Zawsze wydawało mi się, iż prowadzę normalne, ułożone życie. Praca w serwisie klimatyzacji w Łodzi, kredyt na mieszkanie na Widzewie, czerwony peugeot 208 na podjeździe. No i Agata — żona, która zarabiała w korpo tyle, iż czasem wstyd było mi się przyznać, ile z tego tak naprawdę pochodziło z jej konta.
Kiedy stanęła w drzwiach tamtego popołudnia, od razu wiedziałem, iż coś się stało. Pachniało barszczem, a ona miała taki wyraz twarzy, jakby wygrała los w totka. Uśmiechała się do mnie, jakbyśmy mieli osiemnaście lat i dopiero zaczynali razem.
— Co tak wcześnie? — zapytałem, ściągając buty. — Zwolnili cię znowu?
— Nie, Paweł. — Zawiesiła głos. — Sama się zwolniłam. Przecież marzyłeś, żebym rzuciła robotę i zajęła się domem. No to proszę. Od dzisiaj jestem kurą domową.
Poczułem, jak żołądek podchodzi mi do gardła.
— Super — wykrztusiłem. — Nareszcie ja mogę być facetem w tym domu.
Poszedłem pod prysznic, odkręciłem zimną wodę. Stałem pod nią chyba pięć minut, zanim dotarło, iż to nie żart.
Ania, moja kuzynka, rozwiodła się dwa lata temu. Jej były mąż, ten z sieciówki elektromarketów, dostał mieszkanie i samochód, a ona wróciła do matki z jedną torbą. Pamiętam, jak opowiadała: „Siedziałam mu na garnuszku i nie mam nic". I ten strach, głupi, z dzieciństwa, iż zostanę bez niczego, nagle wrócił.
Do soboty udawałem, iż nie widzę, jak Agata rozkłada na stole kolorowe gazetki z Lidla i planuje remont kuchni. W niedzielę rano usiadła naprzeciwko mnie z kubkiem melisy.
— Pomyślałbyś, iż trzeba opłacić rachunki za prąd i wodę? — zagadnęła.
— No przecież wiem.
— To ile mamy na koncie wspólnym?
Zacisnąłem zęby. Wspólne konto mieliśmy założone tuż po ślubie, ale prawie na niego nie wpłacałem. Agata mówiła, iż jej pensja wystarcza na wszystko — i faktycznie wystarczała. Moje pieniądze szły na raty, na telefon, na rzeczy, które kupowałem sobie. I na nową konsolę, którą zamówiłem w piątek po cichu.
— Agata, posłuchaj — zacząłem. — Ty nie umiesz siedzieć w domu. Za dwa tygodnie oszalejesz.
— A ty nie chcesz, żebym sprawdzała, ile wydajesz?
Zesztywniałem.
— Ja cię utrzymuję — powiedziałem twardo. — Przecież ta cała kuchnia, taras, wszystko…
— Taras budował mój ojciec — przerwała. — A kredyt za samochód spłaciłam ja. Kto nim jeździ na co dzień? Ty.
Otworzyłem usta, żeby coś odpowiedzieć, ale nic rozsądnego nie przyszło mi do głowy. Zamiast tego wstałem, trzasnąłem szafką, aż zabrzęczały talerze.
— To może pójdź do roboty i zobacz, ile jest warta twoja pomoc — rzuciłem w jej stronę.
Agata popatrzyła na mnie tak, jak patrzy się na źle wychowanego dzieciaka. Bez krzyku, bez łez. Wstała i poszła do sypialni.
Wtedy naprawdę się przestraszyłem. Ta cisza była gorsza niż awantura. Mama by w takiej chwili podniosła głos, rzuciła ścierką, potem udobruchała obiadem. Agata po prostu odeszła.
Dwa dni później, kiedy wróciłem z warsztatu, na stole leżała kartka. „Obiad w piekarniku. Zadzwoń do matki, pytała o wkład własny". W pierwszej chwili pomyślałem, iż to żart. Wkład własny. To ona płaciła co miesiąc czynsz za mieszkanie po babce na Teofilowie, z którego mieliśmy mieć kiedyś „bufor bezpieczeństwa". Matka Agaty od dawna jej wypominała, iż trzyma ten lokal tylko na nasze czarną godzinę. I nagle Agata chciała wiedzieć, czy ja dołożę się do czegoś, co należało do niej i tak?
— Co to ma znaczyć? — zapytałem, wchodząc do kuchni.
Siedziała przy stole, przeglądała ogłoszenia o pracę. choćby nie podniosła wzroku. Na blacie stał jej laptop, a obok mój kubek z niedopitą kawą sprzed trzech dni.
— Pytałeś wczoraj, czy jestem wartościowa. Więc sprawdzam.
— Nie mówiłem tak.
— Zanim wyszłam z poprzedniej firmy, dostałam premię. Czterdzieści dwa tysiące brutto. Za projekt, który ciągnęłam sama przez siedem tygodni.
Zatkało mnie. Czterdzieści dwa tysiące. Moja roczna pensja z premią ledwo dotykała osiemdziesięciu.
— Nie pytałeś, po co zwolniłam się z dnia na dzień — ciągnęła. — Nie zapytałeś, czy mam uraz, czy jestem chora, czy ktoś mi zrobił krzywdę. Zapytałeś tylko, ile mamy na koncie.
Chciałem jej przerwać, ale gardło miałem suche jak papier ścierny.
— I powiem ci, Paweł. Przez rok wydałam na ciebie trzydzieści siedem tysięcy. Nie na nas. Na twoje nowe telefony, gry, zegarek, który leży w szufladzie, bo się wstydzisz go nosić do budowlanki. Trzydzieści siedem. A ty przez ten czas zapytałeś raz, czy nie potrzebuję butów.
Podszedłem do stołu. Mapka z ogłoszeniami była otwarta na stronie z OtoDom. Wynajem kawalerki w Śródmieściu — dwa tysiące trzysta plus rachunki.
Zanim się obejrzałem, wstała i wzięła do ręki kluczyk od peugeota.
— Zostaw auto — powiedziałem szybko. — Przecież muszę jutro do hurtowni.
Agata popatrzyła na kluczyki, potem na mnie. Przez chwilę myślałem, iż się uśmiechnie, iż to wszystko test, iż powie: „a widzisz, jak to jest".
— Ten samochód jest na mnie — powiedziała cicho. — Kredyt spłacony w lutym. Mam potwierdzenia z banku za każdą ratę. Przelewy z mojego konta osobistego. Komornik by to rozstrzygnął w tydzień.
Wtedy zrozumiałem, iż to nie jest gra. Ona odchodziła naprawdę. I zabierała mi jedyną rzecz, o której mówiłem „moje", chociaż nigdy nie zapłaciłem za nią złotówki.
Złapałem ją za ramię. Nie mocno, raczej w geście, który sam odebrałem jako błaganie.
— Agata, nie rób scen. — Głos mi się łamał. — Przecież my się kochamy.
Zesztywniała pod moim dotykiem. Spojrzała na moją dłoń, a potem na moją twarz.
— To nie jest scena. To wyprowadzka. Zostawiam ci mieszkanie. Zostawiam ci całą twoją elektronikę, za którą zresztą w większości zapłaciłam. Zostawiam ci życie, które znasz. Zabieram tylko samochód i resztę godności.
Wyszła. Zatrzasnęła drzwi tak delikatnie, iż aż mi dzwoniło w uszach. Delikatność w tej chwili bolała bardziej niż krzyk.
Zadzwoniłem do matki. Odebrała po trzech sygnałach.
— No i co, zadowolony? — zapytała.
— Mama, przecież ja…
— Ty nic nie rozumiesz — przerwała. — Agata dzwoniła do mnie rano. Pytała, czy wezmę psa. Mówiła, iż ty nie wyprowadzisz go choćby na siku, bo masz za dużo na głowie.
Spojrzałem na kąt kuchni. Stary jamnik leżał na kocu, którego nigdy nie zauważyłem. Przyszedł do nas w zeszłym roku — Agata go przygarnęła ze schroniska. Buda, żarcie, weterynarz, legowisko w salonie. Jedyna rzecz, o którą nie musiałem prosić, a dostałem codziennie: przywiązanie.
I nagle, zamiast ulgi, którą powinienem czuć, wrócił strach. Nie o pieniądze. O to, iż nikt nie zapyta, czy jadłem, nie posmaruje kanapek na drogę, nie zadzwoni o osiemnastej, żeby powiedzieć, iż w piekarniku zapiekanka.
Wziąłem telefon. Otworzyłem konto firmowe. Przelałem Agacie dwadzieścia jeden tysięcy — tyle, ile byłem jej winien za ostatnie półrocze według kwitków, które zbierałem latami, choćby nie wiedząc, iż robię to po to, by kiedyś udowodnić, iż nie jestem zły. Po prostu przegrany we własnym domu.
Nie zadzwoniła. Nie odpisała na przelew. Zamiast tego po dwóch dniach znalazłem w skrzynce kopertę. W środku: dowód rejestracyjny samochodu, polisa, kluczyki i kartka w kratkę.
„Kredyt za auto spłacony. Jesteś mi winien trzydzieści siedem, ale te dwa tysiące trzydzieści, które zostawiłeś na koncie wspólnym, są dla ciebie ważniejsze. Więc weź samochód. I posprzątaj lodówkę, bo nikt tego za ciebie nie zrobi".
Wsiadłem do peugeota, zimny skurczył mi palce na kierownicy. W lusterku zobaczyłem swoje odbicie. Chudy facet z Łodzi, który całe życie naprawiał innym klimatyzację, a sam nie umiał dopuścić do siebie jednego: iż ciepło w domu daje ktoś, kogo za to nie doceniam.
Odpaliłem silnik. Na wycieraczce znalazłem psią kaganiec, który Agata musiała zgubić w pośpiechu. Schowałem go do schowka obok faktur za paliwo, których nigdy nie ruszałem.
Wycofałem z parkingu i skręciłem w stronę Teofilowa. Adres mieszkania po babce znałem na pamięć. Zatrzymałem się pod blokiem, patrzyłem w okna na trzecim piętrze.
W jednym paliło się światło.
Czekałem kwadrans, nie wiedząc po co. Potem wyjąłem telefon i napisałem jedną wiadomość. Bez przeprosin, bez obietnic.
„Wniosek o podział majątku zostaw w skrzynce. Cokolwiek w nim będzie, podpiszę".
Odpowiedź przyszła po siedmiu minutach.
„Nie będzie wniosku. Ale pojedź z psem do weterynarza, jutro ma kontrolę. Godzina 16:40. Ulica Rokicińska 131".
Zapisałem adres w kalendarzu. Obróciłem kluczyk w stacyjce i pojechałem do domu — nakarmić psa, którego przez rok nie potrafiłem nazwać po imieniu.
Rano pierwszy raz sam zaparzyłem kawę w ekspresie, który Agata czyściła co niedzielę. Zalałem kubek po brzegi i poszedłem do przedpokoju.
Na wieszaku wisiał jej stary szalik. Wełniany, w renifery, z targu na Górniaku. Zostawiła go. Może celowo, może zapomniała.
Złożyłem go w kostkę i położyłem na szafce przy drzwiach. Potem wziąłem smycz z haczyka i powiedziałem do psa:
— Chodź, Bruno. Pójdziemy do niej.














