Cień na Powiślu

twojacena.pl 9 godzin temu

Nazywam się Zenon Wardęski, mam siedemdziesiąt jeden lat i przez czterdzieści dwa lata prowadziłem kiosk „Ruchu" na rogu Dobrej i Wybrzeża Kościuszkowskiego, tuż przy moście Świętokrzyskim. Dziś kiosk już nie stoi, w jego miejscu jest budka z kawą na wynos, ale ja wciąż mieszkam w tej samej kamienicy, trzecie piętro, okna na Wisłę. I wciąż, kiedy nadchodzi dwudziesty piąty lipca, coś we mnie się przesuwa, jak stary mebel, który ktoś nagle popchnął.

Opowiem wam o sąsiadce, którą znałem przez dwadzieścia lat. Nazywała się Zofia Prusinowska, śpiewaczka, mieszkała piętro niżej, pod moim mieszkaniem, i miała głos, od którego szyby w oknach drżały, kiedy ćwiczyła gamy. Mąż jej, Roman, pracował w teatrze na Powiślu jako reżyser dźwięku — nazwisko nieważne, bo to nie o niego chodzi, choć to przez niego zaczęła się cała ta historia, którą chcę opowiedzieć.

To był rok dziewięćdziesiąty trzeci. Zofia miała wtedy czterdzieści lat, dwadzieścia lat śpiewała w operetce, a przez ostatnie trzy nie dostała żadnej głównej roli. Nie dlatego, iż straciła głos — miała go, jak twierdziła sąsiadka z parteru, lepszy niż kiedykolwiek. Dostawała za to inne role: intryganckiej sekretarki dyrektora teatru, tej, co śpiewa nie na scenie, tylko po godzinach, w gabinetach, na przyjęciach dla sponsorów. Dyrektor nazywał się Henryk Objezierski i był, jak mówiono w kolejce po chleb w naszym sklepie, człowiekiem o siedmiu twarzach — dla władz miasta jeden, dla dziennikarzy drugi, dla artystów trzeci, i żadna z tych twarzy nie była tą prawdziwą.

Pamiętam wieczór, kiedy Zofia wróciła z próby generalnej i usiadła na schodach między drugim a trzecim piętrem, bo winda znowu nie działała. Miałam wtedy klucz od piwnicy i akurat schodziłem po węgiel — u nas jeszcze piece kaflowe, budynek przedwojenny. Zapytałem, czy coś się stało. Powiedziała tylko: „Zenon, on mi dzisiaj powiedział przy całym zespole, iż mój głos się starzeje razem ze mną." Nic więcej. Wstała, otrzepała spódnicę i poszła do siebie. Zapaliło się światło w jej oknie i zgasło dopiero nad ranem — widziałem, bo nie mogłem spać, sąsiad z dołu akurat wtedy zaczął remont łazienki i kuł ścianę do jedenastej wieczorem.

Przez następne lata to się powtarzało. Objezierski to chwalił ją publicznie na premierach, przypinając order za zasługi kulturze miasta, to znowu zdejmował ją z afisza tydzień przed spektaklem, tłumacząc się „decyzją artystyczną zespołu". Krążyły plotki, iż jeździ za granicę na występy gościnne, iż zarabia fortunę, iż ma willę pod Konstancinem — wszystko nieprawda, mieszkanie miała to samo, sześćdziesiąt metrów, tapczan w salonie i akwarium z dwiema rybkami, które karmiłem, kiedy wyjeżdżała na tournée po Śląsku. Koledzy z teatru, ci sami, którzy klaskali jej najgłośniej po spektaklach, radzili jej ściszonym głosem, żeby nie kłóciła się z dyrekcją, bo „w tym zawodzie trzeba umieć czekać".

Zapamiętałem jeden wieczór szczególnie dobrze, bo padał deszcz taki, iż Wisła wyglądała jak wrząca zupa, a ja akurat zamykałem kiosk później niż zwykle, bo czekałem na dostawę „Życia Warszawy". Zofia szła od strony teatru, bez parasola, mokra do suchej nitki, i zatrzymała się przy moim okienku kupić papierosy, chociaż nie paliła od lat. Powiedziałem żartem, iż chyba się pomyliła z zamówieniem. Ona odpowiedziała, iż dzisiaj Objezierski oznajmił jej, iż oddaje jej rolę Wioletty w „Traviacie" — rolę, o którą walczyła piętnaście lat — młodszej koleżance, bo „publiczność potrzebuje świeżości". Powiedziała to spokojnym, płaskim głosem, jakby czytała rozkład jazdy pociągów, wzięła paczkę papierosów i schowała ją do kieszeni płaszcza, nie zapalając ani jednego.

Nie widziałem, żeby płakała. Nigdy. To akurat pamiętam dokładnie, bo mieszkaliśmy piętro nad piętrem przez dwadzieścia lat i nasze ściany były cienkie jak papier — słyszałem, jak śpiewa gamy o siódmej rano, jak włącza radio, jak kłóci się z Romanem o pieniądze na czynsz. Ale płaczu nigdy.

Ostatni raz rozmawialiśmy w kwietniu dwutysięcznego trzynastego roku. Miała już sześćdziesiąt lat, była na emeryturze artystycznej od dwóch lat, Objezierski dawno odszedł z teatru na skutek jakiejś afery ze sponsoringiem, o której gazety pisały przez tydzień, a potem zapomniały. Zofia zeszła do mnie po gazetę i powiedziała, iż idzie do notariusza przy ulicy Foksal. Zapytałem, po co, bo z reguły ludzie w jej wieku chodzą do notariusza w sprawach spadkowych, a wiedziałem, iż dzieci nie ma. Odpowiedziała, iż przez trzydzieści lat śpiewała w teatrze, który zawsze twierdził, iż nie ma pieniędzy na jej honoraria, a jednocześnie znalazł środki, żeby po jej odejściu ufundować stypendium imienia Henryka Objezierskiego dla młodych wokalistek. Powiedziała to bez cienia złości w głosie, po prostu jako fakt.

Poszła do notariusza i przepisała prawa do swoich archiwalnych nagrań — dwadzieścia sześć płyt, wszystkie sesje z Polskiego Radia z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, których teatr nigdy formalnie nie odkupił, bo umowa z tamtych lat była tak niejasna, iż nikt nigdy nie ustalił, do kogo należą prawa — na rzecz fundacji przy konserwatorium muzycznym w Katowicach, tej samej, w której skończyła studia. Nie na teatr, który przez trzydzieści lat decydował, kiedy ma śpiewać, a kiedy milczeć. Suma, jaką ta fundacja zaczęła później otrzymywać z tantiem — jak mi powiedziała kwartalniczka z konserwatorium, która później do mnie przyjeżdżała po jakieś stare zdjęcia Zofii do wystawy — wynosiła około trzydziestu ośmiu tysięcy złotych rocznie, z tantiem za wznowienia płyt i wykorzystanie nagrań w archiwach radiowych.

Objezierski dowiedział się o tym rok później, kiedy teatr chciał wykorzystać jeden z jej archiwalnych nagrań w programie jubileuszowym z okazji stulecia sceny — i dostał odmowę od fundacji, bo prawa już do niego nie należały. Podobno dzwonił do Zofii osobiście. Wiem to od portierki z jej klatki, bo akurat wtedy byłem u niej po klucz od skrzynki na listy — Zofia zostawiła słuchawkę na widelcu, nie odkładając jej całkiem, tylko kładąc obok telefonu na komodzie, i wróciła do parzenia herbaty. Powiedziała mi tylko, mieszając cukier: „Niech sobie mówi do ciszy, ma w tym wprawę, całe życie mówił do ludzi, którzy nie mogli mu odpowiedzieć."

Zofia zmarła trzy lata później, w marcu, spokojnie, we śnie, w tym samym mieszkaniu z akwarium, tyle iż rybek już nie było. Na jej pogrzebie na Powązkach przyszło więcej ludzi z konserwatorium w Katowicach niż z teatru na Powiślu — zauważyłem to, bo stałem z tyłu, przy samej bramie, w swoim starym płaszczu, i liczyłem znajome twarze. Objezierskiego nie było. Podobno przysłał wieniec, ale kwiaciarka pomyliła adres i wieniec trafił na inny pogrzeb, w innej alejce cmentarza. Nikt go już nigdy nie zamówił ponownie.

Idź do oryginalnego materiału