. Potem odwróciła dokument w stronę Janiny.
— A ja nie chcę, żebyś odeszła bez prawa do mojego życia.
Janina patrzyła na podpis. Na datę. Na pieczęć notariusza.
— Skąd wiesz, iż to mi wystarczy?
— Bo znam cię od czterdziestu dwóch lat. To jedyna rola, której nie zagram bez ciebie.
Wieczorem pojechały do Mirki na Podgórze. Małe mieszkanie, choinka, szampan, pierogi z kapustą. Nie przygotowały obrączek. Edyta zdjęła z kciuka sygnet z granatem. Janina zsunęła z palca pierścionek z turkusem. Wymieniły się. Mirka nalała cztery kieliszki.
— Możecie teraz iść do urzędu — zażartowała.
— Nie potrzebujemy urzędu — odparła Edyta. — Mamy notariusza.
Po północy wyszły na Rynek. Mróz szczypał w policzki, choinka świeciła, turyści krzyczeli w różnych językach. Janina obracała sygnet na palcu, potem przystanęła.
— Muszę ci go oddać. To twój ulubiony.
— Zwrócisz mi. Ale dopiero po śmierci.
— Obiecujesz?
— Podpisałam.
Obie się roześmiały. Tramwaj linii 8 przejechał przez plac, zadzwonił i zniknął w stronę Kazimierza.












