Czarna książeczka

twojacena.pl 6 godzin temu

W autobusie linii 68, wciśnięta między chudego studenta w mokrej kurtce a kobietę z dwiema torbami z Biedronki, Grażyna Pawlak po raz kolejny układała w głowie listę.

Pasażerowie są chamscy. Praca jest do niczego. Mąż leń. Dzieciom się nie układa. Teściowa nie do zniesienia. A ja jestem najnieszczęśliwszą babą w tym mieście.

Był koniec stycznia, za oknem mokry śnieg zalepiał szyby, a spod kół autobusu leciała brudna breja. W środku pachniało mokrą wełną i starymi frytkami z baru dworcowego. Grażyna stała, bo miejsca siedzące zajął ktoś szybszy, i liczyła w myślach, ile ją dzisiaj wkurzyło: kierowca, który ruszył jej sprzed nosa, kasjerka w warzywnym, która wydała resztę w samych dziesiątkach, Zbyszek, który znowu zostawił kubek po kawie na parapecie, jakby poza zlewem w tym domu nic nie istniało.

Tuż za jej plecami siedział chłopak w czarnej kurtce z naszytą na rękawie taśmą odblaskową. Miał na kolanach mały zeszyt, taki w kratkę, pożółkły na brzegach. Pisał szybko, nie podnosząc wzroku.

Pasażerowie są chamscy.

Jej praca jest do niczego.

Mąż leń.

Dzieciom się nie układa.

Życie jest do kitu.

Skończył zdanie, zamknął zeszyt i przygryzł końcówkę długopisu. Miał minę kogoś, kto ósmy raz pod rząd przepisuje to samo zamówienie i nie potrafi zrozumieć, czemu klient chce dokładnie to samo. Westchnął i schował zapiski do wewnętrznej kieszeni kurtki.

— Znowu to samo — powiedział pod nosem. — Można by chociaż raz poprosić o coś innego.

Autobus szarpnął. Grażyna złapała się poręczy, a potem mruknęła coś o idiotach, którzy nie umieją prowadzić po śniegu. Student obok odsunął się o pół kroku.

Chłopiec z zeszytem popatrzył na nią przez chwilę, a potem znowu otworzył zeszyt i dopisał u dołu: „Kierowcy to idioci”.

Na przystanku przy Galerii Handlowej Grażyna przecisnęła się do wyjścia, potrącając torbą staruszkę w berecie. choćby nie przeprosiła. A chłopiec z zeszytem pojechał dalej.

Siedem dni później Grażyna wracała tą samą trasą. Tym razem siedziała przy oknie, ale nie z przyjemności: koledze z działu warzywnego popękała skóra na dłoniach od mrozu i poszła do dermatologa, więc Grażyna musiała zostać po godzinach. Została za darmo, bo kierownik powiedział, iż z nadgodzinami zaczną się rozliczać od lutego. Lutego jak co roku, tylko iż w tym roku jakoś nikt nie potrafił powiedzieć, od którego lutego.

W autobusie znów ciasno. Grażyna gniotła w dłoni foliową reklamówkę z napisem „PSS Społem” i ssała ząb, bo od rana bolał. I znowu zaczęła w myślach: praca, mąż, dzieci, teściowa, pieniądze, ząb, ta cholerna zima, ten cholerny autobus, ci cholerni ludzie.

— Przepraszam.

Nad nią stał chłopak w czarnej kurtce z odblaskową taśmą. Przytrzymał jej siatkę, która zaczęła się zsuwać z kolan.

Grażyna uniosła brwi, zdziwiona, iż ktoś w tym mieście jeszcze używa słowa „przepraszam” bez sarkazmu.

— Spoko — rzuciła.

Chłopak uśmiechnął się kątem ust. Z kieszeni wystawał mu róg zeszytu.

Grażyna go nie znała. Ale on znał ją. Znał jej listę na pamięć, bo przepisywał ją od lat, tyle iż pierwszy raz odważył się coś powiedzieć. Miał na to zgodę z góry, dosłownie: staż kończył mu się w czwartek, a przed końcem stażu można było zrobić jeden wyjątek.

— Wie pani — odezwał się, gdy autobus stanął na czerwonych — ja tu codziennie jeżdżę do babci, po drugiej stronie Brdy. I panią też widuję. I wie pani co? Pani nigdy nie mówi nic dobrego.

Grażyna zmarszczyła czoło.

— A co mam mówić? Że cudownie? Też coś.

— Nie. Może na przykład: dojechałam. Albo: ząb boli, ale jutro zadzwonię do dentysty. Albo: ten autobus jest zapchany, ale za dwadzieścia minut będę w domu.

Grażyna przez chwilę wyglądała tak, jakby ktoś podstawił jej pod nos torbę zgniłych jabłek.

— Młody, jak skończysz szkołę, to pogadamy. Na razie to ty z dziadkiem nie pracowałeś w chłodni po dziesięć godzin.

— Nie pracowałem — przyznał. — Ale to nie znaczy, iż pani musi codziennie powtarzać, iż wszystko jest do dupy.

Autobus ruszył. Grażyna odgrodziła się torbą. Nie odezwała się już ani słowem, ale przez całą drogę do pętli na Kapuściskach powtarzała w myślach tę bezczelną gadkę.

A potem, przy wysiadaniu, chłopak powiedział jeszcze:

— Niech pani spróbuje. Jeden dzień. Tylko jedna rzecz.

Drzwi się zamknęły. Grażyna została na przystanku z siatką, w której niosła trzy papryki po dwanaście złotych za kilo, kubeczek kwaśnej śmietany i kopertę z rachunkami.

— Gówniarz — mruknęła.

Ale wieczorem, gdy Zbyszek przysnął na kanapie przed telewizorem, a woda w czajniku choćby się nie zagrzała, Grażyna usiadła w kuchni przy oknie. W bloku naprzeciwko paliło się jedno światło. W zlewie stał talerz po jej własnym obiedzie, ale wyglądał jak cudzy.

Sięgnęła po blok listowy, który leżał pod warzywami. Wyrwała kartkę. Napisała długopisem: „Jutro powiem coś inaczej”.

Nie wiedziała jeszcze, iż to, co zapisuje, trafia do czyjegoś zeszytu. Ale chłopiec w czarnej kurtce na pętli autobusowej otworzył notes na nowej stronie i zapisał to samo.

Praca Grażyny to był warzywniak w hali targowej przy ulicy Magdzińskiego. Pracowała tam od pięciu lat, od kiedy po redukcji w chłodni przestało być dla niej miejsca. Stała za ladą, kroiła na próby, ważyła ziemniaki irgę, znosiła głupie uwagi studentów z akademika. Tego dnia, po raz pierwszy od nie wiadomo czego, powiedziała do jednej z klientek: „Kapusta dziś ładna, proszę zobaczyć, jaka zwarta”.

Klientka popatrzyła podejrzliwie.

— Pani to chyba nowa — stwierdziła.

— Nie jestem nowa. Piętnasty rok tu stoję, tylko pani zawsze bierze pomidory i nie patrzy, kto waży.

Klientka wzięła kapustę. Grażyna poczuła coś dziwnego, jakby przez ladę przeszło ciepło, ale gwałtownie to zgasiła: bo i tak za chwilę przyszedł kierownik z notatką, iż towar z magazynu się nie zgadza o czterysta złotych i iż będzie trzeba zrzucić się z premii.

Wtedy w myślach prawie wróciła do swojej listy. Prawie. Ale zamiast tego podeszła do kasy, wzięła kalkulator i sama policzyła: dwa razy po osiem skrzynek pieczarek, do tego mandarynki. Wyszło jej, iż kierownik wziął towar na dojrzewalnię i zapomniał wpisać. Nie zrzucili się z premii. Kierownik przeprosił. Też pierwszy raz.

W domu zastała Zbyszka przed telewizorem, jak oglądał powtórkę skoków narciarskich. Nie było to nic nowego. Nowe było to, iż Grażyna nie zaczęła od słów: „Ty to byś mógł chociaż śmieci wynieść”. Tylko zdjęła kurtkę, postawiła torbę i powiedziała:

— Zbyszek, ta zima w tym roku wyjątkowo ciągnie. Może w sobotę pojedziemy na działkę sprawdzić, czy dach wytrzymał.

Mąż obrócił się na kanapie. Pilot wysunął mu się z dłoni.

— No… możemy — powiedział, jakby nie dowierzał.

Grażyna poszła do kuchni. W zlewie wciąż stał talerz, ale przykryła go ścierką. Nie dlatego, żeby ukryć bałagan, tylko żeby nie patrzeć.

Tydzień później Grażyna zobaczyła chłopca z zeszytem na przystanku. Siedział na ławeczce, wiał wiatr, a on kartkował zapiski. Grażyna stanęła obok. W milczeniu. Potem nie wytrzymała:

— No dobra, jeden dzień spróbowałam. Nic się nie zawaliło.

Chłopak podniósł głowę.

— I jak?

— Jak to jak? Normalnie. Kapustę sprzedałam. Mąż na działkę pojechał. Sąsiadka przyniosła ciasto, choćby nie wiem, z jakiej okazji.

— To czemu pani wygląda, jakby pani ząb dalej bolał?

Bo bolał. I nie ząb. Bo Grażyna nagle zdała sobie sprawę, iż listę z czarnej książeczki nosi w sobie od tak dawna, iż nie umie jej odłożyć. Że łatwiej było mówić, iż Zbyszek leń, niż pojechać z nim na tę działkę i zobaczyć, iż on naprawdę boi się dachu, bo jak spadnie, to przejdzie na emeryturę i nie będzie miał co robić. Że łatwiej było mówić, iż dzieciom się nie układa, niż zadzwonić do córki i usłyszeć, iż ona od miesiąca chodzi do psychologa, bo ma stany lękowe po studiach. Że najtrudniej było w ogóle otworzyć usta i zapytać.

Niektórych pytań nie umiała zadać przez jedenaście lat. Bo przez jedenaście lat powtarzała, iż nie ma po co.

Chłopak w czarnej kurtce obserwował ją, jakby czytał z zeszytu, choć zeszyt leżał zamknięty.

— Wie pani, co ja bym zrobił? — zapytał.

Grażyna wzruszyła ramionami.

— Co?

— Zamiast codziennie mówić, co panią wkurza, powiedziałbym jedną rzecz, którą pani w sobie nosi i nigdy nie powiedziała. Taką z samego spodu.

Autobus podjechał. Chłopak wstał, przytrzymał jej drzwi. Grażyna wsiadła. Dopiero kiedy autobus ruszył, zobaczyła, iż chłopak został na przystanku.

W nocy Grażyna nie mogła spać. Kurek w łazience kapał, woda co kilka sekund uderzała o metal. Wstała, włożyła kapcie, poszła do kuchni. Otworzyła szafkę z dokumentami. Wyciągnęła starą teczkę po kredycie na mieszkanie, a z niej czystą kartkę.

Pisała do rana. Nie listę pretensji. List.

Do Zbyszka. Do córki. Do syna. Do samej siebie. Jedenaście krótkich zdań, po jednym na każdy rok milczenia. W jednym zdaniu napisała: „Przepraszam, iż mówiłam o tobie tylko to, co najgorsze”. W innym: „Boję się, iż jestem dla ciebie tak samo ciężka jak twoja matka dla mnie”. I to, czego nigdy nie powiedziała na głos: „Nie chcę umierać w tej złości”.

Zapaliła małą lampkę nad stołem. Zegar na kuchence pokazywał 4:58.

Następnego dnia zaniosła list na pocztę. Dwa polecone i jeden zwykły. Pracownica na poczcie przy ulicy Jagiellońskiej ważyła listy, ziewnęła, zapytała: „Priorytet czy ekonomiczny?”.

— Priorytet — odpowiedziała Grażyna.

Zapłaciła czterdzieści dwa złote. Pieniądze, które wcześniej wydałaby na krem do rąk i gazetę z programem, odłożyła na te listy.

Po drodze do warzywniaka minęła chłopca z czarną kurtką. Stał przy kiosku i pił herbatę z automatu. Zeszyt wystawał mu z kieszeni.

Grażyna przystanęła.

— Mam coś dla pana — powiedziała.

Chłopiec popatrzył na nią.

— Dla mnie?

— Nie wiem, jak pan to robi, ale proszę dopisać w tym swoim zeszycie: „Grażyna Pawlak, lat pięćdziesiąt cztery, jednego lutego wysłała listy. Do męża. Do dzieci. I do siebie”.

Chłopiec uśmiechnął się. Nie wyjął zeszytu.

— Już zapisane — powiedział.

Kiedy Grażyna zniknęła za rogiem, chłopiec otworzył zeszyt na nowej stronie. Pod datą „1 lutego” czekało jedno zdanie, napisane nie jego ręką, ale wyraźnie:

„Dziś zamówienie zostało zmienione.”

Przechodzący obok mężczyzna z torbą pieczywa obejrzał się. Po chodniku szła starsza kobieta w rozpiętym płaszczu. Nie narzekała. Nie mruczała. W jednej dłoni niosła zmiętą kartkę z adresami, w drugiej paragon z poczty.

A za nią, w kieszeni cudzej kurtki, leżał zeszyt, w którym nie dopisano już ani jednej skargi.

Następnego dnia Grażyna Pawlak zrobiła coś, czego nie robiła od jedenastu lat. W autobusie ustąpiła miejsca młodej kobiecie z małym dzieckiem. Kobieta podziękowała. Grażyna odpowiedziała: „Proszę, to nic takiego”.

Potem wysiadła przy hali targowej, kupiła u znajomego dwieście gramów śliwek suszonych, nie dlatego, iż je lubiła, ale dlatego, iż sprzedawca miał smutną twarz. W domu rozebrała kaloryfer, który grzał na pół gwizdka, i odpowietrzyła go kluczem. Ciepło wreszcie ruszyło do pokoju córki.

Zdjęła z półki stary słoik po ogórkach, do którego od lat wrzucała drobniaki. Wysypała na stół. Policzyła: sto trzydzieści osiem złotych i dwadzieścia groszy. Dołożyła dwa banknoty po dwadzieścia. Wyszła na pocztę i zrobiła przelew na fundację, o której słyszała w lokalnej telewizji: obiady dla dzieci z blokowisk na drugim końcu miasta.

W tytule przelewu wpisała: „Zmiana listy”.

Nie było to zwycięstwo. Nie było to choćby dobre samopoczucie, bo ząb dalej bolał, a Zbyszek następnego dnia znowu zostawił kubek po kawie na parapecie.

Ale kiedy kładła się spać, w głowie układała nową listę.

„Autobus był zapchany, ale wysiadłam na swoim przystanku. Praca męcząca, ale nikt nie zjadł mi premii. Mąż zasnął przed telewizorem, ale pożył jeszcze na tym świecie. Dzieci mają swoje sprawy, ale mają też moje listy. A ja… ja jestem bardzo zmęczona, ale jutro kupię mleko i zadzwonię do dentysty.”

Nazajutrz na przystanku przy hali targowej jakiś mężczyzna zapytał ją, która jest godzina. Grażyna podała mu dokładnie: ósma czterdzieści siedem. Mężczyzna podziękował i postawił obok niej kartonowe pudło; w środku była mała roślinka, sansewieria, której nikt nie chciał.

— Może pani weźmie? — zapytał. — Szkoda wyrzucić.

Grażyna wzięła.

Sansewieria była ciężka, bo w doniczce stała woda. Przez całą drogę na czwarte piętro niosła ją zgięta w pół, a woda chlupała o krawędź. Kiedy weszła do mieszkania, w zlewie nie było talerza. Zbyszek stał przy oknie i patrzył na dach wieżowca naprzeciwko.

Grażyna postawiła kwiatek na parapecie, obok kubka po kawie.

— Ładny — powiedział Zbyszek.

— Też mi się zdaje — odparła.

A potem zobaczyła, iż na kuchennym stole leży kartka. To był rachunek z warsztatu samochodowego, skreślony z tyłu przez Zbyszka. Poniżej napisał ołówkiem, krzywo, bo pisał lewą ręką, tę zdrową:

„Grażyna, ja też nie chcę umierać w tej złości.”

I pod spodem, drobniej: „W sobotę po śniadaniu zawieźć cię do dentysty? Może przyjmą bez kolejki, jak pokażę rękę w gipsie.”

Ręka Zbyszka nie była w gipsie. Ale i tak pojechali.

Siedząc w poczekalni, Grażyna nie myślała o liście. Myślała o tym, iż czternaście lat temu ten sam gabinet pachniał tak samo: goździkami i środkiem do dezynfekcji. I iż Zbyszek wtedy trzymał ją za dłoń, bo miała usuwać ósemkę. Dziś trzymał kurtkę na kolanach i milczał, ale siedział obok.

Dentysta przyjął ją o 10:15. Powiedział, iż ząb jest do odbudowy, ale trzeba będzie założyć koronę. Koszt: tysiąc dwieście złotych. Grażyna wzięła skierowanie. Zbyszek wyjął z kieszeni portfel, przeliczył banknoty, ale się nie odezwał.

Wyszli.

— Nie musisz — powiedziała Grażyna.

— W sobotę mówiłaś, iż ten autobus jest zapchany, ale dojechałaś. To może dojedziesz i do protetyka.

Nie odpowiedziała.

Zamiast tego podała mu rękę.

Na chwilę, zanim wsiadł do samochodu, Zbyszek ścisnął jej palce mocno, tak jak wtedy, przed czternastoma laty.

A wieczorem Grażyna otworzyła czarną książeczkę, którą chłopak z autobusu zgubił, może celowo, na ławeczce przy pętli. Otworzyła ją i zobaczyła swoje zdania. Całe strony, zapisane drobnym pismem. Pasażerowie są chamscy. Praca do niczego. Mąż leń.

Przekartkowała do końca.

Ostatnia strona była pusta.

Wtedy Grażyna wzięła długopis, ten sam, którym pisała listy, i zapisała jedno zdanie.

„Autobus był pełny. Dojechałam.”

Zamknęła zeszyt i położyła go na parapecie, obok sansewierii.

Następnego ranka zeszytu nie było. W jego miejscu leżała mała karteczka, a na niej, pochyłym pismem, stało:

„Dziękuję. Staż zaliczony.”

Grażyna przeczytała, roześmiała się cicho, a potem włożyła karteczkę do pudełka z dokumentami. Do tego samego, w którym trzymała paragon z poczty na czterdzieści dwa złote i potwierdzenie przelewu na sto siedemdziesiąt osiem złotych i dwadzieścia groszy.

W pudełku leżało też zdjęcie Zbyszka z działki, zrobione w osiemdziesiątym dziewiątym. Na zdjęciu mąż miał obie ręce zdrowe i dach nad głową, który sam postawił.

Grażyna zamknęła pudełko.

Tego wieczoru nie zapisała ani jednej skargi.

Idź do oryginalnego materiału