Cyrkiel, cz. 1/2 / Hardy

publixo.com 2 godzin temu

(...)
W następnym roku znowu pojechaliśmy na urlop w to samo miejsce. Po co zmieniać znane i przyjemne? Szukać innego miejsce? Czasem niby lepsze jest wrogiem dobrego. W Barczewie mieliśmy już znajomych, z dzierżawcą pola biwakowego i plaży Zdziśkiem oraz jego rodziną byliśmy w dobrej komitywie. Miejsce na polu namiotowym nad Orzycem, które zniwelowałem w minionym roku, czekało na nas. Okazało się, iż Zdzisiek również zniwelował duży teren tego pola. Po przywitaniu, na moje nieme zapytanie, odparł:
– Miałeś dobry pomysł. Wynająłem mały spychacz i też wyrównałem. Jest teraz dużo więcej miejsca pod namioty. Ale mam prośbę. Pracuję też jako ochroniarz w Olsztynie, dwanaście na dwadzieścia cztery. Gdy jestem w pracy, zostaje tu tylko moja córka. Plaża jest niestrzeżona, ale płatna, więc dobrze mieć kogoś, kto się zna na wodzie i utrzyma porządek. Ja nim jestem, ale jak tu jestem. Jesteś pływakiem, mówiłeś, iż wiesz, jak ratować ludzi z wody… siadałbyś i pilnował wszystkiego, jak mnie nie ma? Na ławce przy kasie lub u góry sprzed namiotu. Dostaniesz lornetkę. Zapłacisz za to tę samą stawkę, co w poprzednim roku, a nie wyższą nową.
Długo się nie zastanawiałem. On miał interes, aby nie zatrudniać nowego pracownika, ja i tak byłem na miejscu. Na dłuższe trasy pływackie wypływałem i tak wczesnym rankiem oraz wieczorem, kiedy nie było plażowiczów. Tak, obserwować plażę mogłem i spod namiotu. Zgodziłem się.
Kilka dni później, w upalną niedzielę, gospodarz Zdzisiek był w pracy w Olsztynie. Około południa, opalałem się na materacu przed namiotem. Zgodnie z umową, miałem jednak oko na plażę, co pewien czas obserwując teren przez lornetkę. Akurat spojrzałem w stronę wejścia, kiedy przez otwartą bramę przebiegło czterech mężczyzn i, nie zatrzymując przy kasie, pędem rzuciło się po pochyłości w stronę kąpieliska. „Kurde, znowu jakieś cwaniaczki – przemknęło mi przez głowę – myślą, iż się uda bez zapłaty” – spojrzałem w dół, aby zobaczyć, gdzie się rozłożą i dopiero zainterweniować.
Nie zatrzymali się jednak na plaży, tylko wbiegli na pomost, a jeden z nich skoczył w ubraniu do wody, obok kąpiących się dzieci. „Na główkę! Wariat, odbiło mu?! Cholera, pewnie jacyś dobrze podpici…” – odłożyłem lornetkę, aby zejść w stronę pomostu.
Po kilkunastu krokach zauważyłem, iż na pomoście zaczęło się tworzyć zbiegowisko plażowiczów. Kurde, coś się stało. Przecież tam wody ledwie po pas… – przyspieszyłem zejście i dotarłem w momencie, kiedy dwóch mężczyzn wyciągało z wody trzeciego, ciągnąc go za ręce. Był bezwładny, wleczony jak worek kartofli.
– Cholera! Nie ciągnijcie go! – krzyknąłem, już dobiegając.
– A ty co?! Odwal się! To nasz kumpel! – Trójka mężczyzn zaczęła do mnie wykrzykiwać, a jeden z nich próbował podnieść leżącego na brzegu. – Cyrkiel, wstawaj!
– Mówiłem, zostawcie! – Oderwałem rękę „podnoszącego”. – Nie widzicie?! Może mieć uszkodzony kręgosłup!
Poczułem od nich odór alkoholu. Pochlali się jak świnie i jeszcze na plażę, gnojki! Aż odkaszlnąłem.
Nie uspokoiło to ich. Znowu próbowali podnieść bezwładnego Cyrkla, jednocześnie wrzeszcząc do mnie: – Odwal się od naszego kumpla! Spierdalaj!
Nie wytrzymałem. Co za cholery! Odruchowo odepchnąłem jednego, a następnie drugiego z nich. Byli tak pijani, iż poprzewracali się, mimo iż nie użyłem dużo siły. Zdążyłem jeszcze uchylić się przed kułakiem trzeciego. Oż ty! Ścisnąłem go oburącz po swojemu, aż jęknął. A jęcz! przez cały czas rzucał się, próbował kopnąć i oswobodzić z uścisku, więc „delikatnie” ułożyłem go twarzą do ziemi, siadając na nim okrakiem. Sto kilo żywej wagi nie każdy potrafi z siebie zrzucić.
– Idioci! – Ponownie krzyknąłem do powoli podnoszącej się z piasku dwójki. – Nie widzieliście, iż na płytkim na główkę skoczył?! Pewnie kark ma uszkodzony, chcecie kumpla zrobić kaleką na całe życie?! Przytrzymajcie tych durni – to powiedziałem, już spokojniej, w stronę stojących w kręgu plażowiczów – i niech ktoś przedzwoni na pogotowie.
Pomogło, ale nie od razu. Dopiero kuksańce od przybocznych pań pomogły i kilku mężczyzn chwyciło za ręce dwóch pijaków, wstających z ziemi. Ja na trzecim przez cały czas wygodnie siedziałem. Wreszcie przestał się rzucać, gdyż za każde takie nieposłuszeństwo odpokutowywał – niezbyt przyjemnym odczuciem było dla niego, kiedy sto kilo obcej wagi unosiło się i od razu gwałtownie przysiadało na jego plecach. Jak słowa nie docierają do pijaka, to co innego dotrze…
Cała trójka wreszcie się uspokoiła. Chyba trochę otrzeźwieli i widocznie dotarło do ich zamglonych alkoholem głów, co się stało. Mogłem wreszcie się podnieść, tylko pogroziłem palcem mojemu, dosłownie „poddupnemu stołkowi”. Usiadł, ale już przestał się rzucać. Czwartemu, leżącemu w mokrym ubraniu na piasku jak kłoda, nie trzeba było niczym grozić. Ważne, iż oddychał, nic więcej woleliśmy przy nim nie robić.
cdn.
Idź do oryginalnego materiału