Cześć, mamo. Wciąż czasem do Ciebie mówię.

polregion.pl 2 dni temu

Upiekłam szarlotkę w niedzielę, trzynastego, dokładnie w rocznicę, choć nikomu o tym nie powiedziałam. Marcinek myślał, iż to zwykłe ciasto na deser. Zosia wiedziała, ale udawała, iż nie wie, bo tak było łatwiej nam obu.

Mieszkam w tym samym mieszkaniu przy Gdańskiej w Bydgoszczy, w którym się wychowałam. Za oknem tramwaj numer 4 skrzypi na zakręcie jak zawsze, sąsiadka z parteru wystawia doniczki z pelargoniami na parapet, kiedy tylko zrobi się cieplej. Ten dźwięk tramwaju zawsze mi się kojarzył z mamą, bo wracała nim z pracy o siedemnastej dwadzieścia, co do minuty. W niedzielę, kiedy zaczęłam obierać jabłka, akurat przejeżdżał, a ja zerknęłam na zegarek nad kuchenką: siedemnasta dwadzieścia jeden.

Przepis znalazłam tydzień wcześniej w szufladzie, w jej zeszycie w kratkę z odklejającą się okładką. Przy szarlotce dopisała ołówkiem: „dla Anki, jak już będzie umiała piec sama". Litery były nierówne, jakby pisała w pośpiechu, między jednym a drugim telefonem od klientki. Nie umiałam wtedy. W niedzielę stanęłam z tym zeszytem otwartym na blacie i po raz pierwszy zorientowałam się, iż nie napisała, ile mniej więcej cukru — tylko „do smaku", tak jak mówiła zawsze, kiedy chciała, żebym się nauczyła sama decydować, a nie czekała na gotową odpowiedź.

Tak jak się spodziewałam, coś poszło nie tak. Ciasto kruche rozpadało się w palcach, za suche, bo dałam za mało masła — a przecież w zeszycie nie było napisane ile, tylko „kostka, może trochę więcej". Zosia weszła do kuchni po coś do picia, zobaczyła mnie z rękami całymi w mące i zapytała, czemu robię akurat dzisiaj tę szarlotkę, skoro w zeszłym roku w tym dniu choćby nie wstałam z łóżka. Powiedziałam, iż po prostu miałam ochotę. Skłamałam i ona to widziała.

— Mogłaś powiedzieć — rzuciła i trzasnęła drzwiczkami lodówki mocniej, niż było trzeba.

Nie miałam siły się kłócić. Zaczęłam formować ciasto od nowa, dodałam jeszcze kawałek masła z lodówki, ugniatałam, aż zrobiło się gładkie. Zosia stała chwilę przy oknie, patrzyła na różę pod parapetem, tę, którą mama zasadziła piętnaście lat temu i która rosła uparcie, choć nikt jej specjalnie nie pielęgnował. W końcu powiedziała, ciszej:

— Ja też ją znalazłam. Ten zeszyt. Czytałam go, jak was nie było w domu.

Wtedy zrozumiałam, iż nie tylko ja siadam wieczorami przy stole i mówię do pustego krzesła.

Rozłożyłyśmy jabłka razem, w milczeniu, które nie było już kłótnią, tylko czymś, na co obie potrzebowałyśmy chwili. Piekarnik nagrzewał się długo, bo stary, kupiony jeszcze przez mamę, kiedy w sklepie przy Focha akurat była wyprzedaż. Kiedy w końcu włożyłam blachę do środka, w kuchni zaczęło pachnieć cynamonem i przypalonym cukrem z brzegów formy, dokładnie tak, jak pachniało u mamy w każdą niedzielę mojego dzieciństwa.

Marcinek wpadł do kuchni, kiedy ciasto jeszcze się piekło, i zapytał, czy może polizać łyżkę. Dałam mu, chociaż w łyżce zostało już tylko kilka kropel masy. Usiadł na taborecie, machał nogami i mówił coś o swoim lisie, którego zgubił dzisiaj w przedszkolu, a wychowawczyni znalazła go pod szafką. Słuchałam go i jednocześnie patrzyłam na zegarek: za dwadzieścia minut ciasto miało być gotowe.

Kiedy wyjęłam blachę, spód był lekko przypalony z jednej strony, dokładnie tak samo jak zawsze wychodziło mamie, bo piekarnik grzał nierówno. Roześmiałam się na głos, sama nie wiedząc czemu, a Zosia spojrzała na mnie tak, jakby wreszcie zrozumiała, o co w tym wszystkim chodzi.

Postawiłam na stole cztery talerzyki. Marcinek zjadł swój kawałek w trzy minuty i poprosił o dokładkę. Zosia jadła powoli, bez telefonu w ręku, pierwszy raz od tygodni. Czwarty talerzyk stał pusty, tam gdzie zawsze siadała mama, z kawałkiem szarlotki, który tego wieczoru nikt nie tknął.

Idź do oryginalnego materiału