Ciocia Rita – Opowieść o Pasji i Miłości

newsempire24.com 2 godzin temu

30 kwietnia 2025 r.
Wojciech Kowalski

Mam 47 lat. Zwykły, niepozorny mężczyzna, trochę jak szara mysz. Nie jestem przystojny, nie mam wymarzonej sylwetki, a życie towarzyskie omija mnie szerokim łukiem. Nie byłem żonaty i nie planuję małżeństwa uważam, iż wielu mężczyzn to po prostu zwierzęta, które wolą położyć brzuch na kanapie i nic nie robić. Poza tym nikt nigdy nie proponował mi takiej drogi.

Rodzice już w podeszłym wieku mieszkają w Gdańsku. Jestem jedynakiem, nie mam rodzeństwa. Kuzynostwo istnieje, ale nie utrzymuję z nimi kontaktu po prostu nie chcę. Od piętnastu lat mieszkam i pracuję w Warszawie, w jednej z miejskich firm, gdzie każdy dzień to pracadom, pracadom. Mieszkam w zwykłym bloku w dzielnicy mieszkalnej.

Czuję się zgorzkniały, cyniczny, nie darzę nikogo sympatią. Nie przepadam za dziećmi. Co roku przyjeżdżam do Gdańska, by odwiedzić rodziców raz w roku. W tym roku, po przybyciu, postanowiłem wyczyścić lodówkę i wyrzucić stare mrożonki pierogi, kotlety, które leżały nieużyte. Wszystko spakowałem w karton i ruszyłem na śmietnik. W windzie spotkałem siedmioletniego chłopca, który czasem przychodził z mamą i noworodkiem. Złapał mnie w spojrzeniu, przyglądał się kartonowi. Gdy wyszliśmy, podszedł nieśmiało i zapytał: Czy mogę wziąć coś? odpowiedziałem, iż to już stare, ale skoro mu się podoba, niech zabierze. Gdy już miałem iść dalej, zobaczyłem, iż ostrożnie zbiera małe paczuszki i przyciska je do siebie. Zapytałem, gdzie jest jego mama. Powiedział, iż jest chora, a siostra też nie może wstać. Po krótkiej rozmowie odszedłem do mieszkania i postawiłem na kuchence obiad.

Usiadłem przy stole, myśląc o tym małym chłopcu. Coś w nim mnie poruszyło, choć nigdy nie byłem człowiekiem wrażliwym. Bez zastanowienia sięgnąłem po jedzenie z lodówki kiełbasę, ser, mleko, ciastka, ziemniaki, cebulę, a choćby kawałek mięsa z zamrażarki. Ruszyłem w stronę windy, choć nie wiedziałem, na którym piętrze mieszka chłopiec. Wiedziałem tylko, iż mieszka wyżej niż ja. Po dwóch piętrach drzwi otworzyły się, a przed mną stanął sam chłopiec. Zanim się odezwął, milcząco przepuścił mnie do środka.

Mieszkanie było skromne, ale bardzo czyste. Na łóżku leżała zgnieciona kobieta, obok dziecko. Na stole stał pojemnik z wodą i szmatki widać, iż gorączka dawała im już opuchliznę. Dziewczynka, którą nazwała Jadwiga, spała, a w jej piersi coś bulgotało. Zapytałem chłopca, czy mają lekarstwa. Pokazał mi kilka starych, przeterminowanych tabletek, które już dawno powinny zostać wyrzucone. Podszedłem do kobiety, dotknąłem jej głowy była gorąca. Otworzyła oczy, spojrzała na mnie nieświadomie, po czym wykrzyknęła: Gdzie jest Antoni? wyjaśniłem, iż jestem sąsiadem. Zapytała o objawy, wezwałem pogotowie. Podczas jazdy podałem jej herbatę z kiełbasą nie przestawała jeść, wyraźnie była bardzo głodna.

Lekarze przyjechali, przeprowadzili badania, wypisali mnóstwo leków i zlecili zastrzyki. Poszedłem do apteki, kupiłem wszystko, a potem do sklepu po mleko, kaszki i inne produkty dla dziecka. Z jakiegoś powodu kupiłem też zabawkę żółtą, ostryżkową małpkę w kształcie cytryny, choć nigdy nie kupowałem prezentów dla dzieci.

Jadwiga ma 26 lat, mieszka w Pruszkowie, na przedmieściach Warszawy. Jej matka i babcia są Moskwiczankami; matka wyszła za mężczyznę z Pruszkowa, przeprowadzili się tam, a ona pracowała w fabryce, a mąż był technikiem. Gdy Jadwiga przyszła na świat, ojciec zmarł w wyniku porażenia prądem w pracy. Matka została sama z dzieckiem, bez pracy i pieniędzy. Trzy lata później przyjaciółka pomogła im, ale po kolejnych trzech latach matka zmarła na gruźlicę. Babcia, skąpa i paląca, wzięła dziewczynkę pod swój dach. W wieku 16 lat Jadwiga zaczęła pracować w pobliskim sklepie najpierw jako pakująca, potem jako kasjerka. Po roku babcia zmarła, a ona została sama. W wieku 18 lat spotkała chłopaka, który obiecał małżeństwo, ale po zajściu w ciążę zniknął. Pracowała do ostatniej chwili, oszczędzając każdy grosz, bo nie miała nikogo, kto by jej pomógł. Gdy urodziła dziecko, w ciągu miesiąca zaczęła zostawiać je same w mieszkaniu, sprzątać klatki schodowe. Właściciel sklepu, w którym wróciła do pracy, wykorzystał ją seksualnie, grożąc zwolnieniem. Gdy dowiedział się o ciąży, dał jej 10tys. zł i kazał nie wracać.

Wszystko to opowiedziała mi tej nocy. Podziękowała za pomoc i obiecała odwdzięczyć się sprzątaniem lub gotowaniem. Pożegnałem się i całą noc nie mogłem zasnąć, rozmyślając o swoim życiu. Dlaczego tak żyję? Dlaczego nie dbam o rodziców, nie dzwonię do nich, nie kocham nikogo? Mam już sporo oszczędności w złotówkach, ale nie mam na co je wydać. A tu losy innych, które potrzebują jedzenia i leczenia.

Rankiem przyszedł Antoni, podsunął mi talerz gorących placków i zniknął. Stałem w progu z talerzem w ręku, a ciepło od tych placków jakby rozpłynęło we mnie lód poczułem, iż zaczynam topnieć. Na raz wszedł we mnie płacz, śmiech i głód jednocześnie.

Niedaleko od naszego bloku jest mały centrum handlowe. Pani, która prowadzi sklepik z ubrankami dla dzieci, nie wiedząc, jaki rozmiar mi potrzebny, zgodziła się iść ze mną po zakupy. Nie wiem, czy chciała mi pomóc, bo zobaczyła, iż kupię sporo rzeczy, czy po prostu podobało jej się moje zaangażowanie. Po godzinie trzymała cztery duże torby z ubrankami dla chłopca i dziewczynki, a ja jeszcze kupiłem kołdrę, poduszki, pościel, jedzenie i witaminy. Czułem się potrzebny.

Minęło już dziesięć dni. Dziś wszyscy nazywają mnie wujkiem Ryszardem. Jadwiga jest prawdziwą artystką rękodzieła. Moje mieszkanie stało się przytulniejsze, zacząłem dzwonić do rodziców, wysyłać SMS-y z życzeniami zdrowia dla chorych dzieci. Nie rozumiem, jak mogłem tak długo żyć, nie czując potrzeby. Każdego dnia po pracy biegnę do domu, bo wiem, iż ktoś na mnie czeka. Wiosną jedziemy razem do Gdańska już kupiliśmy bilety kolejowe.

**Lekcja, którą wyniosłem:** prawdziwe bogactwo nie leży w zgromadzonych pieniądzach, ale w umiejętności otworzyć serce i stać się potrzebnym drugiego człowieka.

Idź do oryginalnego materiału