Czerwony kokard
Basia stała przy kuchence i patrzyła, jak para powoli unosi się znad kaszy gryczanej. Nie tej gryczanej, co to sypka, złocista, zebrana z polskiego pola tylko tej najtańszej, pakowanej w woreczki po trzy złote za sztukę, drobnej, z lekką goryczką. Zamieszała łyżką, przykryła garnek pokrywką i oparła się plecami o starą lodówkę. Polar, pomrukując, dał jej do zrozumienia, iż docenia to ich wspólne życie.
Za oknem ciągnęła się ulica Miła. Blokowisko, pięć pięter, kasztanowce, co każdej wiosny zapychają parapety watą z nasion. Kiosk z kwiatami na rogu. Basia mieszkała tu od dwunastu lat, więc ta ulica była już kawałkiem niej, jak zgrubienie na pięcie, jak wiedza, iż czwarty stopień na klatce zawsze skrzypi.
W kuchni pojawił się Tomek, bez słowa, jak to miał w zwyczaju. Potrafił się pojawiać. Wysoki, barczysty, w jasnoszarej koszuli, której Basia jeszcze nigdy na nim nie widziała. Dopiero po chwili dotarło do niej, iż to nowość najpierw po prostu uderzył ją zapach. Delikatny, kwiatowy, z czymś słodkim w tle. Ani jej zapach, ani jakiś typowy męski dezodorant, ani wnętrze jego auta.
Co tam, moja spartaneczko? zerknął do garnka i skrzywił się z pobłażaniem. Znowu woda z chlebem?
Gryczana, odpowiada Basia. Z cebulką.
Z cebulką to już luksus. klepnął ją po ramieniu. Wytrzymaj jeszcze trochę, wszystko się zwróci. Brzozowy Zakątek poczeka, zobaczysz.
Basia skinęła głową. Umiała tak kiwać, iż wyglądało na zgodę, choć to była czysta rezygnacja. Znowu kręciło jej się w głowie, trzeci dzień z rzędu, cicho, ledwie wyczuwalnie. Wiedziała, iż to z oszczędzania na jedzeniu, i milczała.
Jadłaś dzisiaj coś? rzuciła.
Był lunch w pracy. Spoko.
Wziął kubek, nalał wody z kranu, wypił stojąc, odstawił do zlewu i poszedł do pokoju. Basia patrzyła na ten kubek, potem wyłączyła kuchenkę i zaczęła przekładać grykę do talerzy.
Przez te trzy lata oszczędzania przywykła już do pewnych rzeczy. Że zamiast twarogu bierze kefir z promocji, iż kurtkę piąty sezon sama łatała na łokciu, iż fryzjera widziała ostatni raz dwa lata temu w listopadzie. Włosy sama przycinała nad umywalką, starając się za dużo nie patrzeć w lustro. Niekiedy wychodziło lepiej, niekiedy gorzej.
Trzy lata temu Tomek pokazał jej zdjęcia. Mały dom pod Warszawą, w Brzozowym Zakątku, czterdzieści minut koleją podmiejską. Cegła, poddasze, jabłonie w sadzie, stara studnia, co już tylko na pokaz. Zielone okiennice, drewniany ganek, ławeczka pod krzakiem bzu.
No i? położył laptop na jej kolanach. Popatrz.
I Basia patrzyła. Poczuła wtedy coś ciepłego w środku, nie radość, ale coś podobnego. Perspektywę. Przez całe życie mieszkała w wynajętych mieszkaniach, między obcymi ścianami, w obcym powietrzu. A tu, na zdjęciu, jabłonie.
Potrzeba z trzy lata ostrej oszczędności, powiedział Tomek. Policzmy. Jak co miesiąc odłożymy tyle i jeżeli trochę ograniczysz wydatki na siebie
Ile to kosztuje?
Tomek podał kwotę. Basia zamilkła.
Sporo.
Dom, Basia. Nasz dom. Ogród, cisza, świeże powietrze. To nie jest za darmo.
Zgodziła się. Nie od razu, ale zgodziła. Otworzyli wspólne konto. Każdego miesiąca przelewała tam połowę emerytury i coś z drobnych zleceń. Pracowała na pół etatu u księgowej w małej firmie. To było niewiele, ale zawsze coś. Tomek mówił, iż z jego wypłaty idzie razy trzy więcej.
Basia mu wierzyła.
Wierzyć w ludzi szło jej łatwiej niż cokolwiek innego. Może to ten charakter, a może nauka z życia? Prościej, wygodniej jest wierzyć. Sprawdzać ciągle jest ciężko.
Pierwszą zimę przetrwała niemal bez wysiłku. Jadła skromnie, ubierała się zwyczajnie, ale traktowała to trochę jak grę. Jak dzieciak, co nie ma na loda i wymyśla sobie inną przyjemność, jeszcze cenniejszą, bo z wyobraźni. Warzyła zupy z tego, co tańsze; przeglądała przepisy na kuchnię oszczędną; cieszyła się, gdy trafiła coś na promocji. choćby było w tym coś radosnego.
Drugi rok już się czuło w ciele. Po cichu sygnalizowało. Nogi słabsze. Senność, którą nie zlikwiduje spanie. Zdarzało się, iż w autobusie nagle nie miała pojęcia, dokąd jedzie gapiła się przez okno i nic nie myślała. Do lekarza nie chodziła prywatnie nie miała za co, a w przychodni kolejki ponad siły.
Może powinnaś zbadać się, powiedziała raz do Tomka.
Do prywatnego?
Przynajmniej bez kolejek.
Wiesz, iż teraz się liczy każda stówa? Co miesiąc. Jednak pójdź do publicznego, nie?
Poszła. Zapisała się, odczekała, dostała skierowanie na morfologię. Wyniki pokazały: hemoglobina na dolnej granicy. Lekarz mówi: czerwone mięso, produkty z żelazem, witaminy.
Basia kupiła najtańsze witaminy w aptece. Czerwonego mięsa nie przewiduje jej budżet.
Trzeci rok choćby waga przestała być tematem. Lustro w łazience mówiło już wszystko. Twarz ostrzejsza, trochę żółta pod oczami, włosy matowe. W second-handzie na Lesznie trafiła dobrą granatową kurtkę, prawie idealną. Sprzedawczyni, starsza dama z rudawymi włosami, powiedziała półgłosem:
Kurtka na lata. Wie pani, sama noszę takie do znudzenia.
Wiem, odparła Basia.
My tu wszystkie wiemy, dodała i uśmiechnęła się, tak bez wesołości, tylko z cichym zrozumieniem.
Wzięła tę kurtkę. Idąc do domu, spojrzała na swoje odbicie w witrynie. Przystanęła na moment. Potem poszła dalej.
Tomek cały czas ją motywował. Miał w tym wprawę. Potrafił stworzyć wrażenie, iż wystarczy jeszcze chwilę poczekać, wytrzymać i potem już, już będzie nagroda. Słowa jeszcze trochę powtarzał tak często, iż dla Basi stały się tłem, muzyką, której się nie słucha.
Jesteś super, mówił, gdy widział, iż zjadła znowu coś najprostszego. Prawdziwa spartaneczka. Podziwiam cię.
Basia się uśmiechała. Uśmiech był prawdziwy, choć bez radości. Mięśnie twarzy wiedziały, co mają wtedy robić.
Czasem dzwoniła do córki. Kasia mieszkała w Poznaniu z mężem i dwójką dzieci, dzwonili rzadko, była zabiegana. Basia nie narzekała. Nie potrafiła. Nie chciała.
Jak tam, mamo?
Dobrze. Odkładamy na dom.
Nadal?
Prawie już, jeszcze chwila.
No to brawo.
Rozmowa przechodziła na dzieci, pogodę, jakieś sprawy codzienne. Basia odkładała słuchawkę i szła do kuchni.
Trzecia jesień oszczędzania to było wyostrzenie zmysłów. Basia zorientowała się później, iż organizm, gdy ma za mało czegoś, wyostrza węch. Zaczęła czuć zapachy tam, gdzie wcześniej nie zwracała uwagi.
Zapach perfum z Tomkowej koszuli pierwszy raz poczuła w październiku, właśnie stojąc nad gryką. Potem stwierdziła, iż to przewrażliwienie. Albo jakiś ślad z autobusu.
Drugi raz listopad. Tomek wpadł do domu późno i szczęśliwy, zaróżowiony. Mówi, iż posiedzenie się przedłużyło. Pomagała mu odwiesić płaszcz i wtedy poczuła ten sam bukiet: kwiatowy, słodki, ciepły. Wymyślone perfumy Chantalle. Basia nie wiedziała, iż tak się nazywają, czuła tylko, iż to nie jej i iż drogie.
Zmęczony? spytała.
Bardzo. Trzy godziny zebrania. Beznadzieja. ziewnął, przeciągnął się i poszedł do łazienki.
Odwiesiła jego płaszcz i sekunda przy wieszaku. Potem znów kuchnia, znów grzanie zupy.
Basia umiała nie myśleć o tym, czego nie chciała wiedzieć. To też jej dar. Potrafiła przekierować myśl, jak wodę w nową rynnę. Nie z tchórzostwa z obawy, iż jak dopuści do siebie, będzie musiała coś zrobić.
Konto wspólne zapełniało się. Tomek pokazywał potwierdzenia. Basia patrzyła na kwoty i czuła coś w rodzaju nadziei. Rosło, powoli, ale rosło.
Widzisz? pokazywał komórkę. Już całkiem sporo. Na wiosnę, myślę, robimy pierwszy ruch.
A co to za pierwszy ruch?
Negocjacje z właścicielami Brzozowego Zakątka. Trzeba się dowiedzieć, co i jak, powalczyć o cenę. Tam są różne szczegóły.
Kiwnęła głową. Detale to już była jego domena. On papiery i dogadywanie; ona oszczędzanie. Tak mieli ustalone.
W grudniu Tomek zaczął siedzieć dłużej w pracy. Wyjaśniał: integracje, grudzień to normalne, jak się nie chodzi, wypadasz z grupy. Basia rozumiała. Basia zawsze rozumiała.
Tyle iż pewnego grudniowego wieczora wrócił po pierwszej i wyglądał nie jak ktoś, kto przez pół wieczoru siedzi z butelkami tylko wypoczęty. Dziwnie to słowo, ale takie Basi przyszło do głowy: wypoczęty. Oczka błyszczą, ruchy płynne. Policzki różowe, ale nie od wina, tylko jakby od zimna (a nie było mrozu). Albo jakby po prostu bardzo mu coś się udało.
Wyszedłeś się wyszaleć? rzuciła.
Praca taka, zaśmiał się. W Brzozowym Zakątku będzie dużo ciszej. Żadnych imprez.
Pocałował ją w czoło i położył się spać. Basia jeszcze długo siedziała w kuchni. Polar burczał, za oknem padał śnieg.
W styczniu znalazła paragon.
Przypadkiem, jak wszystko ważne. Chciała wyczyścić jego nową marynarkę, tę granatową, którą założył na Sylwestra. Marynarka leżała na krześle w sypialni. Basia szczotką przeleciała po ramionach, potem miała zwyczaj zaglądać do kieszeni, zanim powiesi w szafie.
W lewej była kartka białego papieru.
Wyjęła. Popatrzyła.
Restauracja Ostrygi & Wino na Starówce. Data: 28 grudnia. Kwota.
Basia długo studiowała te cyfry, zanim dwa razy upewniła się, iż nie przekręciła się w oczach. Odłożyła paragon, spojrzała w okno. Na ulicy Miłej przechodziła kobieta z psem. Pies ciągnął smycz, kobieta nie spieszyła się.
Kwota na rachunku to był ich cały miesięczny budżet na jedzenie. Basia rozciągała go na kasze, tanie makarony, herbatę, olej, wszystko odliczane, gram do grama, byle przetrwać do kolejnego przelewu.
Włożyła paragon z powrotem i odwiesiła marynarkę. Wróciła do kuchni.
Polar pomruczał.
Nalała sobie wody do szklanki. Wypiła. Odstawiła. Znów nalała. Znów odstawiła.
Tomek w pracy. Start miał od dziewiątej. Basia dorabiała zdalnie, mogła zostać w domu. Dziś pracy nie było, więc była sama.
Myślała, kto jada ostrygi pod koniec grudnia. Sama nigdy tam nie była, znała tylko z reklam białe obrusy, sala ze świecami. Taka restauracja nie jest tania.
28 grudnia Tomek informował, iż spotyka się z Igorem, kumplem z polibudy. Wrócił o dziesiątej wieczorem, nie pachniał winem, tylko czymś ledwo uchwytnym. Kwiatowym. Słodkim.
Basia nie wyciągała wniosków. Umiała trzymać myśli na dystans. Może zjadł solo. Może służbowo. Może
Tego wieczora, kiedy wrócił do domu, patrzyła na niego inaczej. Nie podejrzliwie, nie analizując, tylko patrzyła.
Jak dzień? spytał, zdejmując buty.
Dobrze, rzekła. Jadłeś?
W pracy coś zjadłem.
Zupa już podgrzana.
Super.
Usiadł do stołu, jadł zupę patrząc w telefon, coś przewijając. Basia siedziała naprzeciw, z kubkiem herbaty i patrzyła. Wydawał się spokojny. Żadnych oznak zdenerwowania. Albo bardzo dobrze się maskował.
Tomek, odezwała się.
Mhmm?
W Ostrygach & Winie jest drogo?
Uniósł wzrok. Na sekundy.
Skąd miałbym wiedzieć? Nigdy tam nie byłem.
Aha, rzuciła Basia. Po prostu widziałam reklamę.
Znów opuścił wzrok w telefon.
Basia piła herbatę.
Luty był tej zimy mroźny i spokojny. Basia spacerowała w swojej granatowej kurtce z lumpeksu, grzała dłonie przy kubku, marzła w autobusie. Zawroty głowy były gorsze. Zapisała się do przychodni, weszła, poczekała. Lekarka jak rok temu: granica normy, lepsza dieta, witaminy.
Biorę witaminy, odezwała się Basia.
Jakie?
Powiedziała nazwę. Lekarka pokiwała głową.
To takie najtańsze. Może, ale jeżeli jest możliwość…
Nie ma, przycięła Basia.
Pani doktor już nie nalegała.
W lutym Tomek był szczególnie ożywiony. Kupił nowe rzeczy. Basia zauważyła: nowy pasek, inne buty, zupełnie w innym stylu, brązowe półbuty z ozdobnym przeszyciem ładne, drogie.
Nowe? spytała, patrząc na buty.
Promocja. Stare się rozleciały.
Promocja, powtórzyła.
No, przecież nie z butiku.
Pokiwała tylko głową.
W marcu, na samym początku, na jego telefonie mignęło powiadomienie. Telefon leżał na stole, ekran się zapalił. Tomek był w łazience. Basia siedziała obok, z książką, której nie czytała.
AutoLand Warszawa.
Tekst: Państwa Cross-City jest gotowy do odbioru. Czerwone akcenty zgodnie z życzeniem. Zapraszamy w dowolnym czasie.
Basia opuściła książkę.
Cross-City znała. Wielki SUV, widziała na ulicach. Drogi samochód. Nie ich liga. Wcale.
Czerwone akcenty zrozumiała w nocy, kiedy Tomek spał i oddychał miarowo obok. W salonach samochodowych, kiedy auto jest prezentem, zakłada się wielką, czerwoną kokardę. Taki motyw z reklam: Daj ukochanej wyjątkowy prezent.
Basia leżała na swojej stronie łóżka i patrzyła w sufit. W pokoju było ciemno. Tomek oddychał równo. Za oknem czasem przemykał samochód.
Myślała o kaszy z cebulką.
O witaminach za dwanaście złotych opakowanie.
O kurtce z lumpeksu.
O tym, iż u fryzjera była ostatni raz w tamtym listopadzie.
O wspólnym koncie.
Potem przestała myśleć. Po prostu leżała.
Rano zadzwoniła sprawdzić stan konta. Podała numer, usłyszała kwotę.
Basia zamilkła na sekundę. Podziękowała i się rozłączyła.
Kwota była o połowę mniejsza, niż powinna, zgodnie z ich oszczędzaniem.
O połowę. Dwa lata wyrzeczeń, połowa.
Usiadła za stołem w kuchni i patrzyła na stół. Na ceratę z kwiatowym wzorem, z małą plamą po kawie, którą szorowała parę miesięcy i nie znikała. Zwykła plama. Nic wielkiego.
Basia! zawołał Tomek z pokoju. Wstawiłaś już herbatę?
Już robię, odpowiedziała.
Wstała, nalała wody do czajnika. Postawiła na gaz.
Słabość w nogach była dzisiaj wyjątkowo mocna.
Nie zaczęła śledzić go od razu. Samo słowo śledzić było jej obce, upokarzające. Ale jednego czwartku, kiedy oznajmił, iż po pracy spotyka się z partnerami biznesowymi, wyszła pół godziny po nim. Po prostu na spacer, bo lubi, tak sobie tłumaczyła.
Jego stara, srebrna toyota nie stała przed biurem ani przed restauracją dla biznesmenów. Stała pod galerią handlową na Alejach Jerozolimskich. Basia zobaczyła ją przypadkiem, zatrzymała się, czekała chwilę, weszła do środka.
Znalazła go w dziale jubilerskim na drugim piętrze. Stał przy witrynie z kobietą, młodą, może po trzydziestce. Jasne włosy spięte w kok, jasny płaszcz. Rozmawiali blisko siebie, tak jak ci, co nie boją się swojego terytorium.
Basia nie podeszła. Stała za filarem, udając, iż pisze SMS-a.
Tomek mówił coś do niej, kobieta się śmiała. Sprzedawca wyjął coś z witryny, położył na welurowej poduszce. Łańcuszek albo bransoletka. Tomek pokiwał głową, zapłacił kartą.
Kobieta schowała torebkę, założyła płaszcz i wyszli razem.
Basia została za filarem.
Ludzie biegali w różne strony. Ktoś prowadził dzieci za rękę, ktoś gadał przez telefon. Grało radio, pachniało zapiekanką.
Basia stała chwilę, potem spokojnie skierowała się do wyjścia.
Przed centrum handlowym usiadła na ławce. Marzec więc ziemia jeszcze mokra, ale ławka sucha. Siedziała i patrzyła na ulicę. Samochody, przechodniów, kałużę na rogu.
Nie płakała. W środku czuła coś zbitego i cichego, jak ziemia pod śniegiem. Nie pustkę, nie ból taką właśnie gęstość i spokój.
Potem wstała i poszła do domu.
Przez następne dni była sobą: gotowała, robiła papiery, patrzyła w telewizor. Tomek bez zmian wesoły, motywował, bywał rozkojarzony. Opowiadał o Brzozowym Zakątku. Że jak będzie wiosna, jedziemy oglądać dom.
Wiesz, wydaje mi się, iż dadzą nam może raty. Wtedy nie trzeba będzie od razu tyle kasy mieć.
Raty? powtórzyła Basia.
No tak, część na start, reszta potem.
A ile mamy teraz? spytała zwyczajnie jakby nie wiedziała.
Z ostatnich przelewów powinna być już niezła suma. Muszę sprawdzić.
Sprawdź teraz.
Później, i przełączył kanał.
Basia poszła do kuchni.
Tego wieczoru zadzwoniła do córki.
Mamo, wszystko ok? zapytała Kasia. Masz taki głos
Nic, zmęczyłam się.
Znowu się zaciskacie?
Tak.
Naprawdę ten dom jest wam taki potrzebny? Może byście kupili normalne mieszkanie w waszym rejonie? Po co ten Zakątek?
Tomek chce.
A Ty?
Chwila ciszy.
Ja też. Tam są jabłonie i bez.
Ach, mamo córka z takim pobłażaniem, co mają dzieci dla naiwnych rodziców.
Wszystko dobrze. A wy jak?
Rozmowa zeszła na dzieci i sprawy dnia. Basia słuchała, odpowiadała. Po skończeniu analizy, siedziała z telefonem w dłoni i myślała o jabłoniach. Czy w ogóle były? Czy te bzy? Może to była obca fotka wstawiona przez Tomka, bo wiedział, iż jabłonie i bez znaczą dla niej wiele?
To choćby nie była myśl, bardziej uczucie jak zimna woda wylana na kolana.
Po paru dniach zadzwoniła do AutoLandu. Ot, zapytać o nową Cross-City.
Świetny samochód, głos w słuchawce. Ostatnio wydaliśmy takiego czerwonego klientowi. Pan zamówił auto na prezent, taka ładna historia.
Prezent, powtórzyła Basia.
Tak, z wielką kokardą. Klient wymagał pełnej oprawy.
Aha, dzięki.
Odłożyła słuchawkę. Wstawiła czajnik.
W środku dalej to samo. Gęsto i cicho.
Potem włączyła laptop. Sama sprawdziła historię rachunku. Miała dostęp, załatwiali to razem na początku.
Analizowała: wpływy jej przelewy miesiąc w miesiąc, równo, jak w zegarku. Jego mniej, nieregularnie.
A potem wypłaty. Regularne wypłaty poza normalnymi datami, sumy różne, nie zawsze łatwe do wytłumaczenia czy małe.
Wyjęła zeszyt, tę starą domową księgowość, prowadzoną do grosza. Nowa strona. Zaczęła liczyć.
Liczyła długo, dwie godziny. Polar pomrukiwał, za oknem ciemniało.
Wreszcie zamknęła zeszyt, odstawiła go na bok, nalała sobie wody.
Obraz układał się jednoznacznie. Trzy lata każdej miesięcznej wpłaty, trzy lata taniego jedzenia, używanych kurtek, niechodzenia do lekarza, strzyżenia się samodzielnie nad wanną. Trzy lata robienia siebie mniejszą, by zbudżetować ich życie.
A kasa znikała. Nie całość, ale znikała regularnie. W dziale jubilerskim była kobieta w beżowym płaszczu. Tomek płacił kartą, jakby robił to nie pierwszy raz.
A w AutoLandzie była kokarda.
Paragon z Ostryg & Wino na ich całą kasę na jedzenie w grudniu.
I ta inna koszula, pachnąca Chantalle.
Basia zamknęła laptop, przeszła do salonu. Tomek oglądał wiadomości na TVN24.
Głodny? spytała.
Nie, dzięki. Już za późno.
Ok.
Weszła do łóżka. Przewróciła się na bok. Tomek przyszedł później, położył się, zasnął.
Basia długo nie spała. Myślała nie o nim, tylko o sobie. O tym, kiedy ostatnio myślała o sobie jak o kimś, komu się też coś należy. Nie lekarstwa i ciepła kurtka, tylko coś, co sprawia przyjemność.
Dobra kawa. Bardzo ją zawsze lubiła, taka mielona, mocna, prawdziwa. Od ponad półtora roku tylko tańsza, rozpuszczalna w saszetkach po złoty siedemdziesiąt.
Ser pleśniowy. Jadła go ostatni raz z pięć lat temu, przed tymi wszystkimi oszczędnościami. Z pajdą chleba i winogronami, tak, sama dla siebie, jak mini święto.
Ostrygi przełknęła raz w życiu, na urlopie nad morzem jako młoda dziewczyna. Całą drogę do domu potem myślała, iż to coś niesamowitego.
Basia przewróciła się na drugi bok.
Decyzja przyszła nie tej nocy. Dojrzewała powoli, jak chleb w niskiej temperaturze. Nie potrafiła podać momentu, kiedy się sfinalizowała, ale rano już była konkretna i spokojna.
Następne dni żyła jak zwykle. Gotowała, pracowała, rozmawiała z Tomkiem. On nic nie zauważył. Lub udawał. To już nie było ważne.
Jednego z tych dni poszła za nim do końca. Nie dla potwierdzenia, bo już wiedziała. Chciała po prostu zobaczyć. Dotknąć prawdy dosłownie.
Wiedziała, iż w czwartki się spóźnia. Czwartkowym popołudniem założyła stare szare palto, to sprzed lumpeksowej kurtki, dyskretne, i ruszyła cicho jego śladem.
Spotkał się z tą samą kobietą. Jasne włosy, wszystko idealnie wypielęgnowane. Spotkali się pod kawiarnią na ulicy Nowej, potem razem gdzieś poszli. Basia szła z daleka, spokojnie.
Weszli do parku. Basia stanęła za drzewami. Widziała, jak Tomek wyciąga coś z torby, kobieta rozpakowała prezent. Stali blisko siebie. Tomek objął ją za ramiona i pocałował.
Basia patrzyła.
Potem zerknęła na swoje dłonie w cieniutkich, trochę przechodzonych rękawiczkach. Palce czerwone od chłodu.
Stała chwilę, ruszyła do domu.
W autobusie patrzyła przez okno na szary, mokry miasto. Kałuże, gołe drzewa, latarnie zapalające się jedna po drugiej, jakby ktoś powoli naciskał guzik.
W domu od razu poszła do sypialni. Wyciągnęła wielką torbę, tę, co leżała latami nieużywana, i zaczęła się pakować. Nie wszystko, tylko swoje rzeczy. Tylko to, co na pewno jej.
Metodycznie bielizna, kilka ciepłych rzeczy, dokumenty. Legitymacja, dowód, książeczka oszczędnościowa, gdzie czasem przelała coś dla siebie, cichaczem, choćby nie przyznając się przed sobą, iż oszukuje ten ich system.
Telefon, ładowarka, książka.
Na wieszak powiesiła granatową kurtkę z second-handu, zamiast niej wyjęła dawno nieużywany bordowy żakiet na podszewce. Trochę ciasny, ale zupełnie inny niż te kurtki za grosze.
Wzięła kartkę i długopis.
Napisała: Dzięki za paragon z Ostryg i czerwoną kokardę. Mam nadzieję, iż było ci smacznie.
Złożyła, podpisała Tomek i zostawiła na kuchennym stole obok plamy od kawy.
Wzięła torbę.
Spojrzała na lodówkę. Polar zaburczał, jak zawsze.
No, to cześć, powiedziała cicho.
Wyszła, przekręciła klucz. Odłożyła go pod wycieraczkę nie dlatego, iż się umawiali, tylko nie chciała mieć go przy sobie.
Na Miłej była codzienna wieczorna krzątanina. Ludzie wracali z pracy. Pies ciągnął smycz. Kiosk z kwiatami rozświetlony.
Basia przystanęła na moment. Potem ruszyła.
Wiedziała, dokąd idzie.
Wielki supermarket był dwie ulice dalej. Delikatesy Smakosz codziennie przechodziła koło nich i nie wchodziła, bo drogo. Upatrzyła w środku światła, półki z owocami ułożonymi jak wystawa, pielęgnowany porządek. Chodzili tam ludzie, co kupują jedzenie, bo lubią nie tylko dlatego, iż muszą.
Weszła.
W środku pachniało dobrą kawą i świeżym chlebem. Grała cicha muzyka.
Wzięła wózek i zaczęła powoli przechodzić między alejkami.
Dział rybny. Tak, od razu go znalazła. Filety z łososia, błyszczący tuńczyk. Ten ostatni ciemnoczerwony, mięso jak na zdjęciu. Basia zamówiła kawałek.
Ten, poproszę.
Zawinięty w papier wylądował w wózku.
Potem poszła dalej.
Ostrygi były, w chłodziarce z napisem frutti di mare. Sześć sztuk, cały kartonik. Wzięła.
Ser pleśniowy, niebiesko-szary, woskowana skórka. Dokładnie ten, co pamiętała sprzed lat. Kawałek do wózka.
Chleb razowy, chrupki z ziarnami. Nie marketowy bochen za złoty trzydzieści, tylko solidny pachnący chleb.
Kawa długo wybierała. Ziarna mielone, ciemnoniebieska paczka. Etiopska. Na etykiecie: Nutka borówek i czekolady.
Na kasie rozłożyła wszystko na taśmie. Przyglądała się temu: tuńczyk, ostrygi, ser, chleb, kawa.
Dobre wybory, rzuciła kasjerka, nie podnosząc głowy.
Dziękuję.
Kwota spora, zapłaciła kartą własną, z tej książeczki oszczędnościowej.
Z torbą wyszła.
Dokąd dalej nie wiedziała. Do córki późno i daleko. Miała przyjaciółkę, Walę, czasem dzwoniły, ale teraz nie chciała. Poszła do pensjonatu na drugim końcu miasta. Mały pokój. Nie drogi, ale schludny.
Rozpakowała torby. Wyłożyła na stolik wszystko, co kupiła. Spojrzała.
Poprosiła w recepcji o otwieracz do ostryg. Pani przyniosła taki nożyk.
Pani umie? z ciekawością.
Dam radę, odpowiedziała Basia.
Poradziła sobie. Może nie po francusku, ale się udało. Pierwszą ostrygę zjadła i po chwili drugą.
Potem ucięła kawał tuńczyka, chleb, trochę sera. Zaparzyła kawę w małym ekspresiku w pokoju.
Jadła to powoli. Za oknem światła miasta, samochody, radio grało coś spokojnego.
Basia jadła, nie myśląc o Tomku. Nie o Brzozowym Zakątku. Nie o tym, co dalej.
Myślała o tym, iż ostryga pachnie tak samo jak kiedyś, na Mazurach. Tuńczyk delikatny, ciemny, smak zostaje na długo. Ser taki, jak miała w pamięci: trochę ostry, trochę kremowy. Kawa naprawdę z nutą borówki to nie żadna reklama.
Jadła i czuła, iż to chyba ona.
Nie spartaneczka. Nie ta, co tylko znosi. Tylko człowiek, co wie, jaka jest różnica między ostrygą a tanią kaszą. Kto wieczorem potrafi zjeść coś dobrego, patrząc na miasto przez okno i siedzieć w ciszy. Trzy lata była gdzieś obok, a teraz, chyba, wróciła.
Piła kawę małymi łykami. Za oknem huczało miasto.
No, szepnęła do siebie, dzień dobry.
Dolała sobie kawy.
Nie wiedziała, co będzie jutro. Nie wiedziała, gdzie zamieszka za tydzień, czy Tomek będzie chciał rozmawiać, czy nie. Czy kiedyś znajdzie dom z jabłoniami, nie taki obrazkowy, tylko swój. Zadzwoni do córki dziś, czy jutro. Może boli ją bardziej niż daje po sobie znać, ale dziś nie.
Nie wiedziała tego wszystkiego.
Ale teraz, w małym hotelowym pokoju, z pustym pudełkiem po ostrygach i filiżanką kawy etiopskiej, wiedziała jedno: to jest ona. Jej smak, jej wybór, jej wieczór.
I to coś znaczyło.
Wzięła ostatni kawałek sera na chleb.
Za oknem zapaliła się latarnia. Jedna. Potem druga. Cały szereg, jakby w końcu ktoś nacisnął adekwatny przycisk.
Basia patrzyła na światła i żuła chleb z serem. Więcej nie mówiła, nikomu choćby sobie. Po prostu siedziała. Jadła. Była.
To na razie starczyło.
***
Rano obudziła się przed budzikiem, poleżała chwilę patrząc na obcy sufit, biały, z plamką przy karniszu. Obcy sufit, ale przez to nieszkodliwy, nie przytłaczający.
Wstała, umyła się, uczesała. W lustrze zobaczyła zmęczoną twarz, ostrzejszą, niż by chciała, z podkrążeniami pod oczami. Ale coś było inaczej. Albo jej się wydawało.
Nie patrzyła długo. Ubrała się, spakowała torbę. Czekał telefon do Wali. Do córki. Decyzja, gdzie mieszkać na razie. Wiele przed nią.
Najpierw zeszła do hotelowej kawiarni i zamówiła śniadanie. Jajecznicę, tost, kawę prawdziwą, nie rozpuszczalną.
Kawę dostała w maleńkiej szklance. Ogrzewała ją dłońmi.
Przy sąsiednim stoliku starsza pani czytała książkę i nie interesowała się nikim. Tyle iż od czasu do czasu piła kawę. Basia patrzyła, myśląc, iż kobiety czytające przy śniadaniu same nie wyglądają na samotne, tylko takie spokojnie zajęte sobą.
Jajecznica była gorąca i z natką. Jadła powoli, z tostem.
Napisała do Wali: Można dziś wpaść? Wszystko opowiem.
Wala odpisała od razu: Pewnie! Czekam. Już stawiam wodę na herbatę.
Basia schowała telefon, wypiła kawę.
Wstała, założyła bordowy żakiet. Wzięła torbę.
Na zewnątrz marzec pachniał jakoś inaczej. Nie to jeszcze wiosna, nie zima, ale pod spodem już czuło się coś wilgotnego, ledwo wyczuwalny ruch ziemi pod asfaltem.
Przystanęła na moment na schodkach hotelu. Poprawiła kołnierz i ruszyła na przystanek.
Szła bez pośpiechu, nogi nie były ciężkie. Głowa też nie kręciła się, na razie.
Mijały auta. Po chodniku szła młoda mama z wózkiem. Na drzewie rozsiadła się wrona, patrzyła na nią z taką miną, iż już wszystko oceniła.
Basia popatrzyła:
I co, powiesz coś? szepnęła.
Wrona nie odpowiedziała. Zleciała na ziemię, zerknęła na coś i odleciała za swoje sprawy.
Basia uśmiechnęła się jednym kącikiem ust.
Przyjechał autobus. Znalazła miejsce przy oknie, autobus ruszył.
Za szybą miasto: domy, sklepy, drzewa nagie, billboardy. Basia patrzyła i myślała, iż przez trzy lata nie patrzyła przez okno. Jeździła, będąc tylko w głowie: w kalkulatorze, w niepokoju, w cudzych planach.
A miasto i tak żyło. I bez niej.
To nic nadrobi się.
Na skrzyżowaniu światła. Obok w aucie kobieta z pięćdziesiątki śpiewała do radia, nie krępując się.
Basia patrzyła. Zielone. Jadą dalej.
Oparła głowę. Telefon milczał w kieszeni. Tomek, może wrócił, może nie. Może już coś wie, może nie. To już jego sprawa.
Ona miała swoje.
Jechała do Wali, tam będzie gorąca herbata i pewnie długa rozmowa. A potem dzień po dniu wszystkiego po trochu, jak to bywa, gdy zaczyna się od nowa. Trochę strachu, niepewności, pytań bez odpowiedzi.
Ale będzie też i kawa, co pachnie borówką. Ostryga z zapachem morza. Lustro, w które można spojrzeć bez uczucia obcości.
Mało, ale nie nic.
Autobus jechał. Miasto za oknem szare i żywe. Basia patrzyła i myślała: jabłonie kiedyś będą. Prawdziwe nie z cudzego zdjęcia. I bez będzie. I dom ze schodkami i ławką.
Tylko to nie jest coś, co ktoś daje. Tylko coś, co się znajduje.
Kiedyś.
Jeszcze nie teraz. Teraz autobus, okno, marzec, co pachnie trochę inaczej.
Teraz to.
I to, dziwo, już całkiem sporo.








