Cisza w mieszkaniu przy Kasprowicza

polregion.pl 8 godzin temu

Zdzisław Barański miał sześćdziesiąt dziewięć lat i od trzydziestu lat powtarzał żonie to samo zdanie: iż gdyby nie ona, żyłby jak król. W piątek rano, kiedy Halina pakowała do torby słoik ogórków i tekturowe pudełko z sernikiem dla wnuczki, w końcu to powiedział na głos.

— Jedź już, jedź do tej Wrocławia, może wreszcie odpocznę od ciebie.

Halina nie odpowiedziała. Popukała się palcem w skroń, jakby sprawdzała, czy mężowi coś się w głowie poluzowało, złapała reklamówkę z ciastem i wyszła na przystanek dwunastki. Zdzisław zamknął drzwi na klucz, wyprostował plecy i pomyślał: no i wreszcie. Cisza. Spokój. Koniec seriali o czwartej, teraz może sobie w ciszy oglądać mecz Legii i "Wiadomości" o dziewiętnastej trzydzieści, bez komentarza, iż premier znowu kłamie.

Pierwsze co zrobił — wygonił kota Filemona, ulubieńca Haliny, na balkon. Potem kosz z włóczką i niedokończonym szalikiem wepchnął za kanapę, żeby nie leżał na oczach, i rozwalił się w fotelu z pilotem. Przełączał kanały — nuda. Wyłączył telewizor. Przeszedł się po mieszkaniu — trzy pokoje, kuchnia, i wszędzie pusto, jakby ktoś wyniósł meble. Koło południa odgrzał sobie żurek, poparzył palce o rondel, usiadł przy stole i z przyzwyczajenia krzyknął w stronę kuchni:

— Halina, podaj chleb!

Cisza. Nikt nie odpowiedział, nikt nie burknął, iż sam ma nogi. choćby "Wiadomości" bez jej komentarzy pod telewizorem straciły sens — z kim się teraz pokłócić o ceny prądu i o to, kto zawinił w rządzie? Wyciągnął z szuflady karty do makao, przypomniał sobie, jak Halina codziennie wieczorem go ogrywała i jak się z tego śmiali, aż sąsiadka spod ósemki pukała w kaloryfer.

Noc bez jej chrapania i bez porannego stukania garnkami o piątej rano — też nie potrafił zasnąć. Leżał, słuchał, jak w rurach szumi woda u sąsiadów, i po raz pierwszy od lat to mieszkanie wydało mu się za duże.

Następnego dnia był już nerwowy, kuca ł nad stygnącą kawą, dom przypominał mu zimną owsiankę bez cukru. Do wieczora się poddał. Naburmuszony wykręcił numer córki, poprosił, żeby dała mamę do telefonu, i przełknął dumę.

— Zdzisiek, co się stało? — zapytała Halina, kiedy odebrała.

Milczał chwilę, słychać było tylko, jak oddycha.

— Niedobrze być samemu — powiedział w końcu cicho.

Halina wróciła po godzinie, autobusem, z tą samą reklamówką, tylko już bez sernika — wnuczka zjadła cały kawałek po kawałku, zanim babcia zdążyła wyjść. Od progu skrzyczała męża za bałagan w kuchni, przygarnęła Filemona z balkonu, wyciągnęła kosz z włóczką zza kanapy i usiadła w swoim fotelu, jakby nigdzie nie wyjeżdżała.

Wieczorem znowu karty, herbata w tych samych kubkach z Zakopanego i śmiech, od którego trzeszczały sprężyny w kanapie. Zdzisław przegrał trzy razy z rzędu, burknął:

— Z tobą to nigdy spokoju nie ma… może byś jeszcze raz gdzieś pojechała na odpoczynek?

Halina tylko machnęła ręką i nalała mu jeszcze herbaty. Wiedziała swoje: ten zrzędliwy dziad nie wytrzymałby sam ani jednej doby bez niej — i dokładnie dlatego nazajutrz, kiedy jechała do córki po odebrany od niej rachunek za telefon, po drodze wstąpiła do sklepu przy Kasprowicza i kupiła dwa bilety na wycieczkę do Krynicy, na przyszły miesiąc. Dla siebie i dla Zdzisława.

Idź do oryginalnego materiału