Chłopiec z kortu przy Bulwarach we Wrocławiu

twojacena.pl 3 dni temu

Pracuję jako trenerka tenisa na kortach przy Bulwarach Zygmunta Krasińskiego już dziesiąty sezon. Widziałam setki dzieciaków, setki rodziców na ławce za siatką, ale historię Kubusia pamiętam, bo przez rok obserwowałam ją z boku, z rakietą w ręku, nie mając prawa nic powiedzieć.

Miał wtedy osiem lat. Przychodził na zajęcia we wtorki i czwartki o siedemnastej, zawsze przywożony przez matkę, Martynę, kobietę po trzydziestce, która pracowała w agencji nieruchomości gdzieś na Krzykach i zdążała na zajęcia prosto z oględzin mieszkań, jeszcze w garsonce, z telefonem przyklejonym do ucha. Ojca, Bartosza, widziałam może cztery razy przez cały rok. Raz przyjechał czarnym audi, zostawił chłopca przy bramce i odjechał, zanim syn zdążył się odwrócić i pomachać.

To nie moja sprawa, komu dzieci matka rozwodowa oddaje pod opiekę w weekendy, ale zauważyłam pewien rytuał. Kubuś zawsze pytał, zanim wszedł na kort: „Pani trenerko, a tata dziś przyjdzie popatrzeć?". Odpowiadałam, iż nie wiem, kochanie, skup się na serwisie.

Pamiętam popołudnie w kwietniu, chłodne, z tym charakterystycznym zapachem mokrego asfaltu po deszczu, który we Wrocławiu unosi się znad Odry i miesza z wonią frytek z budki przy wejściu na kort. Kubuś grał fatalnie, backhand mu się rozjeżdżał, a ja widziałam, iż co chwilę zerka na parking. Po treningu podeszła do mnie Martyna, w płaszczu narzuconym na biurowy żakiet, i powiedziała, jakby się tłumaczyła przede mną, choć nie musiała: „Wie pani, on ciągle pyta o ojca, a Bartek mówi, iż to niby chłopak sam nie chce z nim rozmawiać, iż nie oddzwania. Osiem lat ma, na litość boską".

W maju odbywał się turniej klubowy dla ósemek, sobota, dziesiąta rano, kort numer trzy. Kubuś nie spał chyba pół nocy — mówił mi to sam, z tą powagą, jaką mają dzieci, kiedy planują coś ważnego — bo tata obiecał przyjechać, obiecał na pewno, choćby zapisał sobie w telefonie, sam pokazał mu przypomnienie z ekranu. Postawiłam go na kort pierwszy w kolejce, żeby zdążył zagrać, zanim ojciec — jeżeli się spóźni — cokolwiek przegapi. Grał kurczowo, ale twardo, 4:2 w pierwszym secie, i po każdej wymianie odwracał głowę w stronę bramki wejściowej. Miejsce na ławce obok Martyny stało puste. O jedenastej skończył mecz, wygrał 6:3, 6:4, i zamiast biec do siatki z uniesionymi rękami, jak inne dzieci, podszedł prosto do matki i zapytał tylko: „Dzwonił?". Martyna pokazała mu ekran telefonu — pusty, bez połączeń, bez wiadomości. Kubuś usiadł na ławce, rozsznurował but, zawiązał go z powrotem, chociaż sznurówka wcale się nie rozwiązała, i nie odezwał się już do końca dnia.

Kilka tygodni później Bartosz sam stanął przy siatce — spóźniony na odbiór syna o czterdzieści minut — i rzucił do mnie, jakby szukał świadka po swojej stronie: „Sam nie chce się ze mną widywać, ja się nie narzucam". Kubuś stał wtedy dwa metry dalej, pakował rakietę do pokrowca, i nagle, bez podniesienia głosu, powiedział, nie patrząc na ojca: „Nie przyjechałeś na turniej. Mówiłeś, iż przyjedziesz". Bartosz otworzył usta, zaczął coś tłumaczyć o kliencie, o korku na obwodnicy, ale Kubuś już zapiął pokrowiec i poszedł w stronę autobusu, nie czekając na dokończenie zdania. Podałam ojcu tylko zapomnianą butelkę wody i powiedziałam, iż autobus na Krzyki odjeżdża za dwadzieścia minut.

Po tym dniu Kubuś przestał pytać, zanim wszedł na kort. Nie pytał już, czy tata przyjdzie popatrzeć. To nie była poprawa. To było coś gorszego — nauczył się nie oczekiwać.

Latem, już bez treningów, zobaczyłam ich przypadkiem w Parku Szczytnickim, niedaleko Hali Stulecia. Martyna szła sama z synem, we trójkę z jej nowym psem, kundelkiem złapanym ze schroniska na Ślężnej, i to pies ciągnął ich w stronę fontanny. Kubuś miał przy sobie telefon — swój własny, pierwszy, dostał go chyba na urodziny — i raz po raz spoglądał na ekran, jakby z przyzwyczajenia. W pewnym momencie, kiedy pies złapał w pysk czyjąś zgubioną piłkę, chłopiec roześmiał się głośno, schował telefon do kieszeni spodenek ekranem do środka i pobiegł za psem w stronę fontanny, nie oglądając się już na ławki wokół, nie sprawdzając, kto tam siedzi.

Wróciłam na korty jesienią i dowiedziałam się od recepcjonistki, iż Martyna zmieniła szkołę tenisową, bliżej nowego mieszkania. Ostatnie, co pamiętam z tamtego lata, to właśnie tę kieszeń zapiętą na telefon i chłopca biegnącego w stronę wody, coraz mniejszego między drzewami.

Idź do oryginalnego materiału