# Cudza kołyska

polregion.pl 7 godzin temu

Nie wiem, kiedy dokładnie przestałem być sobą.

Może wtedy, kiedy pierwszy raz odebrałem telefon od windykatora i usłyszałem, iż mam trzy dni. Może wcześniej — kiedy podpisałem ten chory kredyt na warsztat, bo sąsiad powiedział, iż to pewna inwestycja. A może dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem, jak Justyna układa w szafce rzeczy dla naszej córki, a mi w głowie dudniło: *nie stać cię choćby na pieluchy*.

W każdym razie tamtej nocy, kiedy wyjeżdżałem z Łodzi, wiozłem w bagażniku dwie torby i całą naszą wspólną przyszłość. Tyle iż tej drugiej nikt nie widział. Jeszcze nie.

## Część I: Znikać powoli

Zacznę od rzeczy, której nikt nie mówi głośno: długi nie przychodzą z krzykiem. One są jak sąsiad, który najpierw pożycza wiertarkę, potem przychodzi na kawę, a na końcu masz jego buty w przedpokoju i nie pamiętasz, kiedy dorobił sobie klucz.

Warsztat na Zarzewie. Miał być złotym interesem — duża hala, trzech pracowników, umowa z firmą kurierską na przeglądy floty. Michał, mój wspólnik, pokazał mi wyliczenia. Były tak ładne, iż aż nierealne. Powinienem był wtedy uciekać. Zamiast tego podpisałem.

Kredyt we frankach? Nie, gorzej. Leasing na sprzęt, factoring na płatności, do tego prywatna pożyczka u faceta, który nie daje pokwitowań. Wszystko szło dobrze przez dziewięć miesięcy. Potem Michał wyjechał „tylko na tydzień do rodziny” i już nie odebrał telefonu.

Zostałem z halą, trzema pracownikami i zobowiązaniami na czterysta tysięcy złotych.

Nie powiedziałem Justynie. Wiecie, jak to jest — myślisz, iż wygrzebiesz się sam, iż nie ma sensu straszyć. A potem przychodzi komornik i okazuje się, iż strach i tak już był w domu, tylko go nie widziałaś.

Bo ja go widziałem. Codziennie. Zwłaszcza w nocy, kiedy Justyna głaskała brzuch i mówiła, iż nie może się doczekać, żeby urządzić pokój dla małej. Mówiła „pokój dla Zosi”. Tak miała mieć na imię.

Kiedy było już naprawdę źle, zadzwoniłem do matki. Nie powiedziałem jej wszystkiego, tylko tyle, iż warsztat sypie się jak domek z kart. Odpowiedziała krótko: „Ja mam odłożone na czarną godzinę. Jak przyjdzie, powiedz”. Nie wiedziałem wtedy, iż zapamiętam te słowa na ponad rok.

## Część II: Dom z tektury

Nasze mieszkanie na Widzewie. Trzy pokoje, balkon od wschodu, kuchnia, w której Justyna zawsze zostawiała niedopitą herbatę i jabłko. Kupiliśmy je jedenaście lat temu, niedługo po ślubie. Spłacaliśmy kredyt hipoteczny w mBanku, rata co miesiąc, jak wszyscy. Tyle iż ja przestałem płacić. Najpierw jedną ratę, potem drugą. Bank wysyłał monity, potem wezwania, w końcu wypowiedzenie umowy.

Justyna o niczym nie wiedziała. Ona w tym czasie miała umowę z NFZ, termin porodu na początek maja. A ja chodziłem po mieście i szukałem wyjścia. Znalazłem jedno — tylko iż to wyjście było z cudzego mieszkania.

Facet od pożyczki, taki grubawy, w skórzanej kurtce, spotkał się ze mną w barze na Pietrynie. Powiedział: „Słuchaj, stary, nie ma co płakać. Twoja żona ma podpis? To niech podpisze. Nikt nie sprawdzi, czy to jej ręka, jak dostarczysz papiery do notariusza. Trzeba tylko jednego — twojej twarzy i jej dowodu.”

Długo nad tym myślałem. Całe trzy minuty. Potem mu przytaknąłem.

## Część III: Puste łóżko

Poród był trudny. Justyna osłabiona, Zosia mała, ale zdrowa. Siedziałem przy szpitalnym oknie i patrzyłem na park. Wiosna, ładnie. A w telefonie esemes od notariusza: „Dokumenty gotowe. Podpis żony wymagany.”

Nie wróciłem do szpitala. Zamiast tego pojechałem do mieszkania, spakowałem dwie torby i zabrałem z szafki to, co najważniejsze: dowód osobisty Justyny, akty notarialne, biżuterię po jej babci. Pieniądze z konta. Nasze oszczędności — osiemdziesiąt tysięcy na lokacie — wyjąłem przez internet. Wszystko lege artis. Hasła przecież znałem.

W sprzedaży pomógł facet z baru. Kupców znalazł gwałtownie — małżeństwo z Krakowa, które chciało inwestować na rynku najmu. Notariusz wszystko potwierdził. A podpis Justyny? No cóż, nikt nie pytał, czy to ona trzymała długopis. Nikt nie sprawdzał. W Polsce wystarczy być mężczyzną z twarzą i dowodem żony. Czasem się udaje.

Dom sprzedany. Mieszkanie puste. Ja w drodze do Wrocławia, z walizką i z poczuciem, iż uciekłem nie przed ludźmi, tylko przed lustrem.

## Część IV: Kontakt

Dwa tygodnie później zadzwonił do mnie numer z Łodzi.

Nie odebrałem. Nie dlatego, iż bałem się Justyny. Bałem się, iż w jej głosie usłyszę to, po co nie chcę wracać.

Piątek był ciężki. We Wrocławiu padało. Wynająłem kawalerkę na Nadodrzu, na trzecim piętrze, bez windy. Brudne okna, szafka z płyty, łazienka, w której grzyb wygrywał z płytkami. Ale to wystarczało. Chowam się tam, myślałem. Nie muszę być wielki, muszę być niewidzialny.

Wieczorem podszedłem do balkonu. Zapaliłem. W telewizorze mignęła reklama mBanku. Przełączyłem kanał.

Telefon zadzwonił znowu. Tym razem wiadomość.

„Jestem w Łodzi. Odzyskam, co moje.”

Zgasiłem papierosa. Chciałem odpisać: „nic nie jest twoje”. Ale zabrakło mi słów. Bo to nie była do końca prawda.

## Część V: Drzwi

Nie wracałem do Łodzi przez miesiąc.

Potem — musiałem. Sprawy spadkowe po ojcu, który zmarł w listopadzie. Nikt nie pytał, czy żyję, tylko czy zapłacę. Pojechałem pociągiem, tanio, żeby nie świecić twarzą na autostradzie.

Miasto pachniało kurzem i octem z budki z kebabem. Wysiadłem na Dworcu Fabrycznym tuż przed dwudziestą. Wszystko inne niż zapamiętałem. I wtedy zobaczyłem Justynę.

Stała przy kasie biletowej. Chudsza. Włosy krótsze, związane w kucyk. Przy nodze wózek, a w nim Zosia. Moja córka. Nie można kochać z daleka, ale też nie można przestać.

Nie podszedłem. Patrzyłem zza filara. Justyna otworzyła torebkę i wyjęła z niej kartkę. Miała pismo z banku. Zacisnęła usta, potem schowała papier. Ktoś obok niej trącił wózek. Zosia zapłakała. Justyna zaczęła ją bujać, a mnie zabolała szczęka. Zagryzłem zęby tak mocno, iż poczułem krew.

Stałem tam jeszcze dziesięć minut po tym, jak odeszła, wpatrzony w miejsce, gdzie stał wózek. Nie ruszyłem się, dopóki nie przyjechał mój pociąg.

## Część VI: Czarny mercedes

Dwa miesiące po tym, jak sprzedałem mieszkanie, pod kawalerkę we Wrocławiu podjechał czarny mercedes klasy E. Zatrzymał się punkt szósta rano. Zasłona w kuchni poruszyła się od podmuchu przez nieszczelne okno. Stałem przy czajniku. Wiedziałem, iż to po mnie.

Wysiadł mężczyzna w garniturze. Nie gruby. Taki, co to nie potrzebuje krzyczeć, bo sami schodzicie mu po schodach. Wszedł do klatki. Po chwili pukanie.

Otworzyłem.

— Dzień dobry? — powiedziałem.

— Pan Szymon Walczak? — spytał.

— Tak.

— Jestem pełnomocnikiem pańskiej żony.

— Byłej? — poprawiłem.

— Jeszcze nie. — Wszedł do przedpokoju, chociaż go nie zapraszałem. Położył na stole plik dokumentów. — Pana małżonka wystąpiła o alimenty, złożyła wniosek o unieważnienie transakcji sprzedaży nieruchomości przy ulicy Ratajskiej 14 oraz zgłosiła sprawę do prokuratury w Łodzi.

Patrzyłem na te papiery i nie widziałem liter. Widziałem tylko pieczątki. I zdjęcie Justyny w tle. Nie jako ofiarę. Jako kobietę, która wstała z łóżka po cesarce i poszła do sądu.

— Co pan zamierza? — zapytał pełnomocnik.

— Nie wiem — usłyszałem swój głos.

— Radzę się dobrze zastanowić.

Wyszedł, zostawiając papiery na stole. Wziąłem długopis z szuflady, obracałem go w palcach, ale nie potrafiłem nic nim napisać. Czajnik zdążył wystygnąć.

## Część VII: Podpis

W nocy nie mogłem spać.

Nawet nie próbowałem liczyć pieniędzy. Zostało mi dwadzieścia siedem tysięcy. Reszta poszła na spłatę tego grubego z baru — „prowizja za zorganizowanie kupca, osiemnaście procent”. Planowałem zniknąć do Hiszpanii, ale nie miałem już czym. Zosia rosła bez mojej wiedzy, gdzieś w mieszkaniu, do którego nie miałem już wstępu.

W poniedziałek poszedłem do kancelarii. Pełnomocnik pokazał mi wniosek o zabezpieczenie. Nakaz zapłaty. Odsetki. „Panie Szymonie, to nie jest kwestia wyboru. To jest kwestia czasu.”

— Co mam zrobić? — spytałem.

— Skontaktować się z Justyną. I podpisać ugodę. Ustalić alimenty. Wnioskować o cofnięcie skargi karnej.

— Nie mogę.

— To nie może pan też czekać. Bo ona nie czeka. Ona już odzyskała mieszkanie.

Zamarłem.

— Jak to?

— Sąd wydał zabezpieczenie. Kupcy odstąpili od umowy. Zasiedzenie wstrzymane. Ona wróciła do domu. — Pełnomocnik złożył dłonie na stole. — I mówię panu to nie jako prawnik, tylko jako człowiek, który widział ją w sądzie: ta kobieta nie odpuści. choćby jeżeli miałby pan zniknąć w Ameryce Południowej. Ona wynajmie detektywa. Sprzeda pierścionek. Już to zrobiła.

— Skąd pan wie?

— Widziałem dokumenty. — Spojrzał na mnie chłodno. — Sprzedała obrączkę za tysiąc sto złotych. W Łodzi. W lombardzie na Gdańskiej.

Tysiąc sto złotych. Za nasze dwanaście lat.

## Część VIII: Powrót

Pojechałem do Łodzi w środę. Padało. Ulice błyszczały, tramwaje jeździły półpuste. Wysiadłem na przystanku przed dawnym osiedlem. Trzy wieżowce, plac zabaw, śmietnik, przy którym zawsze śmierdziało mokrą tekturą. Wszystko stało na swoim miejscu, z wyjątkiem jednego: mnie.

Podszedłem pod blok. Domofon wymieniony. Nie znałem kodu. Stałem bezczynnie, z rękami w kieszeniach. Po chwili drzwi otworzyła sąsiadka z pierwszego piętra, pani Halina. Poznała mnie od razu.

— Szymon? — Zmrużyła oczy. — A co tu robisz?

— Przechodziłem.

— Do Justyny? To nie ma po co. Ona niedawno wróciła z dzieckiem. Nie chce nikogo.

— Ja tylko…

— A wiesz, iż ona sprzedała wózek? — przerwała. — Bo na nic nie było pieniędzy. A ty chłopie w skórzanej kurtce mówiłeś, iż wszystko będzie.

Poczułem, jak robi mi się gorąco.

— Pani Halino…

— Idź stąd. — Zamknęła mi drzwi przed nosem.

## Część IX: Zosia

Widziałem ją w końcu. Przez przypadek. Przechodziłem obok parku, a one siedziały na ławce. Justyna karmiła Zosię butelką. Słońce zachodziło, ale jeszcze grzało. Zosia miała czapeczkę w misie, taką żółtą. Moja córka.

Stałem może dziesięć metrów dalej. Justyna podniosła głowę.

— Czego chcesz? — spytała, nie podnosząc głosu.

— Wróciłem.

— To widzę.

— Justyna…

Zaczęła się śmiać, ale to nie był śmiech. To był charkot, krótki, suchy. Wstała z ławki. Zosia spała przy jej piersi.

— Ty nie wróciłeś. Ty się pokazałeś. Bo już nie masz gdzie uciec.

— Chcę coś podpisać — powiedziałem.

— Co?

— Ugodę. Alimenty. Cokolwiek.

— Cokolwiek? — Popatrzyła na mnie. — Sfałszowałeś mój podpis. Zrobiłeś to beze mnie, bez pytania, kiedy leżałam w szpitalu. Sprzedałeś nasz dom, kiedy nie mogłam choćby wstać z łóżka. Zabrałeś moje dokumenty. Zabrałeś jej… — urwała.

— Jej co?

— Jej matkę. — Odwróciła się. Zosia otworzyła oczy, zamrugała. — Nie masz prawa.

— Chcę tylko pomóc. — To wszystko zabrzmiało tak słabo, iż choćby ja w to nie uwierzyłem.

Justyna ruszyła w stronę alejki.

— Daj mi numer konta — mówiłem dalej. — Ustalamy alimenty. Odzyskasz…

— Już odzyskałam.

— To co mam zrobić?

— Numer: 32 1140 2004 0000 3202 7345 1182. To konto mojej mamy. Przelej tysiąc. Potem zobaczymy.

Patrzyłem, jak odchodzi. Wózek skrzypiał. Zosia nie płakała. A ja stałem na ścieżce, aż zgasło słońce, i wracałem do kawalerki na piechotę, bo nie chciało mi się czekać na tramwaj.

## Część X: Przelew

Następnego dnia poszedłem do oddziału mBanku. Podałem numer konta. Tysiąc złotych. W tytule: „Koszty opieki nad Zosią.”

Uderzyło mnie jedno: Justyna nie powiedziała „to nie jest twój dom”. Powiedziała „to ty się pokazałeś”. Jakbym był chwilą, którą trzeba przeczekać.

Wieczorem nie mogłem spać. Przewracałem się z boku na bok w tej ciasnej kawalerce. W końcu wstałem i wyjąłem z torby ich zdjęcie. Jedno jedyne, którego nie zniszczyłem. Justyna w ciąży, ja z dłonią na jej brzuchu. Uśmiech. To zdjęcie zrobił sąsiad, bo wydawało nam się, iż tak trzeba — uwiecznić, zanim coś się zmieni.

Rano zszedłem na dół. Listonosz wrzucał listy do skrzynek. W mojej znalazłem awizo. Sąd. Łódź-Śródmieście. Sprawa: z powództwa Justyny Walczak przeciwko Szymonowi Walczakowi o uznanie czynności prawnej za bezskuteczną, przywrócenie posiadania, alimenty. Doczytałem do końca. Nakaz zapłaty w przedmiocie alimentów: 1 300 zł miesięcznie.

Sto złotych więcej, niż zarabiam w warsztacie, do którego miałem wracać.

Złożyłem pismo w pół, potem jeszcze raz, aż zrobiła się z niego twarda kostka, i schowałem do kieszeni kurtki.

## Część XI: Zatrzymać słońce

W piątek przyjechała policja. Wrocław, nad ranem. Mundurowi z komendy miejskiej. Zanim zapukali, zdążyłem spakować torbę. Wiedziałem, iż tak się skończy.

Zatrzymanie. Czynności. Prokurator postawił zarzuty: podrobienie dokumentu, usiłowanie oszustwa, przywłaszczenie rzeczy ruchomych. Matka Justyny napisała później, iż to jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie słyszała o zięciu.

Nie napisała „byłym”. Dziwne.

W areszcie spędziłem trzy miesiące. Odwiedził mnie pełnomocnik Justyny. Nie ona. Ona nie przyszła. Zosia nie przyjdzie.

Wyrok: kara więzienia w zawieszeniu na dwa lata, dozór elektroniczny, grzywna. Nakaz zapłaty alimentów utrzymany. Uznanie umowy sprzedaży za bezskuteczną. Mieszkanie wróciło do Justyny.

W sali sądowej nie patrzyłem na sędziego. Patrzyłem na krzesło, na którym powinna siedzieć Justyna, gdyby przyszła. Było puste przez całą rozprawę.

## Część XII: Dwa pokoje

Po wyjściu na wolność nie pojechałem do Łodzi. Wynająłem pokój w Międzyrzecu Podlaskim. Na piętrze u listonosza. Za pięćset złotych z opłatami. Właściciel wynajmował po cichu, bez umowy. Miałem jedną szafę, łóżko, kuchenkę turystyczną. I książkę telefoniczną, z której wydzierałem kartki na podpałkę.

Co miesiąc robię przelew na konto matki Justyny. 1 300 złotych. Czasem więcej, jeżeli znajdę dodatkowe zlecenie. W warsztacie w Międzyrzecu klepię blachę, wymieniam klocki, ustawiam zbieżność. Kasjerka w Biedronce zna mój dowód. W sklepie monopolowym nie mówią „dzień dobry”, tylko „dwie paczki jaśniejszych?”.

Nie dzwonię. Nie piszę. Raz na kwartał odbieram telefon od pełnomocnika — pyta, czy alimenty wpłyną. Mówię, iż tak. I cisza. Tylko w tle słychać, jak u mnie w kratce wentylacyjnej szura gołąb. Albo jak w kuchni kapie kran. Kapie dokładnie co dwie sekundy. Policzę: czternaście kropli na minutę.

Do Justyny wracam myślami tylko w nocy. Wtedy otwieram zdjęcie. Patrzę na Zosię, jaka była wtedy, w parku, w żółtej czapeczce. I odkładam fotografię z powrotem do koperty, żeby się nie pomięła.

## Część XIII: Kwit

Minęło już kilkanaście miesięcy, odkąd wyszedłem z aresztu, kiedy listonosz przyniósł list polecony. Z Łodzi.

Otworzyłem na schodach. W środku jedna kartka. Pismo Justyny — takie, jakiego nie widziałem od dawna: równe, spokojne, z tym charakterystycznym przechyleniem w lewo.

„Przelew z 14 marca zaksięgowany. Potrzebuję zaświadczenia o dochodach. Sąd czeka na dokumenty. Nie dzwoń. Nie przyjeżdżaj. Mieszkanie wynajęte. jeżeli chcesz coś dla Zosi, to wpłacaj na subkonto 92 1140 2004 0000 3402 7568 3914. Ona dostała dwie prace. Napisz do adwokata, nie do nas.”

W lewym dolnym rogu, pod spodem, ktoś dopisał małym, koślawym drukiem, literami stawianymi jedna obok drugiej, jakby ktoś dopiero uczył się je łączyć: „Tata jest zmenczony. Ale i tak zyjemy.”

Znieruchomiałem. Zosia miała już prawie dwa latka — na tyle, żeby ktoś prowadził jej rękę po kartce i podpowiadał litery. To mogła być tylko Justyna, trzymająca dłoń córki nad papierem.

Na kopercie znalazłem drobiazg: naklejkę z misiem. Taki sam, jak na czapeczce Zosi tamtego dnia w parku.

Stałem w klatce, wiatr trzaskał drzwiami. Złożyłem list. Schowałem do kieszeni na piersi. Wszedłem po skrzypiących schodach na górę i przez dwadzieścia minut patrzyłem na kartkę z numerem subkonta.

Wieczorem zrobiłem przelew. Nie na alimenty. Na subkonto. Tytuł: „Dla Zosi na lato — kurtka przeciwdeszczowa, 99 zł.”

Tak naprawdę myślałem, żeby przelać czterysta. Zostało mi sześćset do końca miesiąca. Z przelewem czekać nie mogłem.

## Część XIV: Człowiek z pociągu

To był koniec czerwca, upał. Na dworcu w Łodzi Kaliskiej pociąg do Warszawy opóźniony. Czekałem przy peronie czwartym, trzymałem w ręku butelkę wody i bilet. I wtedy zobaczyłem Justynę.

Wysiadła z pociągu osobowego z Poznania. Wózek, torba, twarz zmęczona, ale inna. Lżejsza. Zosia spała.

Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Zrobiłem krok. I stanąłem.

Justyna zeszła z peronu. Wiatr od Bałut podniósł jej włosy. Odwróciła się, jakby coś czuła. Zobaczyła mnie. Nie uciekła. Nie krzyknęła. Popatrzyła na mnie z daleka, mrużąc oczy od słońca.

A ja położyłem dłoń na piersi. Tam, gdzie był list z naklejką.

Justyna pokręciła głową. Wolno. I poszła w stronę wyjścia.

Z pociągu wysiadł mężczyzna z teczką. Spojrzał na mnie, na nią, potem na rozkład jazdy. „Zna pan tę kobietę?” — zapytał. Nie odpowiedziałem.

Patrzyłem, jak odchodzi. Wózek podskoczył na nierównym chodniku. Zosia się obudziła i złapała matkę za palec. To wszystko trwało może dwie minuty. Ale ja zapamiętam każdą sekundę.

## Część XV: Późna godzina

Miesiąc później zadzwonił telefon. Wyświetlił się numer z Łodzi. Odebrałem.

— Szymon? — odezwała się Justyna.

— Tak.

— Możesz mówić?

— Mogę.

— Znalazłam coś w korespondencji z banku. Coś, czego nie zauważyłam wcześniej. Twój dług w mBanku. Spłacony. W czerwcu. Przez osobę trzecią. — Zamilkła. — Przez twoją mamę.

Poczułem ciepło w klatce piersiowej. Matka nie mówiła mi o tym. Przypomniałem sobie jej słowa sprzed tylu miesięcy: „ja mam odłożone na czarną godzinę”. Widocznie ta godzina w końcu przyszła, tylko nie dla mnie.

— Chcę zwrócić jej te pieniądze — powiedziała Justyna. — Ale nie mogę. Bo połowę oddałeś w postaci alimentów. Z drugiej połowy… — usłyszałem szelest. To mogła być kartka. Albo paczka. — Nie musisz nic mówić. Tylko daj jej znać, iż nikt nie jest dłużny.

— Zarobisz? — spytałem.

— Już zarobiłam. — Zamilkła. — Zosia ma łóżeczko. Prawdziwe, drewniane. Znalazłam na OLX. Za osiemdziesiąt złotych. I wiesz co? Pachnie sosną.

Zaciągnąłem się powietrzem. Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. Taka, w której słychać oddech dziecka.

— Justyna…

— Nie mów nic. Bo zepsujesz. — I rozłączyła się.

## Część XVI: Drzwi obrócone w słońce

Koniec sierpnia. Międzyrzec Podlaski pachniał skoszoną trawą. Odebrałem z Biedronki awizo. Tym razem nie list, tylko paczka. Nieduża, w szarym papierze.

W domu zdjąłem pakunek. W środku album. Stary, w skórzanej oprawie. Ten sam, który kiedyś schowałem w garażu. Album z naszymi zdjęciami — z czasów, kiedy wszystko było zwykłe. Wesele, pierwsze mieszkanie, pies sąsiadów, wyjazd nad morze. Justyna na bałtyckiej plaży w Ustce, z policzkami od wiatru i w za dużym swetrze.

Do albumu dołączona kartka:

„To nie dla Ciebie. To dla Zosi. Kiedyś jej pokażę. Żeby wiedziała, iż nie zawsze było tak, jak jest teraz. — J.”

Odwróciłem kartkę. Po drugiej stronie, drobniutko, ktoś napisał: „Andrzej — brat Justyny — powiedział, iż nie chcesz już walczyć. A ja myślę, iż ty po prostu nie umiesz przegrywać. Więc się naucz.”

Zamknąłem album. Położyłem go na parapecie. Za oknem zapadał zmierzch. Wyjąłem z kieszeni kurtki stary kwit z bankomatu — ten sam, który nosiłem od miesięcy, złożony w twardą kostkę, z wyblakłym już nadrukiem daty i kwoty. Rozprostowałem go na kolanie, próbując odczytać cyfry pod światło.

Potem schowałem go z powrotem do kieszeni, obok albumu, obok listu z naklejką misia, i usiadłem przy oknie czekać na kolejny pierwszy dzień miesiąca.

Idź do oryginalnego materiału