Redakcja: Skąd u Ciebie wziął się pomysł, by kilkanaście lat temu otworzyć w Poznaniu jedną z pierwszych śniadaniowni i francuskie bistro?
Daria Kuttene: Petit Paris zrodziło się z fascynacji francuskimi piekarniami. Zawsze, kiedy miałam okazję przebywać w Paryżu, moje pierwsze kroki kierowałam do piekarni, ale choćby nie na bagietkę, ale na croissant aux amandes (croissant z migdałami). I wtedy sobie myślałam, iż super byłoby kiedyś mieć taką piekarnię. To był moment, gdy dużo zaczęło się zmieniać w zwyczajach kulinarnych Polaków. Coraz chętniej ludzie chcieli spotykać się na mieście w porze śniadania. Pomyślałam: Mam! To jest to, co chcę robić. Zaczęliśmy z Cyrilem, moim mężem, uczyć się francuskich wypieków, działania gastronomii. Od razu wiedzieliśmy, iż nasze pierwsze Petit Paris musi powstać w Starym Browarze. To było miejsce, w którym spotykał się cały Poznań. Nie tylko na zakupy, ale także, by zobaczyć ciekawą wystawę, umówić się ze znajomymi. Nasze francuskie bistro idealnie tu pasowało – eleganckie, europejskie i bardzo dostępne.
Najpierw miłość do Paryża, potem do francuskiego męża
Redakcja: Francuskie bistro, mąż Francuz, a teraz córka studiująca w Paryżu. Co Cię najbardziej przyciąga do tego kraju?
D.K. Moje związki z Francją to połączenie fascynacji i ciągłego odkrywania nowego, uczenia się. Od pierwszych podróży do Paryża zachwycił mnie gwar francuskiej ulicy. Małe kawiarnie i bistro, które od rana do wieczora są pełne ludzi, którzy tu spotykają się, żeby przegadać coś z przyjaciółką, pobyć chwilę sami ze sobą zanim pobiegną dalej, zjeść romantyczną kolację. I możesz tu spotkać każdego – elegancką businesswoman, matkę z dzieckiem, sportowca, uroczą parę seniorów. To mnie uwiodło, iż oni naprawdę potrafią celebrować drobne chwile i to niezależnie kim są, co robią w życiu i warto się tego od nich uczyć…
A francuski mąż? Poznaliśmy się z Cyrilem 25 lat temu. W Poznaniu, nie w Paryżu. Pracowałam wtedy w jednym z butików. Widywałam tam czasem Cyrila. Wpadliśmy na siebie w jednym z poznańskich klubów. I tak się zaczęło. On już mówił dość dobrze po polsku, ale ja nie mówiłam jeszcze po francusku. Musiałam gwałtownie to nadrobić.
Teraz bardzo często przebywamy w Paryżu. Odwiedzamy rodzinę męża, ale też nasza córka Elena wybrała Paryż na swoje studia. Odkrywam tu ciągle coś nowego.
Croissant kontra jajecznica
Redakcja: Czy tworząc menu dla Petit Paris odtworzyliście 1:1 francuskie bistro?
D.K. Zaczynaliśmy jako jedna z pierwszych w Poznaniu śniadaniowni. Zresztą do dziś wiele osób tak o nas myśli, choć nasze lokale to dziś bistra działające od rana do wieczora. Francuzi uwielbiają słodkie śniadania. Podstawą jest oczywiście świetnej jakości croissant i równie dobra kawa. Chcieliśmy też, by Petit Paris to była dobra piekarnia z rzemieślniczym pieczywem, bagietkami. Uczyliśmy się ich wypieku z francuskiej mąki, receptur rodzinnych. Na początku Cyril robił je samodzielnie. Z czasem jak nasz koncept się rozrastał zatrudniliśmy piekarza, cukierniczki. gwałtownie zweryfikowaliśmy też swoje wyobrażenia o menu. Polacy uwielbiają na śniadanie jajecznicę. Cyril początkowo nie chciał jej wprowadzić do karty. Przekonał się jednak. Nasza oferta śniadań się rozrastała. Dziś zjemy typowe słodkie francuskie śniadanie, jak i słone – omlety, jajecznicę, tartiny, francuskie tosty. Nasze bistra działają do wieczora. W ciągu dnia można wpaść na typową francuską zupę cebulową i quiche albo na klasyk Tatar Paryski z frytkami czy wołowinę po burgundzku. Jesteśmy wierni korzeniom francuskiego bistro, ale łączymy smaki tak, by można było zjeść lekki lunch i spędzić u nas długi wieczór z pyszną francuską kolacją i winem.
Od Starego Browaru do Parku Wilsona
Redakcja: Petit Paris to dziś już pięć różnych lokalizacji?
D.K. Tak, to prawda. Nasza rodzina „Petit Paris” urosła przez te kilkanaście lat i adekwatnie każda z lokalizacji ma jakieś swoje cechy charakterystyczne. Pierwsza, jak już wspomniałam, to Stary Browar – tu chcieliśmy rozpocząć naszą historię, która nie była łatwa, ale jednak się udało! Stary Browar to centrum mody, kultury i sztuki. Ciągle piękne miejsce, którym możemy się poszczycić, jeżeli chodzi o tego typu obiekty. To świetne punkt na śniadanie i lunch. Spotkanie z przyjaciółką w przerwie na zakupy lub mniej formalne spotkania biznesowe.
Drugi był Sołacz. Z większą kuchnią i przestrzenią wtopioną w zielony park. Dzisiaj to tu jest nasza pracownia piekarnicza i cukiernicza, nasze biura i restauracja z pięknym tarasem. Ten cały klimat! Jesteśmy też w najnowszym centrum handlowym w Posnanii. Tam postawiliśmy na małą cukiernię i piekarnię. Można tu przysiąść na kawę lub zjeść quiche na słono, a także kupić na wynos kanapki czy słodkie do domu.
Baranowo z kolei to miejsce zupełnie inne. Na spotkania bez pośpiechu. Mocno wrośliśmy tu w lokalną społeczność. Wreszcie Park Wilsona to nasze najnowsze miejsce w wyjątkowym architektonicznie budynku Bethonhausu z historią targów w tle i w otoczeniu pięknego starego parku i Palmiarni. Tu można się spotkać po spacerze lub umówić się na śniadanie i lunch. To nasz największy lokal z oszkloną werandą z widokiem na park i dużym tarasem na dachu. Idealne miejsce na spotkanie z przyjaciółką, chwilę dla siebie po spacerze z dzieckiem lub romantyczną kolację we dwoje.
C’est la vie, czyli sztuka cieszenia się chwilą
Redakcja: Co najbardziej lubisz w prowadzeniu restauracji?
D.K. Lubię w Petit to, kiedy siedzę, patrzę na ludzi i myślę sobie, iż jednak udało nam się z mężem stworzyć ten „mały Paryż” w Poznaniu, iż jednak to marzenie zostało urzeczywistnione. Lubię też bardzo to, iż tyle osób ciągle do nas wraca, iż odkrywa nas też mnóstwo turystów. Ciągle wymaga to naszej uważności, zaangażowania, ale robimy to z pełnym oddaniem, z sercem, po prostu to lubimy. Miło jest pomyśleć, iż nasze miejsca dają euforia ludziom zasiadającym przy stolikach. Obserwować jak rozmawiają, śmieją się albo siedzą sami zamyśleni. Bardzo mnie to cieszy! Ten cały gwar i te chwile wyrwane z codzienności.















