Magda weszła do mieszkania kilka minut po siódmej. W przedpokoju uderzył ją zapach mężczyzny, który cały dzień nie ruszył się z kanapy. Nie pot, nie brud — coś gorszego. Dywan, poduszka, chipsy paprika, cola, skarpety wełniane z podeszwą. Mieszanka, którą znała od pięciu lat.
Z dużego pokoju dobiegało: „kurwa, no dawaj”, „ale serio?”, „ja pierdolę”. Tomek grał. Znowu. Siedział w słuchawkach, plecami do drzwi, przed monitorem rozjarzonym na niebiesko. Tego dnia nie zrobił nic. Znaczy, może zrobił — wyjął z lodówki ser i zjadł pół kostki, bo na blacie leżał nóż z resztkami.
Magda zdjęła kurtkę, postawiła na podłodze torbę z Biedronki. Chleb, mleko, twaróg, trzy pomidory. Chciała zrobić tosty z serem na kolację. Taki plan miała wychodząc z pracy.
— O, jesteś — rzucił Tomek, nie odwracając głowy. — Słuchaj, kupiłaś coś do jedzenia? Bo ja bym coś zjadł. I nie ma moich czarnych skarpetek.
Nie odpowiedziała. Stała chwilę w przedpokoju, z jedną ręką na zamku torebki. Potem powoli powiesiła kurtkę na wieszaku. Podeszła do kuchni, nalała wody do czajnika, włączyła. Patrzyła, jak woda zaczyna bulgotać.
Wtedy coś w niej pękło. Nie huk, nie łzy. Jedno małe kliknięcie, jak włącznik światła w starym bloku. Zgasiło zmęczenie, zgasiło cierpliwość, zgasiło to wszystko, co przez lata trzymało ją przy tym stole o ósmej wieczorem z nożem w ręku.
Czajnik się wyłączył. Magda nie zrobiła herbaty. Poszła do sypialni, przebrała się w dres, ten miękki, kremowy, który kupiła na wyprzedaży w Reserved i jeszcze ani razu nie włożyła. Wzięła z półki książkę — kryminał, zaczęty w listopadzie. Otworzyła aplikację Glovo.
Zamówiła sashimi z łososiem, ostry rosół ramen i zieloną herbatę. Dla jednej osoby. Siedemdziesiąt trzy złote. Zapłaciła Blikiem. Czas dostawy: trzydzieści minut.
Położyła się na łóżku. Otworzyła książkę na stronie, na której zatrzymała się przed trzema tygodniami. Obrazek znad łóżka lekko krzywo wisiał, patrzyła na niego dłużej, niż zwykle. Rowerzysta na tle kamienic. Wrocław, ulica Świdnicka, lato. Tomek go powiesił dwa lata temu, jeszcze zanim zwolnił się z roboty.
Telefon zadzwonił szybciej, niż się spodziewała. Kurier stał pod blokiem.
Tomek nie drgnął. Dopiero po drugim dzwonku wstał, zdjął słuchawki, podszedł do domofonu.
— Kto? Glovo? — nacisnął guzik. — No otwieraj drzwi, ja tu nic nie zamawiałem.
Wszedł do sypialni z torbą w ręku.
— Magda, przyszło jakieś jedzenie. Ty coś zamawiałaś?
— Ja.
Zajrzał do torby, wyciągnął pojemnik z sushi.
— A dla mnie jest coś?
— Nie.
— Jak to nie?
— Bo nie zamawiałam dla ciebie.
Patrzył na nią, jakby powiedziała, iż wyjeżdża do Australii. Torba w jednej ręce, słuchawki na szyi.
— Ty to poważnie? Jedna porcja? A ja co mam zjeść?
Magda przerzuciła stronę.
— Kanapki z serem. Chleb i ser są w kuchni.
— Ale ja nie chcę kanapek.
— To zamów sobie coś.
Tomek odłożył torbę na komodę. Stał nad nią. Czuła jego zapach — ten sam, z przedpokoju, tylko teraz bliżej. Czekoladowe płatki z mlekiem, które jadł rano z miski, i koszulka noszona trzeci dzień.
— Magda, co się z tobą dzieje? Zrobiłaś się jakaś… dziwna.
— Nie zrobiłam się. Po prostu zamówiłam kolację.
— Beze mnie?
— Tak.
— I nie zapytałaś, czy coś chcę?
— Nie.
— No pięknie. To ja przez ciebie głodny pójdę spać.
— Przeze mnie — powtórzyła spokojnie.
— No tak. A przez kogo?
Magda zamknęła książkę. Odłożyła ją na kołdrę. Wstała, podeszła do komody, wyjęła z niej swoją bieliznę, dwa T-shirty, bluzę. Bez pośpiechu. Wrzuciła je na łóżko.
— Co ty robisz?
— Pakuję się.
— Gdzie wyjeżdżasz?
— Do mamy. Na kilka dni.
— Co? Kiedy wracasz?
— Nie wiem.
Tomek zrobił krok w jej stronę.
— Czekaj, o co chodzi? Przez rolki?
Magda otworzyła szafę, zdjęła z półki małą torbę. Włożyła do niej kosmetyczkę, ładowarkę, tablet.
— Nie przez rolki. Przez to, iż nie chciałeś ich ze mną zjeść.
— Jak miałem je zjeść, skoro nie zamówiłaś dla mnie?
— Właśnie.
W przedpokoju założyła buty. Wzięła z podłogi torbę z Biedronki, postawiła na kuchennym blacie. Chleb, mleko, twaróg, pomidory. Wyjęła z torby jeszcze jedną rzecz — nowy klucz do mieszkania. Błyszczący, z naklejką z numerem.
— Co to?
— Klucz. Zamówiłam w zeszłym tygodniu.
— Po co? Zgubiłaś?
— Nie. Bo chcę wymienić zamki.
— Po co wymieniać zamki?
Magda zdjęła z szyi łańcuszek ze starym kluczem. Położyła go na stole obok chleba.
— Bo to mieszkanie jest na mnie. A ja nie chcę wracać do miejsca, gdzie czekają mnie tylko obce skarpetki i zimna frytkownica.
— Magda, przestań. To jest nasze mieszkanie.
— Tomek, ono jest moje. Ty w nim tylko grałeś.
To było jedenaście lat. Jedenaście lat odkąd złożyli podpis na akcie notarialnym. Kupiła je za pieniądze z dwóch prac i spadku po babci. Tomek dołożył się wtedy jedynie do farby i nowego zlewu.
— I co, tak po prostu mnie wyrzucasz? — jego głos w końcu się załamał.
— Nie wyrzucam. Po prostu zamykam drzwi, za którymi nic na mnie nie czeka.
Wyszła, zamykając za sobą stare drzwi. W torbie obok książki i bluzy były skarpetki. Czarne. Jego. Spakowane przez przypadek, ale nie miała zamiaru wracać.
Następnego dnia wynajęła ślusarza. Wymienił wkładkę w pół godziny. Magda zapłaciła gotówką: dwieście czterdzieści złotych. Wzięła nowy klucz, wsadziła do zamka, przekręciła dwa razy. Działał.
Tomek wrócił pod wieczór. Zastał drzwi zamknięte. Nowe. Naciskał klamkę, potem dzwonił. Stał na klatce z torbą ze sklepu, obok roweru sąsiadki. Nikt nie otworzył.
Magda stała po drugiej stronie drzwi, boso, w wełnianych skarpetach. Jej własnych. Białych. Trzymała w ręku nowy klucz i patrzyła, jak drzwi próbują się otworzyć. Potem podeszła do kuchni. Włączyła czajnik. Wyjęła z lodówki pomidory. Zaczęła robić tosty z serem, po swojemu — z rzodkiewką i pieprzem ziołowym.
Za oknem jeździły tramwaje po ulicy Legnickiej. Z głośnika w kuchni leciało stare polskie radio. Na blacie leżały skarpetki. Czarne. Cudze. Odłożone na moment, zanim trafiły do reklamówki z napisem „rzeczy do oddania”.












