Dzięki Ci, Boże! Doczekałam się! babcia oddychała ciężko, a jednak jej twarz rozjaśniała się prawdziwym szczęściem. Powoli pogładziła wnuka po policzku spierzchniętymi dłońmi i ręce jej opadły bezsilnie na pierzynę.
Babciu, odpocznij teraz prosił Jurek. Jutro będziemy mieć cały dzień, nagadamy się do woli.
Nie, Jurku uśmiechnęła się smutno babcia. Jednego tylko Boga błagałam żeby Cię zobaczyć. Niczego więcej mi nie trzeba zobaczyłam, przytuliłam. Teraz chwilę odpocznę i jeszcze porozmawiamy. Przymknęła oczy ze zmęczeniem. Jadwisiu, nakarm chłopaka z drogi wrócił.
Było z babcią źle. Wiedziała, iż czasu mało, iż Jurek jest jej ostatnim bliskim, tak samo jak ona dla niego. Rodziców Jurka już nie było, pierwszy wódkę wzięli, potem telewizor, meble, mieszkanie, potem siebie poświęcili ostatecznie. Babcia zdążyła go ocalić przez tę zgubę. Uczyła go pilnie, żeby maturę zrobił, jako jedyna na osiedlu opłaciła mu kurs na prawko, wyprawiła do wojska. I dziś, proszę, spotkanie. Nie takiego powrotu wnuka pragnęła, ale wyboru już nie było.
Kiedy Jadwisia sąsiadka i od lat towarzyszka babci karmiła Jurka w kuchni, babcia układała cicho w myśli słowa, żeby dotarły do serca jego i rozumu. Ale pamięć już się plątała jak mgła. Pogłaskała szarą kotkę swoją ukochaną Zosię, która żadną miarą nie opuszczała starej jeszcze w ostatnich dniach, wyczuwając nieszczęście. I zawołała w końcu:
Jurku, chodź. Gdy przysiadł obok, cicho mówiła: Marzyłam, żeby twoje dzieci ukołysać, ale nie będzie mi to chyba dane. Zostajesz sam. Samemu ciężko. Jak spotkasz dobrą dziewczynę, nie puszczaj wybierz raz na całe życie, na życie trudne i prawdziwe. Nie sprzyja ten świat lekkości, nigdy nie sprzyjał. Nie szukaj pustego świętowania, nie szukaj wódki przeklętej! Jeden się nią potruje, a cierpi cała rodzina. Dróg w życiu wiele, Jurku, wybierz tę prawdziwą. Babcia zamilkła, szukając oddechu lub może rodziców Jurka we wspomnieniu. Ale zaraz dalej mówiła: Mieszkanie przepisałam na ciebie będziesz miał gdzie żonę sprowadzić. Na pogrzeb mam odłożone, Jadwisia pokaże. Reszta na koncie, na początek życia wystarczy. Zosię moją szanuj, nie opuszczaj. Dobrze wiesz, jaka ona mądra, dobra sam ją przecież przyniosłeś z klatki jako kociaka To chyba wszystko. Idź, odpocznij. Ja też już muszę…
Rano babcia już się nie obudziła
Jurek zatrudnił się jako monter sieci internetowych, z polecenia znajomych. Brygada sześciu chłopa, ciągnęli światłowody i podłączali nowych użytkowników. Co prawda po pracy padał z nóg, ale wypłata była całkiem porządna, a satysfakcja z dobrej roboty osładzała minusy. W domu czekała Zosia szara kotka, znaleziona przez niego osiem lat temu. Po śmierci babci Zosia zamknęła się w sobie, przestała jeść. Siedziała całymi dniami w starym, ulubionym babcinym fotelu i patrzyła nieruchomo w pusty próg jakby zaraz miała wejść jej pani. Ale ta nie przychodziła.
Jurek próbował rozweselić Zosię, długo z nią rozmawiał, przytulając na kolanach, opowiadał o pracy, starał się dogodzić smakołykami. Dopiero po miesiącu coś się przełamało.
Tego dnia Jurek dostał pierwszą wypłatę. Koledzy zarządzili tradycyjne „stawianie” złamanie tej zasady było wyklęte. Jurek zaprosił wszystkich do baru, postawił i sobie nie żałował. Wrócił bardzo późno, w nastroju na wierzchu. W progu czekała Zosia. Nie chciał jej spojrzeć w oczy duże, zielone, wszystko rozumiejące. Unikał jej wzroku, ale kotka uparcie go szukała. W końcu, pojmując jego stan, żałośnie miauknęła i uciekła pod kanapę.
Zosiu tłumaczył się Jurek nie mogłem inaczej, koledzy mnie wprowadzili do firmy, zobowiązania No i znajomi przecież. Czuł, iż tłumaczy się bardziej babci niż kotu.
Następnego dnia Zosia znów czekała w progu. Gdy poznała, iż z gospodarzem już w porządku, ocierała się radośnie o nogi, tuliła ogonem, mruczała głośno. Zjadła z apetytem, a potem towarzyszyła mu wszędzie po mieszkaniu, a w nocy ułożyła się przy jego ramieniu.
Dobrze rozumiesz, szeptał Jurek, delikatnie ją gładząc. Już się nie martw. Jestem dorosły. Dorośli mogą nie odpowiadać za siebie tylko przez jedno gorzałę. A tego się boję w mojej rodzinie to zbyt blisko Praca chyba do zmiany tu picie to codzienność, ciągle okazje: „na rozgrzanie”, „na zmęczenie”, „na piątek”, choćby „na dzień kieliszka”. Odmawiam, jak mogę, ale krzywo patrzą. Trzeba będzie się stąd zabrać, ale gdzie? Od dziecka marzyłem o byciu szoferem na trasach, ale prawko mam zwykłe, tira mi nikt nie powierzy
Kolejny piątek Jurek znów z kolegami w barze. Grupa rozgrzana, świętowała koniec tygodnia. On, jak zwykle, tylko wodę mineralną, patrzył tęsknie na rozbawionych kompanów.
Obsługiwała ich młodziutka, śliczna kelnerka. Koledzy co chwilę zapraszali ją do stołu, brygadzista złapał ją za rękę i przyciągnął. Wystraszona dziewczyna próbowała się wyrwać, ale był silny i podpity, nie zważał na opór.
Puść ją podniósł głos Jurek. Rozmowa przy stole zamarła brygadziście się tu nie odpowiadało! Zaskoczony poluźnił dłoń, dziewczyna oddaliła się, spoglądając tylko z niepokojem na Jurka.
Kłótnię uciął właściciel lokalu olbrzym w białym kitlu, z rękawami podwiniętymi do łokci. Na jego widok chłopaki gwałtownie zbierali się do wyjścia, rzucając Jurekowi wrogie spojrzenia.
Czekaj chwilę, chłopcze zatrzymał Jurka właściciel, przedstawił się: Michał. Po co ci ta ekipa? Nie pijesz, po co się z nimi wiążesz?
Praca Razem robimy, razem siedzimy potem.
Porzuć to burknął Michał. Jaki z tego odpoczynek. A kumple cóż. Julka, córciu, zaparz nam herbaty, jak tylko ty potrafisz. Chwilkę odsapniemy, klientów brak.
Córka? Jurek patrzył za Julią.
Tak, pomaga po szkole. Popijali aromatyczną herbatę z porcelany. Powiem ci, chłopaku, tej prace dłużej nie ciągnij. Albo cię stłamszą, albo do kielicha wciągną. Masz fach?
Prawo jazdy zrobiłem, na służbie w wojsku jeździłem. Zawsze marzyłem o trasach, ale gdzie tam mnie do tira?
Nie od razu wejdziesz na ciężarowy zgodził się Michał. Ale mogę coś wymyślić. Mam kolegów tirówców. Zaczniesz u mnie, pojedziesz busem po trasie, jak się sprawdzisz, pójdziesz dalej, kategorię zrobisz.
Biere to! uśmiechnął się Jurek. Michał budził w nim coraz większą sympatię wielki, spokojny, dobry. Jeszcze ojciec Julii tym bardziej go szanował. Michał, dostrzegłszy, jak spojrzenia Jurka nie ustępują od Julii, odwrócił się do córki:
Julia, kończ już, dzięki za pomoc, idź do domu Jurek cię odprowadzi. I z satysfakcją obserwował zarumienione policzki młodych.
***
Pięć lat później Jurek prowadził tira przez zaśnieżoną szosę.
Do miasta, gdzie czekali Julia, córeczka Marysia i wysłużona Zosia, zostało trzydzieści kilometrów. Na poboczu stał samotny człowiek w jesiennej kurtce, jak z innego snu.
Zamarznie tu na kość przemknęło Jurkowi przez głowę i zatrzymał tira obok postaci.
Brygadzista? poznał, gdy tylko wszedł na miejsce pasażera.
Patrzył na Jurka nieprzytomnym, przepitym wzrokiem:
A, ty zaciął się. Byłem brygadzistą, już nie jestem ekipy brak, na nasze miejsce inni przyszli. Z naszej połowa już nie żyje jeden zamarzł, drugi się utopił, obaj po pijanemu, trzeci trutką się otruł. Reszta gdzieś po chleb powszedni chodzi. Wyjął z kurtki śmierdzącą butelkę, polał sobie gardło. Będzie dobrze, jakoś tam będzie
Jurek wysadził go przy deptaku. Patrzył jeszcze za nim z żalem, słysząc w głowie jego pijackie przechwałki
Podchodząc pod blok, popatrzył w okna. Kuchenne światło się pali Julia nie śpi, czeka. Może Jadwisia przyszła pogadać albo pobawić się z Marysią. Chociaż nie Marysia śpi w swoim łóżeczku, nad nim wisi zdjęcie babci. Córeczka często do niej mówi przed snem o przedszkolu, o smutkach i radościach. I dobrze, iż babcia nie odpowiada wystarczy, iż ma oczy dobre i uśmiech ciepły jak dawniej. Zosia siedzi na parapecie, patrzy w noc. Gdy tylko zobaczyła Jurka, poderwała się i znikła. Już biegnie otworzyć drzwi.
Nie jestem sam, babciu wyszeptał Jurek do nocnych okien swojego mieszkania. Wszyscy tu są, razem, i Ty też. Taką wybrałem ścieżkę.



