Czarna wdowa
Ładna i bystra Pola, pod koniec studiów na wydziale dziennikarstwa, poznała Włodzimierza, znacznie od siebie starszego. Oczywiście, pierwszy zwrócił uwagę na szczupłą, subtelną Polę właśnie on Włodzimierz Kwiatkowski. W mieście znał go każdy, pisał piosenki, które często grano w lokalnych rozgłośniach.
Włodzimierz był swoim chłopem wśród mieszkańców, na lokalnej telewizji znał prawie wszystkich. Dzięki temu bez trudu załatwił Poli po studiach pracę jako prowadząca jego program. Niedługo później miała swoją pierwszą autorską audycję Rozmowy na żywo. Zaprosiła znanego w Poznaniu psychologa i kilka innych osób. Audycja miała formę pytań i odpowiedzi, bazowała na codziennych sytuacjach.
Brawo, Pola pochwalił ją Włodzimierz, oglądając jej debiut. To trzeba świętować!
Włodzimierz lat czterdzieści pięć, trzykrotnie żonaty, ale jego nieposkromiona energia i tłum przyjaciół absolutnie nie pasowały do życia rodzinnego. Był twórcą, pisał piosenki, uważał się prawie za zasłużonego kompozytora. Przesiadywał często w restauracjach, kawiarniach, saunach. Wszędzie był „swój”, nie stronił od wódki.
Minął czas. Pola zyskała popularność w swoim mieście, wyszła za Włodzimierza, jej program oglądali wszyscy. Wyglądała świetnie, zawsze gustownie ubrana, uprzejma. Nie było w niej nic mrocznego lokalna piękność z telewizji, tak o niej mówiono. Ale wybrała nie tego męża. Zrozumiała to dość szybko, gdy Włodzimierz stale wracał pijany.
Włodku, nie popisuj się powiedział kiedyś jego kolega Szymon, gdy próbował upokorzyć Polę przy innych. Ta dziewczyna jeszcze ci pokaże, gdzie raki zimują.
Nigdy nie wybierałem mądrych żon odparł Włodzimierz z przekonaniem, śmiejąc się i szturchając ją w policzek w kawiarni.
Gdy starał się o jej względy, był gentlemanem kwiaty, prezenty, dwie piosenki o Poli, dużo rozmów. Ale kiedy została żoną, wszystko przepadło. Poświęcał jej tyle uwagi, co domowej kotce, czasem burczał.
Naiwna byłam, liczyłam, iż z jego pomocą zrobię karierę gwiazdy rozmyślała Pola.
Stało się inaczej. Na studiach uczyła się francuskiego, średnio przydatnego w podróżach. Włodzimierz wiercił jej dziurę w brzuchu:
Ucz się angielskiego. Poza granicami jesteś jak dziecko we mgle. Na siłownię nie chodź, szkoda ci czasu w bzdety, a na angielski nie masz kiedy.
Po takich uwagach Pola na złość nie chciała uczyć się angielskiego. Ale kiedy ich wspólny znajomy Szymon, oczytany i elokwentny, powiedział w czasie wizyty:
Angielski to dla efektownej kobiety jak szpilki do eleganckiej sukienki następnego dnia znalazła porządne kursy z dobrym lektorem.
No proszę, Szymek wywarł niezłe wrażenie na mojej żonie! Kupiła podręczniki, uczy się, a w aucie tylko angielski zamiast muzyki śmiał się mąż.
Mieszkali w dużym mieszkaniu w centrum Poznania, które Włodzimierz odziedziczył po dziadku, profesorze medycyny. Mieli gosposię Weronikę, samotną 43-letnią kobietę, złośliwą i zawistną, choć ubierała to w uprzejmość. Od Weroniki nie dało się nic ukryć siedziała w mieszkaniu od rana do wieczora, znała ich życie od podszewki.
Rankiem Pola obudziła się sama, męża nie było; znów zasnął pijany na kanapie w swoim gabinecie. Przeszła do kuchni, Weronika trzymała pustą butlę po koniaku:
Jeszcze wieczorem była pełna. Co on dostanie na śniadanie, jak wstanie? pytała.
Na kaca tylko ogórek kiszony mruknęła Pola i poszła pod prysznic.
Po siedmiu latach małżeństwa dzieci nie mieli. Jemu nie zależało, miał syna z pierwszego małżeństwa. Pola także nie bardzo chciała rozwijała karierę. Po śniadaniu Pola wysłała Weronikę do gabinetu męża. Leżał na brzuchu, na poduszce krwawa plama.
Pola! krzyknęła gosposia. Dzwoń po pogotowie!
Co mu jest?
Nie wiem.
Kwadrans później Pola jechała karetką z mężem do szpitala. Z izby przyjęć od razu trafił do reanimacji.
Sprawa trudna. Niczego nie możemy obiecać powiedział lekarz.
Wieczorem zadzwonili:
Pani mąż zmarł.
Nie mogę uwierzyć… Przecież nie był stary powiedziała przygaszona. Pogrzeb był okazały, Szymon zadbał o wszystko. Ludzi tłum, Włodzimierz przecież był znany. Szymon choćby na stypie powiedział:
Nie smućmy się. Włodzimierz przeżył niesamowite życie, zasłużył na odpoczynek, teraz jest wolny.
Ten człowiek wszystko miał usłyszała Pola szept wokół.
Początkowo nie mogła się przyzwyczaić do milczenia w domu, dźwięczącej ciszy. Weronika patrzyła nieufnie, czekała na decyzję, czy ją zwolni. A koleżanki z pracy radziły:
Pola, nie masz na co narzekać! Zostałaś młoda, wolna i na dodatek z pieniędzmi.
Po Włodzimierzu zostały dwa solidne rachunki w banku, podzielone między jego syna i Polę. Ale ona sama dobrze zarabiała. Często zaglądała do kawiarni, nie lubiła siedzieć sama w domu.
Pewnego dnia po nagraniu programu wpadła do kawiarni niedaleko domu. Zadumana, sączyła hiszpańskie wino. Podszedł do niej potężny mężczyzna, uśmiechnął się i z szacunkiem zapytał, czy może się przysiąść.
Można? kiwnęła głową. Ignacy przedstawił się. A pani dlaczego taka smutna? Taka piękna, a smutna być nie powinna.
Tak jakoś
Ignacy czterdziestolatek, barczysty szatyn, o dużych rysach twarzy, od razu przypomniał jej pluszowego misia, co wprawiło Polę w rozbawienie.
Mogę postawić coś słodkiego? Wino, koktajl, ciasto?
Poproszę ciasto, nic więcej słodycze nie były jej słabością.
Ignacy, choć daleki od klasycznego przystojniaka, był ujmujący, miał świetne poczucie humoru i nigdy nie nudził rozmową. Pola śmiała się z jego żartów, po wszystkim odprowadził ją do domu. Umówili się na kolejne spotkanie.
Rano oznajmiła Weronice:
Nie potrzebuję już twojej pomocy, poradzę sobie sama z domem i praniem.
Polciu, tyle lat byłam oddana, a teraz mnie na bruk wyrzucasz! Co ja zrobię?
Znajdziesz inną rodzinę, możesz być choćby portierką.
Wyrzucasz mnie rozpłakała się Weronika. Tak się przyzwyczaiłam.
W zasadzie nie zbiednieję, nie muszę myć okien i kibla pomyślała Pola.
Patrzyła na domową pomoc, która wycierała łzy.
No dobrze, Weroniko, skoro ci tak zależy możesz pracować dalej powiedziała, a ta rozpromieniona pocałowała ją w policzek.
Was, Pola, i Włodka, zdążyłam pokochać jak rodzinę, a w jednej chwili wszystko się rozpadło…
Życie toczyło się dalej, ale Ignacy coraz częściej wpadał w gości, zyskując pieszczotliwy przydomek Miś. Ignacy wielbił Polę. Po trzech miesiącach wyszła za niego, ślub był skromny. A na miesiąc miodowy Ignacy zabrał ją na Malediwy był przecież przedsiębiorcą i mógł sobie pozwolić.
Pola sądziła, iż ich podróż będzie jak z Włodzimierzem lot, porządny hotel, typowa turystyka. Tymczasem dla Misia wakacje musiały być inne. Wybrali się pierwszą klasą, na lotnisku odebrał ich opiekun, przewiózł na prywatny katamaran. Powitanie jak dla VIP-ów, fajerwerki, koktajle, lokalne tańce.
Willa cudowna, cztery pokoje, dwie łazienki, basen, własna plaża.
Ciekawe, ile mój Miś zostawił tu złotych myślała Pola.
Nigdy nie liczyła jego pieniędzy, wiedziała tylko, iż ma ich sporo. Był czuły, opiekuńczy, zawsze poprawiał jej koc, rano pilnował porządnego śniadania.
Włodek zawsze mnie poniżał, twierdził, iż muszę do niego dorosnąć. A Miś, choć daleki od ideału urody, żyje dla mnie i zawsze słucha, a to bardzo mi pasuje rozmyślała Pola.
Weronika chwaliła nowego męża Poli i była zadowolona, iż mieszkała z nimi w pięknej willi pod Poznaniem. Jednego dnia Pola zauważyła przypadkiem, iż Ignacy użył cienkiej strzykawki.
Co to było? przestraszyła się.
Tylko insulina, mam cukrzycę, ale żyję jak każdy.
Na Malediwach Pola leniwie rozmyślała.
Czy naprawdę trafiłam w życiu na szczęście?
Wakacje bardzo jej się spodobały. Jedynie martwiła się, iż spędza je z ociężałym mężem, a nie z instruktorem surfingu czy trenerem tenisa.
Muszę na dietę i siłownię go posłać pomyślała.
Rozmowa z mężem nie poszła dobrze, zasmucił się:
Oczywiście, mogę chodzić na siłownię, jeżeli tego chcesz, ale niestety metabolizm mam fatalny. Nie będę Apollem, jestem insulinodependentny.
Rozumiem. Nie szkodzi odparła.
Po powrocie rzuciła się w wir pracy. Często dopadała ją melancholia.
Czy dane mi będzie poznać prawdziwą miłość? Nie kocham mojego męża. Chcę poczuć, czym jest pożądanie, mieć silne uczucia. Pragnę, by nocą u mego boku leżał wysportowany przystojniak, nie Miś! myślała.
Znajomi żartowali w pracy:
Pola, nie zdradzasz swojego Misia? Nie jesteś taka święta…
Nie była aż tak moralna, ale nie chciała krzywdzić dobrego męża. Na firmowej imprezie sylwestrowej, trochę wypiła. Kolega, Kostek, zadzwonił po swojego przyjaciela, Artura, by ją odwieźć.
Pola, możemy cię podwieźć zaproponował.
Artur usadził ją obok siebie:
Kostek, czemu jeszcze nie przedstawiłeś mi Poli? żartował, a ona zafascynowana patrzyła na niego.
Przystojniak w drogiej furze nie spuszczał z niej oka. Najpierw odwieźli Kostka, potem Polę; poprosił o numer telefonu. Pod domem pomógł jej wysiąść, od razu przyciągnął ją do siebie, przycisnął do auta, pocałował namiętnie. Nie odpychała go Artur ją pociągał.
Był idealnym kochankiem. W domu czuła się miło z Misiem; Artur jednak nie tracił czasu w czułości w swojej kawalerce z miejsca ją rzucał na łóżko, potem leżał rozluźniony:
Ale z tobą dobrze.
Im to wystarczało. Ignacy pracował długo, nie zauważał niczego. Pewnego dnia Pola przyjechała do Artura, czekała w łóżku, ten wyszedł z łazienki, gdy ktoś zaczął mocno naciskać dzwonek.
Zaraz komuś dam popalić burknął Artur.
Pola usłyszała dwa znajome głosy: Artura i jej męża. W panice wciągnęła ubranie. W drzwiach stał już Ignacy milczący. Byłoby łatwiej, gdyby krzyczał.
Misiek… Ignacy… to nie tak…
Artur milczał. Mógł nie wpuszczać męża do środka.
Kto mnie wydał? spytała.
Teraz nie ma to znaczenia. Nie wierzyłem, ale sprawdziłem.
Ignacy wyglądał dramatycznie zbladł, cały się pocił, przewrócił się. Pola rzuciła się do niego, dusił się.
Dzwoń po karetkę! krzyknęła.
Artur zadzwonił. Pola znalazła strzykawkę z insuliną w kieszeni męża i podała mu ją.
To powinno go uratować. Ale nie wracał do siebie. Przyjechało pogotowie, lekarz miał jednak jedno zdanie:
On nie żyje.
Pola w końcu się otrząsnęła. Artur odwiózł ją do domu. Weronika patrzyła pytająco:
Pola, co się stało? Strach w oczach masz.
Nagle Pola pomyślała:
Może to Weronika mnie wydała? Zawsze podejrzliwa wobec Artura, wypytywała… ale nie powiedziała nic, bo i tak się nie przyzna.
Po pogrzebie długo dochodziła do siebie. niedługo pojawiła się córka Ignacego, z pierwszego związku, z mężem prawnikiem, i wyrzuciła Polę z domu, grożąc sądem, iż i tak nie dostanie ani willi, ani biznesu. Rzuciła jej gruby plik pieniędzy i dała trzy dni na wyprowadzkę z Weroniką.
Pola nie chciała walczyć o spadek, zrezygnowała ze wszystkiego. Z Weroniką wróciły do swojego dużego mieszkania odziedziczonego po Włodzimierzu Kwiatkowskim.
Czas płynął. Pola wracała do siebie, wspierał ją Artur spotykali się, ale nie chciał się wiązać na stałe. Pola wiedziała, iż mąż z niego nie będzie, ale przez cały czas z nim się spotykała. Pewnego dnia zadzwonił Kostek:
Pola, usiądź… Artur nie żyje, zginął w wypadku samochodowym.
Wtedy Pola zaczęła się zastanawiać.
Czemu wszyscy moi mężczyźni umierają? Jestem jak czarna wdowa niedługo tak mnie zaczną nazywać. Chyba mam pecha i czarną aurę…
Wkrótce do programu Poli zaproszono młodego mężczyznę, Makara. Czuła, iż cały czas na nią patrzy, po nagraniu zaprosił ją na kawę.
Dobrze zgodziła się. Trzeba w końcu żyć.
Makara zawładnął jej sercem, gwałtownie się zakochała. Zakochanie w niej urosło do nieznanych wcześniej rozmiarów, była szczęśliwa.
To chyba właśnie prawdziwa miłość. Nie mogę oddychać bez Makara, a co dopiero żyć. Ale boję się o niego…
Makara także był zakochany, razem spędzali dużo czasu, rozmawiali, dobrze się bawili. Pola wiedziała tylko, iż jest jedynakiem, z ojcem nie utrzymywał kontaktu. Makara mieszkał z nią, wychodził do pracy, a ona miała wolne przed południem. Chciała dowiedzieć się trochę więcej o Makara nie żonaty, dzieci nie miał.
Otworzyła laptopa, wpisała w wyszukiwarkę jego imię i nazwisko, a już pierwsza strona ją zszokowała: Makara prosty chłopak, ukochany domator figurował w setce najbogatszych Polaków. Pola nie mogła uwierzyć jego majątek był ogromny.
Nie wierzę własnym oczom zaśmiała się nerwowo, a zaraz potem się przestraszyła. A jeżeli i jemu coś się stanie?
Uspokoiła się, pojechała do studia. Wieczorem zadzwoniła do Makara dziś milczał. Telefon nie odbierał, zadzwoniła do jego firmy.
Dzień dobry, czy mogę rozmawiać z Makarem?
Kto pyta? zapytała sekretarka.
Pola…
Makara zabrali do szpitala… podała nazwę.
Pola pędziła do szpitala.
Co się stało? zapytała w panice lekarza.
Lekarz ją uspokoił:
Proszę się nie martwić, będzie żył, serce trochę szwankuje, ale wszystko pod kontrolą.
Mogę go zobaczyć? Proszę…
Dobrze, na dziesięć minut.
Cicho weszła do sali, Makara czekał uśmiechnięty. Usiadła przy nim, złapał ją za ręce.
Wszystko dobrze, kocham cię. Wychodzę stąd i się żenimy. Mam nadzieję, iż się zgadzasz?
Na pewno, oczywiście pocałowała go. Przed nami całe życie, prawdziwe szczęście.
Nauczyłem się, iż choćby gdy życie wydaje się pasmem strat, nigdy nie można tracić nadziei, bo czasem dopiero wtedy pojawia się prawda i miłość. Nigdy nie warto zamykać się na szczęście może być tuż za rogiem.








