Część trzecia
Chink był głupim, małym psem dlatego, iż był tylko szczeniakiem, ale to wierny pies – dozorca. Jego pan wiedział o tym bardzo dobrze. Późnym popołudniem przechodził tamtędy górnik i zatrzymał się blisko obozu wołając: „Halo Bill, jesteś tam?”. Nie otrzymawszy odpowiedzi poszedł ku wejściu do namiotu, a tam, jak powiedział Billowi później: „Był zabawny szczeniak tuż przy mnie”. To był oczywiście Chink, który ostrzegał go wieloma agresywnymi warknięciami, aby poszedł sobie dalej. Wobec tego górnik odszedł.
Nadszedł wieczór, a Chink poczuł głód, ale nie było jego pana, aby dał mu jakieś jedzenie. Było trochę bekonu w torbie. Jednak jego pan przykazał mu: „Doglądaj tego!”. I psiak był gotowy raczej umrzeć z głodu niż tego tknąć. Wyszedł na zewnątrz namiotu, mając nadzieję, iż znajdzie jakąś mysz lub coś innego, nadającego się do zjedzenia, kiedy nagle ów kojot napadł na niego. Chink zawrócił do namiotu. Był jeszcze szczenięciem i małym głuptaskiem w wielu sprawach. Ale pamiętał o swoim obowiązku i to dawało mu siłę do działania. Chwilę później kojot próbował iść za nim do namiotu – namiotu jego pana (!) - Chink momentalnie zapomniał o całym swym strachu i zwrócił się przeciwko wrogowi z gwałtownością małego demona. Zwierzęta wyczuwają moc dobra i siłę zła, rozumieją odwagę i tchórzliwość. Cała dobra moc była wraz z wystraszonym, małym psem i oba zwierzaki zdawały się to widzieć. Kojot wycofał się warcząc agresywnie, ale nie wszedł do namiotu. Wtedy zaczęło się prawdziwe oblężenie dlatego, iż kojot wrócił w okamgnieniu i krążył dookoła namiotu. Często podchodził do otwartego wejścia, gdzie biedny, mały Chink, na wpół martwy ze strachu, od razu stawał odważnie i nie pozwalał mu wejść. Przez ten cały czas psiak nie miał nic do jedzenia. Raz czy dwa razy dziennie wychodził na zewnątrz namiotu i pił wodę z pobliskiego strumienia. I to było wszystko. Oczywiście mógł zrobić dziurę w torbie z bekonem i zjeść trochę, lub mógł pójść do naszego namiotu i otrzymać dobry posiłek. Ale nie! Chink wyrastał na psa z prawdziwego zdarzenia. Nie potrafił zawieść zaufania swego pana. Był gotowy raczej umrzeć na posterunku, jeżeli zaszłaby taka potrzeba, niż oddać pola.
Tymczasem jego pan był daleko w mieście i pił alkohol. Przez cztery dni i cztery noce takiego układu, heroiczny, mały piesek pilnował namiotu i wszystkiego w nim przed kojotem. Piątego dnia Bill już przestał pić, zrozumiał, iż nie było go zbyt długo w domu i tylko mały piesek pilnuje jego dobytku w górach. Gdy miał już dość whisky, dosiadł swojego konia i ruszył w kierunku obozu.
Kiedy był już niedaleko, nagle przypomniał sobie, iż jego piesek nie jadł przez cały ten czas. „Nadzieja w tym, iż ta mała bestia nie zużyła całego mego bekonu” - myślał i jechał szybciej póki nie dotarł do namiotu. A tam ujrzał wielkiego, agresywnego kojota i biednego, małego Chinka, warczących i kąsających się nawzajem. „Cóż o tym myśleć?” - wykrzyknął do samego siebie Bill. „Całkiem zapomniałem o tym kojocie. Biedny Chink! Jak paskudny okres miał tutaj do przeżycia! To zdumiewające, iż kojot nie zabił go i nie zniszczył namiotu. Odważny, mały psiak!”. Jego łapy trzęsły się pod nim ze strachu i głodu, ale było jasne, iż był gotów raczej umrzeć niż poddać obóz. Górnik zrozumiał od razu sytuację. A gdy Bill spostrzegł, iż cały, nietknięty bekon był w torbie, pojął, iż Chink nic nie jadł odkąd opuścił obóz, prawie pięć dni temu. Gdy słaby i trzęsący się szczeniak przyczołgał się i spojrzał w jego twarz, lizał jego ręce, było tak, jakby chciał powiedzieć: „Zrobiłem co mi poleciłeś”; to było zbyt wiele dla Billa. Łzy stanęły mu w oczach i mąciły mu wzrok, gdy szedł aby zdobyć jedzenie dla małego bohatera. Gdy powrócił do pieska, rzekł: „ Chink, stary „tygrysie”, źle ciebie traktowałem, a ty zawsze traktowałeś mnie „fair play”. Nigdy nie odejdę ponownie i nie zwiążę ciebie w ten sposób swoją osobą. A teraz, choć nie mogę dla ciebie wiele zrobić, to obiecuję, iż sprawię aby twoje życie było szczęśliwsze. I zrobię to teraz”.
Wziął strzelbę, dumę swego serca, złamał rządową pieczęć i wyszedł ku wyjściu. Kojot tam był, siedział niedaleko od obozu, jak zwykle szczerząc kły. Strzelba wypaliła i chinkowy powód terroru zakończył życie. Oczywiście przybyli strażnicy i powiedzieli, iż Bill złamał prawo parku. Oczywiście odebrali mu broń i zniszczyli ją. Rozkazali Billowi opuścić park natychmiast, i nakazali aby nigdy tu nie wracał. ale czy to w czymś zmieniało sprawę? „W porządku” - rzekł stary Bill - „Zrobiłem dobrą rzecz dla mojego „tygrysa” - mój „tygrys” zawsze traktował mnie ,,fair play,,”.
