Czarna wdowa
Jestem Adam, i piszę to jako pamiętnik mojego życia. Wszystko zaczęło się, gdy piękna i inteligentna Lidia, tuż przed ukończeniem Uniwersytetu Warszawskiego na Wydziale Dziennikarstwa, poznała mnie Władysława Romanowskiego, sporo starszego od siebie. Nic dziwnego, to ja pierwszy zwróciłem uwagę na jej delikatność i zgrabną figurę. W Warszawie byłem dobrze znany, pisałem piosenki, które chętnie śpiewano i słuchano w lokalnych kawiarniach.
Byłem osobą lubianą, na stołecznym TVP znałem niemal wszystkich. Dlatego z łatwością załatwiłem, by Lidka po studiach objęła swoją własną audycję w telewizji. Po niedługim czasie poprowadziła swój pierwszy program Rozmowy przy kawie, gdzie do dyskusji zaprosiła znanego w mieście psychologa i kilku innych gości. Program opierał się na pytaniach i odpowiedziach, z życiowymi przykładami.
Dobra robota, Lidka pochwaliłem ją po emisji. To trzeba uczcić.
Miałem wówczas czterdzieści pięć lat, za sobą trzy nieudane małżeństwa. Mimo ogromnej energii i licznych przyjaciół, całkowicie nie nadawałem się do życia rodzinnego. Byłem artystyczną duszą, uważałem się niemalże za zasłużonego kompozytora, a wieczory spędzałem w barach, restauracjach i saunach. Wszędzie uchodziłem za swojego, jednak alkohol często wygrywał.
Czas płynął. Lidia stała się rozpoznawalna w stolicy, wzięła ślub ze mną, jej program oglądały tłumy. Zawsze była zadbana, z klasą ubrana, uprzejma. Wcale nie wydawała się demoniczna o telewizyjnych gwiazdkach tak czasem mówią. Ale ślub był jednak pomyłką, zrozumiała to sama, gdy coraz częściej wracałem do domu pod wpływem alkoholu.
Władziu, opanuj się trochę skwitował raz mój przyjaciel Szymon, gdy byłem złośliwy wobec Lidii po kilku głębszych. Ta dziewczyna jeszcze cię prześcignie.
Szymonie, ja nigdy nie wybierałem sobie zbyt mądrych żon odparłem, przekonany o własnej wyjątkowości, lekko szczypiąc Lidzię w policzek w kawiarni.
Starałem się ją zdobyć szlachetnie kwiaty, prezenty, napisałem dla niej dwie piosenki, cierpliwie słuchałem jej zwierzeń. Gdy została moją żoną, wszystko się skończyło. Traktowałem ją obojętnie, zaś wrzask spotykał ją częściej niż czułość.
Naiwna myślała Lidia. Miałam nadzieję, iż dzięki niemu stanę się gwiazdą.
W rzeczywistości było inaczej. Na studiach uczyła się francuskiego niezbyt praktyczny wybór. Władek wiecznie narzekał:
Angielski powinnaś znać. Poza Polską wypadamy jak wieśniacy. Siłownia to strata czasu, lepiej, żebyś nauczyła się angielskiego.
Po takich tyradach robiła mi na złość i nie uczyła się angielskiego. Aż znajomy Szymon, erudyta, powiedział przy stole:
Język angielski jest dla kobiety z klasą tak naturalny, jak buty na obcasie.
Na drugi dzień Lidka znalazła kurs z dobrym nauczycielem.
Szymek, narobiłeś śmiałem się. Żona siedzi nad książkami, w samochodzie słucha tylko kursów, choćby muzyka poszła w odstawkę.
Mieszkaliśmy razem w dużym apartamencie w Śródmieściu odziedziczyłem go po dziadku, profesorze medycyny. Mieliśmy pomoc domową Weronikę, około czterdziestki, samotną, zazdrosną, choć sprytnie to ukrywała. Często myślałem, iż Weronice nie warto niczego ukrywać, była obecna całymi dniami, znała całą naszą codzienność.
Pewnego ranka Lidia zauważyła, iż znów śpię w swym gabinecie, po powrocie w środku nocy, pijany. W kuchni Weronika trzymała pustą butelkę koniaku.
Wieczorem była pełna. Co mu podać na śniadanie?
Zsiadłego ogórka burknęła Lidia, idąc pod prysznic.
Po siedmiu latach małżeństwa nie mieliśmy dzieci mnie wystarczał syn z pierwszego związku. Lidia też nie nalegała stawiała na karierę. Po śniadaniu wysłała Weronikę do mojego gabinetu. Leżałem na brzuchu, na poduszce czerwone plamy.
Lidia! krzyknęła Weronika. Trzeba wezwać pogotowie.
Co się stało?
Nie wiem.
Po piętnastu minutach Lidia siedziała już w karetce, jechała ze mną do szpitala. Od razu trafiłem na OIOM. Lekarze nie dawali nadziei.
Wieczorem zadzwonili do żony:
Pani mąż nie żyje.
Niemożliwe… Przecież nie był jeszcze taki stary wydukała. Pogrzeb odbył się z rozmachem. Przyjaciel Szymon wygłosił wzruszającą mowę, przyszło mnóstwo ludzi.
Przestańmy rozpaczać, mówił. Władysław przeżył barwne życie, zasłużył na odpoczynek, teraz jest wolny.
Miał wszystko słyszała Lidia szepty.
Nie mogła się przyzwyczaić do nowej ciszy w domu. Weronika patrzyła jej przez ramię, czekając na decyzję zatrudni ją czy wyrzuci. Koledzy z pracy stwierdzili:
Lidio, nie masz się czym przejmować. Zostałaś młoda, wolna, do tego z pieniędzmi. Dwa solidne konta podzielone między nią i mojego syna, ale sama nieźle zarabiała. Szukała towarzystwa, nie chciała siedzieć sama, czasem wpadała do kawiarni.
W pewien wieczór po nagraniu programu zaszła do kawiarni niedaleko domu. Zamówiła hiszpańskie wino, sącząc je powoli, zamyślona. Podszedł do niej postawny mężczyzna, uśmiechnął się, poprosił, czy może się przysiąść.
Można? Lidia skinęła. Nazywam się Ireneusz przedstawił się. Dlaczego taka smutna? Szkoda takiej pięknej kobiety na smutki.
Tak jakoś…
Irek miał około czterdziestki, masywny, szatyn, niezbyt urodziwy, z ciężkimi rysami twarzy. Od razu przypomniał jej pluszowego misia, co ją rozbawiło.
Pozwól, iż cię poczęstuję wino, koktajl, coś słodkiego?
Dziękuję, może tylko ciasto cukier nie robił na niej wrażenia.
Choć nie był przystojny, był niesamowicie uroczy, znał mnóstwo ciekawych historii, miał wspaniałe poczucie humoru. Lidia śmiała się, czuła się swobodnie, wyprowadził ją do domu, umówili się na spotkanie.
Rano powiedziała Weronice:
Zwalniam cię, już sobie poradzę sama.
Lidia, tyle lat byłam z wami, gdzie ja pójdę?
Znajdziesz inną rodzinę, może portierką zostaniesz.
Wyrzucasz mnie… Weronika zapłakała. Przyzwyczaiłam się.
W sumie nie zbankrutuję, przynajmniej sama posprzątam pomyślała Lidia.
Spojrzała na Weronikę, ta ocierała łzy.
No dobrze, skoro chcesz, wracaj. Weronika ucieszona cmoknęła ją w policzek.
Pokochałam was z Władkiem, byliście mi jak rodzina, a tu straciłam go nagle, a ty chcesz mnie pozbyć się.
Z czasem Ireneusz nazywała go pieszczotliwie Irek coraz częściej gościł u Lidii. Był w niej zakochany. Po trzech miesiącach Lidia wyszła za niego. Postawiła na skromny ślub, ale w podróż poślubną Irek zabrał ją na Malediwy był przedsiębiorcą, stać go było.
Lidia spodziewała się standardowego wyjazdu, jak z Władkiem lot bezpośredni, dobry hotel, typowe rozrywki dla turystów. Okazało się, iż jej pluszowy miś miał zupełnie inne, luksusowe wyobrażenia: podróż w klasie biznes, osobisty przewodnik, prywatny katamaran, vipowskie powitanie, fajerwerki, narodowe tańce.
Willa, w której mieszkali cztery pokoje, dwie łazienki, basen w ogrodzie, prywatna plaża.
Strach pomyśleć, ile Irek za to zapłacił myślała.
Nie interesowała się, czy jest bogaty była przekonana, iż pieniędzy mu nie brakuje. Był opiekuńczy, czuły, poprawiał jej kołdrę, głaskał po głowie, pilnował, by przed pracą zawsze jadła porządne śniadanie, nie tylko kawę.
Władek był zgryźliwy, poniżał, mówił, iż ciągnie mnie w górę, a Irek, choć nie Apollon, żyje dla mnie i zawsze mnie słucha rozmyślała.
Weronika także zachwalała nowego pana domu, cieszyła się, iż mieszka z nimi w wielkim domu pod Warszawą. Jedynym zmartwieniem Lidii było to, iż zauważyła, jak mąż robi sobie zastrzyk cienką igłą.
Co to? przestraszyła się.
Tylko insulina, mam cukrzycę. Ale cieszę się życiem.
Wylegując się na Malediwach, Lidia myślała:
Może tym razem naprawdę wygrałam los na loterii?
Podobały jej się najwyższe standardy. Tylko żałowała, iż spędza czas z nieporadnym, miękkim mężem, a nie instruktorem surfingu czy przystojnym tenisistą.
Muszę zapisać mojego misia na siłownię.
Poruszyła ten temat, ale Irek posmutniał:
Poćwiczę, jeżeli chcesz, ale mam problemy z metabolizmem. Nie mogę zostać Apollonem, insulina codziennie.
Rozumiem, nie trzeba uznała.
Po powrocie rzuciła się w wir pracy. Nieraz nachodziły ją myśli, ogarniała ją tęsknota. Czy los pozwoli mi kiedyś zaznać prawdziwej miłości? Nie kochała Irka. Pragnęła poznać, czym jest namiętność, silne uczucia. Marzyła o tym, by z boku miał ją przystojniak, nie pluszowy miś.
W pracy żartowano:
Chyba nie zdradzasz swojego misia? Rzeczywiście masz taką moralność?
Nie była wcale tak cnotliwa, po prostu nie chciała krzywdzić dobrego męża. Na imprezie sylwestrowej Lidia wypiła za dużo. Kolega Konrad poprosił swojego znajomego Artura, by odwieźć ją do domu.
Lidia, możemy podwieźć także ciebie zaproponował Konrad, Lidia się zgodziła.
Artur posadził ją obok siebie.
Konrad, czemu nie przedstawiłeś mi wcześniej Lidii? śmiał się, a ona z fascynacją mu się przyglądała.
Przystojny, jechał eleganckim autem, patrzył tylko na nią. Po drodze poprosił o telefon. Pod blokiem pomógł wysiąść, przycisnął ją do swojego SUV-a, i śmiało pocałował. Nie odepchnęła go, podobał jej się ten silny Artur.
Był idealnym kochankiem. W domu tuliła się do Irka, u Artura namiętności nie brakowało. Witał ją w kawalerce, od razu przytulał. Mocno, bez czułości. Potem leżał zrelaksowany i mówił:
Dobrze mi z tobą.
Obojgu to odpowiadało. Irek wracał z pracy późno, początek roku, sprawy w firmie, niczego nie podejrzewał. Pewnego dnia Lidia przyjechała do Artura, już leżała w łóżku, on wychodził akurat z łazienki. Rozległ się dzwonek. Artur przeklinał pod nosem, szedł do drzwi.
Lidia usłyszała dwa znajome głosy Artura i swojego męża. Przerażona zerwała się z łóżka, naciągając ubranie. W drzwiach już stał Irek. Łatwiej byłoby, gdyby krzyknął.
Irek… Irek… to nie tak…
Artur milczał, mógł nie wpuszczać męża.
Kto mnie wsypał? spytała.
Jaka różnica? Nie wierzyłem, ale wolałem sprawdzić.
Widziałem, iż Irek wyglądał fatalnie: zbielał, cały w pocie, nagle osunął się na ziemię. Lidia przyskoczyła, słuchała oddechu, był ciężki.
Dzwoń po karetkę! Szybko!
Artur zadzwonił. Lidia przeszukała kieszenie Irka i znalazła cienki pen z insuliną, zawsze go nosił przy sobie. Podała zastrzyk.
To powinno go uratować. Ale nie wracał do siebie. Przyjechała karetka, lekarz potwierdził:
Zmarł.
Lidia w końcu doszła do siebie. Artur odwiózł ją do domu. Tam czekała Weronika.
Lidia, co się stało? Wyglądasz okropnie.
Wtedy przeszła jej przez głowę myśl:
Może to Weronika mnie wsypała. Wiecznie wypytywała o Artura ale milczała, Weronika i tak by się nie przyznała.
Po pogrzebie długo nie mogła dojść do siebie. Niedługo potem pojawiła się córka Irka z pierwszego małżeństwa, z mężem adwokatem. Zagroziła Lidzi, iż jeżeli ruszy sprawy spadkowe, to i tak nie dostanie ani domu, ani firmy. Rzuciła na stół pokaźną gotówkę i dała jej trzy dni na wyprowadzkę z Weroniką.
Lidia wycofała się ze spraw. Wróciły z Weroniką do jej luksusowego apartamentu w Warszawie, odziedziczonego po Władku.
Czas płynął. Lidia odżyła, pomagał Artur, spotykali się, choć nie deklarował ślubu. Wiedziała na męża się nie nadaje, ale spotykała się. Pewnego dnia zadzwonił Konrad:
Lidia, usiądź, jeżeli stoisz Artur zginał w wypadku, od razu…
Wtedy dotarło do niej.
Dlaczego wszyscy moi mężczyźni umierają? Chyba jestem jak czarna wdowa! Może mam jakąś pechową aurę?
Po pewnym czasie zaprosiła do swojego programu młodego mężczyznę Makara. Czuła, iż patrzy na nią wyjątkowo. Po nagraniu zaprosił na kawę.
Dobrze uznała, czas się pozbierać.
Makary zdobył jej serce, zakochała się po uszy, czuła szczęście. Odkryła, co znaczy prawdziwa miłość nie mogła oddychać bez Makara, a nie tylko żyć. Ale bała się o niego.
Makary również się zakochał, spędzali razem cudowny czas, Lidia czuła się z nim lekko, swobodnie. Nie zastanawiała się, kim jest wiedziała, iż nie ma rodzeństwa, ojca gdzieś, ale nie utrzymuje kontaktu. Makary zamieszkał z nią, wyjeżdżał do pracy, Lidia jechała do telewizji. Postanowiła dowiedzieć się więcej nie był żonaty ani nie miał dzieci.
Lidia włączyła laptopa, wpisała imię i nazwisko Makara pierwsza informacja ją przytłoczyła. Makary, jej ukochany, figurował w setce najbogatszych Polaków. Nie mogła uwierzyć. Majątek był ogromny.
Nie wierzę zaśmiała się histerycznie, ale potem przestraszyła oby to znów nie był pech.
Uspokoiła się. Pojechała do pracy. Wieczorem zadzwoniła do Makara nie odpowiadał. Dodzwoniła się do sekretariatu.
Dzień dobry, proszę Makara do telefonu.
Kto pyta?
Lidia
Zabrali go do szpitala podała, gdzie.
Lidia popędziła do szpitala.
Co się dzieje? krzyknęła do lekarza.
Doktor uspokoił:
Proszę być spokojną, wszystko pod kontrolą, serce się zbuntowało, ale wyjdzie z tego.
Mogę go zobaczyć?
Dwie minuty.
Weszła do sali, Makary na nią czekał, uśmiechał się. Usiedli razem, ujął jej dłonie.
Wszystko będzie dobrze, kocham cię. Jak wyjdę, pobierzemy się, zgadzasz się?
Oczywiście odpowiedziała i pocałowała go. Jeszcze całe życie i prawdziwe szczęście przed nami.
Z dzisiejszej perspektywy wiem jedno: nie możemy planować życia ani ludzi, których spotykamy. Bywa, iż szczęście przychodzi wtedy, gdy najmniej się go spodziewamy i trzeba je doceniać, niezależnie od tego, co przynosi los.












