Zdzisław Kowalik mówi to, zawiązując sznurowadła w przedpokoju, nie patrząc na żonę.
— Jedź, Krysiu, do tej córki. Odpocznę sobie trochę od ciebie, co ty na to.
Krystyna akurat wkłada do reklamówki słoik z bigosem dla wnuków, zatrzymuje rękę w powietrzu na sekundę. Potem tylko puka się palcem w skroń, jakby dostał małpiego rozumu, zawiązuje reklamówkę na supeł i wychodzi. Zdzisław słyszy, jak trzaskają drzwi windy sześć pięter niżej.
Zamyka drzwi na klucz, prostuje plecy, staje na środku salonu jak dyrektor przed pustą salą konferencyjną. No i wreszcie. Trzydzieści osiem lat małżeństwa, a on po raz pierwszy od miesięcy ma mieszkanie tylko dla siebie.
Pierwsza akcja — kot. Filemon, rudy grubas, ulubieniec Krystyny, ląduje wypchnięty na klatkę schodową, drzwi się zatrzaskują. Zdzisław zgarnia z fotela koszyk z włóczką i igłami, wpycha go za kanapę, sam rozsiada się w fotelu z pilotem. Telewizor, mecz Lecha z Legią, piwo z lodówki — nikt nie marudzi, iż za głośno, nikt nie pyta, czy wyłączyć na czas reklam.
Do przerwy jeszcze jako tako. Po przerwie już nudno. Zdzisław przełącza na wiadomości, ale bez Krystyny, która zawsze wtrąca swoje trzy grosze o rządzie i ZUS-ie, program leci jakoś bez sensu — nie ma z kim się pokłócić, komu udowadniać, iż ona nic nie rozumie z polityki. Wyłącza telewizor. Chodzi po mieszkaniu — trzy pokoje, kuchnia, i w każdym pusto, jakby ktoś wyniósł meble, choć wszystko stoi na swoim miejscu.
Koło południa odgrzewa żurek, parzy sobie palce łyżką, siada przy stole i z przyzwyczajenia krzyczy w stronę kuchni:
— Krysiu, podaj chleba!
Cisza. choćby lodówka w tej chwili jakby przestała buczeć. Zdzisław siedzi z pustym talerzem i pustą łyżką w ręku, czuje się głupio, bo przecież nikt go nie słyszał, a jednak zrobiło mu się gorąco na twarzy.
Wieczorem sięga po karty — te ich wieczorne partyjki w tysiąca, w których Krystyna wygrywała z nim dziewięć razy na dziesięć i śmiała się przy tym jak nastolatka, zasłaniając usta dłonią. Rozkłada karty na dwie strony stołu, patrzy chwilę na puste krzesło naprzeciwko, zbiera talię z powrotem do pudełka.
Noc bez chrapania z jej strony łóżka, bez porannego łomotania garnkami o szóstej — a on i tak nie zasypia. Leży, wsłuchuje się w ciszę, która wcześniej wydawała mu się marzeniem, a teraz brzmi jak coś zepsutego, jak radio bez anteny.
Rano jest już rozdrażniony, warczy na sąsiada w windzie bez powodu. Mieszkanie wydaje mu się zimne jak niedogotowana kasza manna, którą Krystyna zawsze przypalała, a on i tak zjadał, bo narzekać się nie opłacało.
Do wieczora tego drugiego dnia poddaje się. Dzwoni do córki do Torunia, głos ma zachrypnięty, jakby przez cały dzień nic nie pił.
— Aniu, daj mi mamę.
Krystyna bierze słuchawkę, w tle słychać, jak wnuki się kłócą o pilota od telewizora. Zdzisław mówi cicho, połykając coś w gardle:
— Niedobrze być samemu, Krysiu.
Godzinę później słyszy klucz w zamku. Krystyna wchodzi, stawia siatkę na podłodze w przedpokoju, rzuca okiem na kuchnię — talerz nieumyty, żurek zaschnięty na kuchence — i już go beszta, zdejmując płaszcz jednym ruchem. Idzie na klatkę po Filemona, który siedzi pod drzwiami sąsiadki i miauczy żałośnie. Wyciąga koszyk z włóczką zza kanapy, siada w swoim fotelu, jakby nigdy go nie opuściła.
Wieczorem znowu karty, czajnik gwiżdże w kuchni, na stole dwie herbaty i talerzyk z ciastkami z osiedlowej piekarni. Zdzisław przegrywa czwartą partię z rzędu, odkłada karty i mruczy pod nosem:
— Z tobą to i chwili spokoju nie ma… może byś znowu gdzieś pojechała, co?
Krystyna tylko macha ręką i nalewa mu herbaty. Zna go trzydzieści osiem lat i wie, iż ten zrzędliwy emeryt nie wytrzymałby sam choćby do soboty.












